piątek, 21 listopada 2014

Broken Angel

Witam. Po raz kolejny dostaniecie song-ficka. Mam nadzieję, że Wam one nie przeszkadzają. Staram się pisać 8 rozdział kruczej miłości i pewnego one-shota, który nie wiele wydaje się, by miał ku końcowi. Kluczem jest jednak to, że zwykle wracam zmęczona i brakuje mi motywacji czy też weny, która jest bardzo kapryśna.
 Pisane do piosenki:
Arash - Broken Angel
______________________________

Jestem taka samotna, jestem rozbitym aniołem
Jestem taka samotna, słucham mojego serca


Wspominam razem spędzone szczęśliwe dni. Bliskość twego ciała i ciepło od niego bijące. Dotyk twoich ust na moich. To w jaki sposób na mnie patrzyłeś, jak pięknie uśmiechałeś. A ja to zniszczyłem. Byłeś dla mnie i wciąż jesteś ideałem, który porzuciłem. Zrobiłem to dla ciebie. Obawiałem się przyszłości, tego i że cię zawiodę, będę notorycznie ranił. Czułem się także nieodpowiednią osobą dla kogoś takiego jak Ty. Uznałem, iż lepiej będzie cię zranić raz, choć dotkliwie niż znając siebie robić to niejednokrotnie, więc odszedłem.

Kochałem Cię
Nie nalewaj łez do moich oczu
Nie, nie jestem w stanie,
Bez Ciebie jestem przygnębiony.


Pozostawiłeś mnie samego. Jedynie co po tobie mi pozostało, to przepraszam napisane na kartce oraz wspomnienia czasu, który spędzaliśmy razem. Nie mogę się z tym pogodzić. Odkąd pozostawiłeś mnie samego, jestem cieniem tej radosnej osoby, którą byłem. Uśmiech, niegdyś nie schodził z mej twarzy, teraz gdzieś się zagubił i trudno jest go wywołać. Jestem wściekły na siebie, że pozwoliłem ci odejść. Nie wiem, co zrobiłem źle, lecz jestem przekonany, że przywrócę cię do swego życia z powrotem.

Jestem taka samotna, jestem rozbitym aniołem
Jestem taka samotna, słucham mojego serca


Jedynym, rozbitym aniołem
Chodź i uratuj mnie, zanim się załamię


Każdy dzień bez ciebie, odbija się echem mej samotności. Coraz bardziej przygnębia mnie twój brak.  Nigdy nie sądziłem, że się do kogoś tak przywiążę. Obrazy naszych wspólnych chwil, spędzane nie raz na wygłupach czy też bardziej romantycznie przewijają się przez moją głowę jak film. Sprawia mi to ból, choć wiem, że sam się na to skazałem. Nie wiem, kiedy zacząłem się w myślach modlić, byś przybył i uratował mnie od rozpaczy, w którą zaczynam popadać. Chcę cię z powrotem. Jednak nie jestem w stanie przyjść i błagać cię, byś przyjął mnie ponownie do swoich rąk, do swego serca. Nie mam na to odwagi, po tym co zrobiłem. Wiem, że cię zraniłem. Postąpiłem samolubnie, myśląc, że tak będzie dla nas lepiej. Teraz zapewne mnie nienawidzisz lub już o mnie zapomniałeś. A ja w tej chwili na ulicy stoję sam, uniesioną głowę, w stronę płaczącego nieba mam, czując doskonale jak bardzo w tym wszystkim jestem osamotniony. Chyba z tym miejscem rozstać mi się, nadszedł czas, zanim odejdę udam się pożegnać nasze wspólne wspomnienia nad jeziorem, gdzie najczęściej spędzaliśmy razem czas.

 Gdziekolwiek jesteś, jestem obok Ciebie
Mam obsesję na twoim punkcie
Ty nie wiesz, że jesteś moim życiem, wróć!


Nie potrafię usiedzieć w miejscu. Czuję, że powinienem coś z tym zrobić, postarać cię odzyskać. Przestaję kręcić się bez celu po mieszkaniu, z którego po chwili wychodzę. Udaję się, w stronę twego miejsca zamieszkania, mając nadzieję, że cię w nim zastanę. Niestety me nadzieję, gdy jestem na miejscu prysnęły. Dom był pusty. Nie miałem zamiaru się poddawać tak łatwo. W końcu jesteś całym moim światem i teraz czuję to wyraźnie. Nie potrafię bez ciebie normalnie żyć. Nie mam zamiaru z ciebie łatwo zrezygnować - powtarzałem w myślach, starając się tym motywować do dalszych, niestety bezowocnych poszukiwań. Z każdą kolejną porażką moja nadzieję przygasała. Zaczynały dopadać mnie ponure myśli, które sprawiały ból, lecz starałem się je odpychać w dalsze zakamarki mego umysłu. W końcu jednak się poddałem i udałem w pewne miejsce, w którym lubiłem rozmyślać i mnie uspokajało.

Jestem taka samotna,jestem rozbitym aniołem
Jestem taka samotna, słucham mojego serca


Stałem, patrząc na spokojną taflę jeziora. Przypominałem sobie wszystkie razem spędzone tutaj chwile. To jak wrzucałeś mnie do wody, a ja cię za karę podtapiałem. Nasze zabawy, pocałunki czy siedzenie na moście i przypatrywanie się wieczornemu niebu w milczeniu, które nie było ani trochę krępujące. Towarzyszył temu ból świadomości, że to straciłem, zaprzepaściłem cały wspólny epizod naszego życia, które mogło się potoczyć inaczej. Zagryzłem wargi i zacisnąłem dłonie w pięści. To wszystko moja wina.
Nie spostrzegłem nawet, kiedy przestałem być tutaj sam. Z rozmyślań wyrwało mnie dopiero ciche:
- Madara? - tak bardzo znana mi barwa głosu, ale to przecież niemożliwe, by on tu był. Odwróciłem się, napotykając twe orzechowe tęczówki. Rozchyliłem lekko usta, nie dowierzając temu, co widzę. Moje modły zostały wysłuchane.
- Hashiramo...- wyszeptałem. Czułem ulgę, ale i żal do samego siebie za to, co mu zrobiłem. Nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, choć chciałem powiedzieć tak wiele. Patrzyłem natomiast jak podchodzisz do mnie, by zaraz potem objąć. Mogłem znów poczuć się bezpieczny. Byłem ponownie w okowach przyjemnego ciepła, które zawsze od ciebie biło. Poczułem się znów szczęśliwy. Nagle usłyszałem twój głos tuż przy swoim uchu.
- Nie zostawiaj mnie już nigdy tak. - wyszeptałeś, lecz nie wyglądało na to, że miałeś o to do mnie żal. Poczułem ulgę, mogąc znów do ciebie wrócić. Wtuliłem się w ciebie mocno w odpowiedzi, zamykając oczy. Wiedziałem, że zrozumiesz ten niemy przekaz.


Jedynym, rozbitym aniołem
Chodź i uratuj mnie, zanim się załamię


niedziela, 26 października 2014

Ten, który uwierzył w cuda.

Witam. Udało mi się wreszcie coś napisać, więc jeszcze ujrzycie w tym miesiącu coś do czytania. Można pokłony składać faktowi, że zaatakowała mnie choroba, przez co miałam trochę czasu i chęci. W przygotowaniu mam jeszcze do dokończenia jednego shota, lecz on ukaże się raczej w listopadzie. Fick napisany do piosenki The Neighbourhood - Wires.
___________________________

Rozmawialiśmy o zrobieniu tego
przykro mi, że nigdy ci to nie wyszło
i boli mnie słyszeć, że musisz to powiedzieć.
Znałeś tę grę i w nią zagrałeś, zabija mnie wiedza, że
zostałeś pokonany.
Widzę ciągnące się przewody, podczas gdy ty oddychasz.
Wiedziałeś, że miałeś powód.
To cię zabiło jak choroby,
i słyszę to w twoim głosie, gdy mówisz... nie możesz być uleczony.
Pan "wiem to wszystko", miał swoje panowanie i swój upadek,
a przynajmniej to wszystko, co mówi jego umysł.


Wciągnąłem cię w swój świat, który był jednym wielkim kryminałem. Ty nie dbałeś o to w najmniejszym stopniu. Zupełnie, jakby cię to nie dotyczyło, że mam na pieńku między innymi z mafią. Zawsze odpowiadałeś, że nie obchodzi ciebie to z kim zadarłem. Kazałeś mi się o siebie nie martwić i zawsze mówiłeś, że jestem dla ciebie najważniejszy, więc nie dasz sobie zrobić krzywdy. Obiecywałeś mi to, a ja ci ufałem. A teraz co? Siedzę przy szpitalnym łóżku, patrząc na twą spokojną, nic nie wyrażającą twarz i ciało poprzypinane do najróżniejszej aparatury. Twoja obietnica była kłamstwem. Nie powinienem się dziwić, w końcu potrafiłeś oszukiwać patrząc komuś prosto w oczy i bez najmniejszego zająknięcia. A ja byłem ślepy.

Gdyby powiedział, pomóż mi zabić prezydenta,
powiedziałbym, że potrzebuje swoich leków.
Chore od krzyczenia "wpuść nas"
przewody dostały to, co z niego najlepsze,
wszystko, w co zainwestował poszło
prosto do piekła
prosto do piekła


Chciałem cię wtedy poprosić byś ze mną nie szedł, lecz nie miałem na to odwagi. Wolałem mieć cię na tej akcji przy sobie. W końcu pewnie byś nie zgodził się i usłyszałbym to, co zawsze mnie uspokajało i sprawiało, że pozwalałem ci się narażać. Te milczenie okazało się dla mnie zgubne, gdy podczas ucieczki do naszego samochodu zostałeś potrącony, choć to powinienem być ja. Ty jednak odepchnąłeś mnie i sam zająłeś moje miejsce. To niesprawiedliwe. Miałeś całe życie przed sobą, lecz ty postanowiłeś uratować moje, tak bardzo bezwartościowe, pozbawione sensu, którym byłeś ty. Teraz jesteś jedną z wielu ludzkich roślin, których życie jest sztucznie podtrzymywane. Moje zaś toczy się monotonnie dalej. Chcę byś wrócił.

Powiedział mi, że powinienem to znieść,
słuchać każdego słowa, które wypowiada
przewody się starzeją, słyszę sposób w jaki skrzypią,
kiedy go podtrzymują.
Widzę to w jego szczęce,
wszystko czego kiedykolwiek pragnął, to praca,
powiedział mi, bym był surowym.
Wyznał mi wszystkie małe wady,
które nigdy nie pozwoliły mu siąść na szczycie.
Nie powiem, żeby przestał,
twierdzi, że powinienem być nieco ostrożny,
mogę powiedzieć, że przewody zostały wyciągnięte.


Czas leci nieubłaganie, a ty jesteś wciąż niezmienny. Jak idealny posąg, leżysz nieruchomo w swoim łóżku szpitalnym. Lekarze czasem, gdy widzą mnie wpatrującego się w ciebie tak tępo, poklepują mnie po ramieniu lekko i mówią, że powinienem to znieść, choć wiedzą iż to jest trudne. Nie wierzę im, że rozumieją stracenie najważniejszej dla siebie osoby w taki sposób. Gdy osoba, którą kochasz ponad wszystko spędza lata na granicy życia i śmierci i to w każdej chwili może się zmienić, lecz nikt nie wie, w którą stronę podążysz. Ta sytuacja jest gorzej niż beznadziejna. Często do ciebie mówię, choć nie wiem czy mnie słyszysz, a jeśli tak to pewnie uważasz, że jak zwykle gadam dużo i bez ładu i składu, będąc w swoim świecie, który jako jedyny rozumiałeś. Ja ciebie także rozumiałem i znałem jak nikt inny. Oboje byliśmy pogrążeni we własnych kłamstwach idealnej przyszłości, którą spędzimy razem. Teraz coraz częściej sądzę, że została ona już dawno przekreślona.

Gdyby powiedział, pomóż mi zabić prezydenta,
powiedziałbym, że potrzebuje swoich leków.
Chore od krzyczenia "wpuść nas"
przewody dostały to, co z niego najlepsze,
wszystko, w co zainwestował poszło
prosto do piekła
prosto do piekła


Przyszedłem do ciebie po raz kolejny. Może i ostatni. Straciłem już całą nadzieję na to, że cię odzyskam. Myślę, iż nie będziesz miał mi tego za złe. Usiadłem na krańcu łóżka i położyłem swoją dłoń na Twojej. Chcę zacząć swe życie na nowo, choć wiem, że straciłem cząstkę siebie wraz z Tobą. Przymknąłem oczy i westchnąłem ciężko. Czułem się źle z tym, że musiałbym cię opuścić, lecz nie mogę tak wiecznie. Mam nadzieję, że to zrozumiesz. W końcu zawsze byłeś nader inteligentnym człowiekiem. Poczułem jak lekko zacisnąłeś dłoń. Otworzyłem oczy i spojrzałem na nasze ręce, które po chwili splotłem razem i ponownie spojrzałem na twe pozornie nic nie wyrażające oblicze, które podtrzymywała aparatura. Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Ty zawsze wiesz, kiedy się ujawnić. Przywróciłeś mi nadzieję, więc porzucam moje plany. Jeśli się obudzisz weźmiesz za to odpowiedzialność, Itachi. - zwykły objaw życia, a potrafił przewrócić moje życie do góry nogami. Po raz pierwszy od długiego czasu, Madara Uchiha postanowił uwierzyć w cuda.

Mam problem z dowierzaniem,
Że dopiero co zacząłem widzieć,
światło na początku tunelu, ale on powiedział mi, że
śnię.
Kiedy mówi, słyszę jego duchy, wszystko co do mnie mówią.
Modlę się tylko, by przewody tutaj nie dotarły.

piątek, 10 października 2014

Kłamstwa chroniące serce.

Witajcie. Dawno mnie tutaj nie było. Wybaczcie, ale nie miałam chęci ani ochoty pisać. Jednak wróciłam. Nie wiem czy będę wstawiać noty co miesiąc, jak dawniej się starałam. Niemniej jednak, gdy coś powstanie to tutaj z pewnością się znajdzie. Para nie jest z anime czy mangi, ale tutaj także będzie się pojawiać. Postacie tu występujące to Bogowie Nordyccy. Nie ukrywam, że parę polubiłam przez film The Averengers. Nie przedłużając, fick napisany został do piosenki
If I had a heart by Fever Ray
________________________________

To się nigdy nie skończy, bo chcę więcej
Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej
To się nigdy nie skończy, bo chcę więcej
Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej

Zdajesz sobie z tego sprawę, że twa słabość do mnie jest dla ciebie klęską. Oboje to wiemy. W końcu znasz mnie jak nikt inny. Dajesz mi siebie, stopniowo coraz więcej. Dobrze wiesz, że wezmę to bez słowa. Także zdajesz sobie sprawę, że to potem wykorzystam. I to w żadnym wypadku nie wyjdzie ci na dobre. Ty to wiesz, a mimo to próbujesz. Nigdy nie zrozumiem Twej głupoty. Przybyłeś pewnej nocy do mej komnaty, zupełnie nieproszony. Spojrzałem na ciebie, wiedząc czego będziesz chciał. Chwilę potem zawisnąłeś nade mną. Spojrzałeś w me zielone oczy i uśmiechnąłeś, by po chwili wpić w me wargi namiętnie. Niemal zdzierałeś ze mnie garderobę. Zawsze uważałem, że jesteś dziki. Nigdy jednak nie spodziewałem się, że aż tak nieokiełznany, ale pasowało mi to. Nie byłeś delikatny, choć się tego nawet nie spodziewałem po Tobie. Zachowywałeś się niczym wiking, który bierze gwałtem niewolnice na szybko, bo ma taką zachciankę. Oddałem ci się cieleśnie, w zamian kradnąc dla siebie twą duszę. Wiedziałem, że będziesz mnie chciał jeszcze bardziej.

Gdybym miała serce, mogłabym cię kochać
Gdybym miała głos śpiewałabym
Po nocy, gdy się obudzę,
Zobaczę, co niesie jutro

Stało się, to co podejrzewałem. Zakochałeś się we mnie. Oboje wiedzieliśmy, że to uczucie z mej strony nigdy nie zostanie odwzajemnione. W końcu nigdy nie kochałem, a żyję już od wieków, czekając na dzień, w którym dokona się moja przepowiednia. Jednak pozwalałem ci na to, byś się ze mną kochał. Zatracając nas w tym coraz bardziej. Wmawiałem sobie kłamstwa, których byłem Bogiem, że robię to by trzymać cię przy sobie i wykorzystać do jakiegoś planu. Jednak jakaś cząstka mnie w to nie wierzyła. Starałem się ją ignorować, podążając tą drogą dalej. Nie zawracałem sobie głowy tym, że to co wyprawiam może mieć na mnie jakikolwiek wpływ. W końcu należę do istot ciemności, a one nie mają pisanego szczęśliwego życia. Zresztą ja znałem swe przeznaczenie i dążyłem do jego spełnienia.

Nogi zwisające z framugi okna
Czy kiedykolwiek dosięgną podłogi?
Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej

Myliłem się. Oddawanie się Tobie coś we mnie zmieniło. Wcześniej, gdy się kochaliśmy nie czułem nic nadzwyczajnego. A teraz to ja chce ciebie więcej. Cóż za ironia, jestem w bardzo podobnej sytuacji, w jakiej ty byłeś. Zastanawiam się, którą drogę wybierzesz, gdy mnie rozszyfrujesz. W końcu będziesz mógł się zemścić za to, że ciebie odtrącałem. Nie przyznawałem tego przed samym sobą, ale jakaś ma część ma nadzieję, że przyjmiesz mnie do swego serca i nie opuścisz. Może choć przez chwilę będę mógł poczuć namiastkę tego, co zwie się szczęściem. Zanim wszystko zniszczę i w tym również ciebie, a na końcu siebie.

Poduszka wypełniona tym, co znalazłam poniżej i w środku
Tylko po to, by się przekonać
Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej

Ta noc była inna niż dotychczasowe. Niby ta sama rutyna. Znów się u mnie zjawiasz i zaczynamy się kochać. Jednak tym razem miałem wrażenie, że przelewasz przez ten akt swe uczucia do mnie. Wtedy ogarnęło mnie dziwne ciepło w miejscu serca, które przez tyle czasu było skute szczelnie lodem, który chyba się roztopił. Gdy położyłeś się obok mnie i objąłeś, odruchowo wtuliłem się w twe ciepłe ciało. Pogładziłeś mnie po głowie. Przymknąłem oczy i lekko uśmiechnąłem. Czułem się taki spokojny i bezpieczny. Nie wiem kiedy ostatnio ogarnęły mnie takie uczucia. Nim się zdążyłem ugryźć  w język odezwałem się:
- Thorze? - spytałem cicho, nie spoglądając na niego.
- Hmm? - wymruczał tym swym głębokim głosem, uwieszając na mnie swe spojrzenie.
- Muszę ci coś powiedzieć - ściszyłem jeszcze bardziej swój głos.
- Słucham.
- Ja - zacząłem i mimowolnie mocniej się w niego wtuliłem. Naprawdę bałem się tego, co po tych słowach się wydarzy. - ...Cię pokochałem - dokończyłem, gdy po dłuższej chwili ciszy zebrałem się na odwagę. Nim się zorientowałem Gromowładny Bóg uniósł mój podbródek, by spojrzeć mi w oczy. Uśmiechnął się lekko, choć ten uśmiech zbił mnie z tropu. Po chwili wyszeptał.
- Nareszcie. Tyle się naczekałem. - po tych słowach przytulił mnie mocno.
- Czyli nie odrzucasz mnie? - spytałem cicho niepewnie.
- Oczywiście, że nie. Od teraz cię nie wypuszczę i będę chronić.
- Przed czym?
- Przed resztą nie aprobujących naszego uczucia Bogów i przed Twoją Ciemnością, Loki.
Wtuliłem się w niego mocno, przymykając oczy. Poczułem jakąś ulgę.
- Dziękuję. - wyszeptałem.

Ah ah ah ah ah ah ah
Ah ah ah ah ah ah ah
Ah ah ah ah ah ah ah
Gdybym miała głos śpiewałabym

czwartek, 21 sierpnia 2014

Krucza Miłość VII

Witajcie (: Wakacje, wakacje i prawie po wakacjach. W te wakacje moja wena całkowicie się zbuntowała i nie chciała przyjść, ale się znalazła i oto powstał kolejny rozdział! Nie wiem czy coś wstawię jeszcze w tym miesiącu, jednak wątpię w to.
________________________________________________

    Uchylił wolno powieki, zaś nie widząc nic oprócz otaczającej go ciemności, wyciągnął rękę, w stronę szafki nocnej, po omacku szukając włącznika lampki. Minęło kilka sekund, nim znalazł włącznik, by po chwili światło rozjaśniło trochę mroki pokoju. Zabrał rękę z szafki i wlepił swe spojrzenie w sufit. Chwila wczorajszego zapomnienia minęła. Teraz usilnie próbował nie wracać myślami do wczorajszego dnia. Westchnął cicho, przymykając oczy. Czuł się dziwnie zmęczony, mimo wcześniej zaznanego snu. Miał wrażenie, że mógłby przespać cały dzień lub go przeleżeć w łóżku. To było by całkiem dobre, ale w tej organizacji nie ma możliwości wylegiwania się całymi dniami w łóżku. Zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później będzie musiał z niego wyjść, ale teraz postanowił się delektować słodkim lenistwem. Przez chwilę kąciki jego ust uniosły się ku górze, ale po chwili ta imitacja uśmiechu zniknęła. Leżał z zamkniętymi oczami w absolutnej ciszy, aż przypomniał sobie pewne zdarzenie, które miało rozpocząć wodospad rozmyślań.
   Patrzył na biegnącego przed nim małego Sasuke. Po chwili usłyszał jak młodszy go pogania, zatrzymując się na chwilę i obracając w jego stronę. Przyglądał się uważnie, jak jego twarz rozjaśnia szeroki, radosny, niewinny dziecięcy uśmiech. Itachiego na ten widok zawsze ogarniało dziwne ciepło na sercu i wewnętrzna radość. Napełniało go szczęściem to, że jego braciszek mógł mieć spokojne i przepełnione beztroską zabawą dzieciństwo. Nie musiał oglądać krajobrazu wojny, gdzie wszędzie panoszyły się ciała poległych wojowników i wszechobecne zniszczenie. Ruszył w dalszą drogę, za coraz bardziej oddalającym się Sasuke, którego niebawem dogonił. Szli jeszcze przez jakiś czas, aż dotarli do celu. Ich oczom ukazała się bardzo duża łąka, gdzie były najróżniejsze rodzaje kwiatów, dzięki temu wiele barwnych, ładnych, pachnących roślin, które mieszały się ze sobą wyglądały naprawdę pięknie podczas zachodu słońca. Itachi wtedy uważał, że to miejsce wyzwala swoją magię. Spojrzał na swojego młodszego brata, który zaczął biec wgłąb łąki. Starszy ruszył za nim, mimowolnie lekko uśmiechając. Sasuke zatrzymał się mniej więcej na środku łąki i rozejrzał, by po chwili zacząć zbierać kwiaty. Jego starszy brat chwilę patrzył na to co on robi, by po chwili też zacząć jakieś zrywać. Zbierali je przez jakiś czas, aż usiedli razem naprzeciwko siebie uśmiechnięci i zaczęli splatać przyniesione kwiaty ze sobą. Starszy Uchiha co jakiś czas ukradkiem spoglądał na swego brata, który wydawał się czerpać z tak prostej czynności wiele radości. Jednak po chwili spuszczał wzrok, zajmując się swoją pracą. Gdy ukończyli obaj swe twory, młodszy z szerokim uśmiechem podszedł do brata i założył mu upleciony przez siebie wianek z różnych kwiatów. Itachi podziękował mu z uśmiechem na ustach, po czym nałożył mu na głowę swój wianek, który został utworzony z jednego rodzaju kwiatów. Sasuke nagrodził go radośniejszym uśmiechem. Zaraz potem rozpoczęli zabawę w chowanego. Nie zdejmując ani na chwilę z głów uplecionych przez siebie wianków. Gra trwała tak długo, aż Itachi po raz któryś z rzędu nie znalazł brata ukrytego w kwiatach. Oboje byli przemoczeni, bo podczas poszukiwań młodszego się rozpadało. Sasuke złapał brata za rękę i ruszyli obaj wolno, w stronę domu. Nie dbali o to, że mogą się rozchorować. Itachi na myśl, że by zachorował nawet się ucieszył w duchu, bo mógłby spędzić więcej czasu z Sasuke. Już wtedy przeczuwał, że ich relacja jest w jakiś sposób wyjątkowa. 
  Otworzył oczy nagle, jakby co najmniej wyrwał się z jakiegoś koszmaru, może nie było to nim, ale i tak wywołało to u Itachiego wiele emocji. Nie dość, że odżyły w nim te uczucia, które tamtego dnia nim targały, to zaraz potem przygniotła go bolesna prawda, że jak tak dalej pójdzie to już nigdy nie będzie mógł przywrócić tych czasów, gdy mógł być jego starszym bratem. W jednej chwili zapragnął to wszystko naprawić. Wrócić do Sasuke, być dla niego choć namiastką rodziny. Jednak zdawał sobie sprawę, że nie będzie to takie proste. Musiałby opuścić wtedy szeregi Akatsuki, powiedzieć bratu prawdę i przekonać Hokage, żeby przywróciła mu obywatelstwo. To były niektóre z rzeczy, z którymi po podjęciu takiej decyzji musiałby się zmierzyć. Do tego wizja powrotu wyobraziła mu się dość optymistycznie i łatwo, mimo że wiedział iż wcale taka zapewne nie będzie, nawet jeśli jego umysł marzył sobie o tym, by jego młodszy brat powitał go z otwartymi ramionami czy przytulił w progu na powitanie, jak robił to,  gdy był młodszy. Domyślał się też, że będzie musiał w jakimś stopniu zmierzyć się z jego nienawiścią czy też gniewem, za te wszystkie wmawiane mu kłamstwa. Wiedział także, że będzie im potrzebny czas, by chociaż w małym stopniu odnowić ich dawną więź. Jego chęć powrotu jeszcze się przez te myśli wzmogła, co nieco zaskoczyło Itachiego. Westchnął cicho, śmiejąc się w duchu, że serce nie sługa, swoim prawem się rządzi. Przez te lata zdążył się domyślić, że kocha Sasuke bardziej niż powinien. Analizując niektóre momenty z przeszłości mógł wręcz wysnuć wniosek, że jego braciszek jest dla niego sensem życia. W obecnej sytuacji nie miał już nikogo oprócz młodszego brata. Bo to przecież on sam wymordował swoją rodzinę, w pewnym stopniu. Nawet jeśli z jego klanu oprócz Sasuke żył jeszcze Madara, z którym mimo iż się z nim przespał nie łączyły go żadne bliższe relacje. Do tego najstarszy żyjący z jego klanu nie utrzymywał z nikim bliższych relacji. On jedynie wykorzystywał ludzi do własnych celów, jakby to były pionki czy też marionetki, które muszą odegrać swoją rolę, a później niech się dzieje z nimi co chce. On sam zresztą był kukiełką podstępnego Madary. Każdy członek Akatsuki nią był. Włączając w to osobę tak dziwną i dziecinną jak Tobi, który według Itachiego był strasznie irytujący. Choć najgorzej z całej ekipy miał Nagato, gdyż najstarszy Uchiha w tym przypadku zabawiał się uczuciami chłopaka. Jeśli Itachi kiedykolwiek myślał, że ten człowiek miał, choć krztę empatii w sobie to obecnie był pewny, że Uchiha Madara jest jej całkowicie pozbawiony. W końcu zdradził Uzumakiego z nim bez żadnego żalu, nawet jeśli Nagato by się o tym dowiedział to podejrzewał, że na jego przodku nie zrobiło by to najmniejszego wrażenia, może nawet by go to rozbawiło. Jednak ten cwany lis zdawał sobie sprawę, że Itachi nie jest, aż tak okrutny by chwalić się spędzoną z nim nocą. Przynajmniej mieli z tego wydarzenia obopólne korzyści, mimo że młodszy był trochę obolały, ale nie miał zamiaru narzekać na to. Choć w duchu bawiło go to, że wczorajsze zdarzenia z nocy wydawały dla niego takie, jakby to było na porządku dziennym albo nocnym ( jak kto woli). Nie czuł nawet wyrzutów sumienia, że uległ wczorajszej pokusie. Takie podejście do tego uważał za nader wygodne dla siebie. A Madara nadal wydawał mu się osobą, która nie jest empatyczna. Chociaż trudniejszym wyczynem było sobie go wyobrazić, jako osobę miłą i troskliwą. Uznał tą wizję za nierealną, choć pogratulowałby śmiałkowi, który umiałby to sobie wyobrazić. Bo on sam nie był w stanie. Westchnął cicho, zastanawiając się przez chwilę nad czym właściwie się rozwodzi. Zaraz jego myśli powróciły na poważniejszy tor. Znów zaczął myśleć nad powrotem do brata. Ciągle się wahał, ale uznał iż naprzód powinien użyć sposobu, który miałby mu dać jednoznaczną odpowiedź czy warto będzie walczyć mu o powrót do rodzinnej wioski, a co najważniejsze do Sasuke, za którym bardzo tęsknił. Do jego głowy wpadł tylko jeden pomysł. Zamierzał go dziś wieczorem wprowadzić w życie. Teraz nie dbał o to, że jeśli ziści się optymistyczna wersja tego planu jedną z przeszkód na jego drodze to będzie Uchiha Madara. Uznał, że pomyśli o tym później. Jedyną rzeczą, o jakiej w związku z nim pomyślał to jak się wymknąć z organizacji, by o tym nie wiedział, ani o jego planach. Zawsze to, że Madara potrafił posiąść wiedzę, do której dostępu mieć nie powinien jednocześnie go intrygowała i przerażała zarazem, bo wtedy on zawsze był o krok przed tobą. Itachi wiedział, że ta sztuczka musi mieć jakiś słaby punkt. Zamierzał go odkryć i wykorzystać. Ewentualnie podstępem załatwić ten problem. Wtedy też do głowy przyszedł mu pewien pomysł. Stwierdził, że osobiście nie wypełni swego planu, lecz zrobi to jego klon. On zaś zostanie w kryjówce organizacji, starając się nie spotkać Madary, a jak już do tego dojdzie, będzie się zachowywał tak jak zwykle, wtedy też nie powinien niczego podejrzewać. Teraz musi tylko doczekać do wieczora i przestać myśleć o swoich planach.
   Wieczorem klon Itachiego opuścił organizację Akatsuki i udał się w pewne miejsce, by poznać odpowiedź.                    

sobota, 19 lipca 2014

Krucza Miłość VI

Ostrzeżenia: yaoi
___________________________________

- Nie zadręczaj się tym tak. - usłyszał dobrze znany sobie głos.
- Nie zadręczam - zaprzeczył od razu. - Co cię do mnie sprowadza, Madaro?
Najstarszy postąpił kilka kroków w przód.
- Muszę mieć powód, żeby do ciebie zajrzeć? - zapytał, a na jego usta wkradł się cwany uśmieszek.
- W sumie to nie. - odparł i lekko uniósł się na łokciu, patrząc na niego.
- No widzisz. - mruknął, po czym usiadł na skraju łóżka.  Itachi skinął głową, patrząc na długie włosy swego przodka. Madara spojrzał na niego, a jego sharingan zalśnił przez chwilę szkarłatem. Młodszy Uchiha miał niejasne wrażenie, że jego krewny ma jakieś swoje podejrzane plany z nim związane. Nawet nie wiedział jakie to przeczucie było trafne.
- Za jakieś dwa dni będziecie z Kisame mieli inną misję, tym razem nie powinna zostać wam przerwana. Oczywiście też nie sądzę, by tym razem przyjaciele z Liścia mieli wejść wam w drogę. - odezwał się do niego.
   Itachi skinął głową i opadł na poduszki, przymykając oczy. Nadal w głowie dudniły mu dzisiaj zasłyszane słowa młodszego brata. Zignorował fakt, że najstarszy z klanu mu się przygląda. Madara uśmiechnął się pod nosem. Chwilę później zawisł nad młodszym Uchihą, który otworzył oczy zaskoczony.
- Pomóc ci zapomnieć? - zapytał go głębokim głosem, szepcząc mu te słowa wprost do jego ucha. Młodszemu wydawała się ta propozycja nader kusząca. Milczał przez dłuższą chwilę, patrząc w oczy osoby, której samo imię miało moc budzenia grozy i paniki wśród ludzi. Jego czerwone oczy lśniły, a on sam wisiał nad nim, cierpliwie wyczekując odpowiedzi. Już miał się zgodzić na tę propozycję, jednak przypomniał sobie o jednej istotnej według niego rzeczy.
- A co z Nagato? - zapytał go.
- Nie martw się, nie dowie się o tym. - zapewnił ze stoickim spokojem.
- Nie sądzisz, że to wobec niego nie w porządku? - wciąż miał wątpliwości co do tego.
Madara dotknął jego policzka.
- Może to i nie w porządku, masz rację, ale on wiedział na co się decyduje. Sam go uprzedziłem o tym, że będzie mógł przeze mnie cierpieć. Jednak nie miał zamiaru się wycofać. On doskonale wie, że jestem nie stały w związkach. Jeżeli to pozostanie między nami to nie będzie o tym wiedział i nie będzie go to bolało, jeśli zdążył się do mnie przywiązać emocjonalnie. - wymruczał mu do ucha.
Znowu nastała krótka chwila ciszy ze strony młodszego. Rozważał to wszystko. Lubił Nagato, ale Madara miał rację. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. A jak mu to pomoże nie myśleć o tej rozmowie z bratem, to nawet jeżeli lubi chłopaka Madary jak dobrego kumpla to skorzysta z okazji. W końcu oboje mają z tego korzyści z Madarą. Do tego żaden z nich się nie zobowiązał do niczego. Podjął decyzję. Uśmiechnął się do najstarszego uroczo, obejmując dłońmi jego kark.
- Zgoda. - odparł, przyciągając go do siebie i wpijając w jego usta zachłannie. Na tę inicjatywę starszy odpowiedział zadowolonym pomrukiem. Osiągnął swój cel. Tak naprawdę nie wiedział czy młodszemu to pomoże zapomnieć. Po prostu wymyślił to na poczekaniu, aby spełnić swoją zachciankę, która pojawiła się niespodziewanie. Nie obchodziło go to, czy to jakoś pomoże jego chwilowemu partnerowi. Jednak wiedział, że taki odskok będzie dla niego dobry, mimo że miał Nagato. Ostatnio się w związku z nim dusił. Miał przy Uzumakim wrażenie, że jest starym prykiem, mającym za sobą 50 lat związku. A teraz czuł się tak jak lubił - czyli wolny.  Nie spętany zobowiązaniem wiecznej wierności i trwania przy swoim partnerze do śmierci, której on sam się wywinął.
   Madara przymknął oczy, przejmując dominację w pocałunku i nadając mu większej żarliwości. Poczuł jak młodszy wplótł jedną rękę w jego długie, miękkie włosy w odpowiedzi. Uśmiechnął się przez chwilę kącikami ust. Pogładził młodszego po policzku, przesuwając rękę w dół, muskając opuszkami palców jego szyję. Sunął nią dalej w dół, na torsie przestając drażnić dotykiem samymi opuszkami palców, zamiast tego pogładził go całą dłonią po klatce piersiowej. Jego poczynania spotkały się z dźwiękami aprobaty ze strony Itachiego. Wsunął rękę pod koszulkę swego kochanka i zdjął z niego ją, rozłączając ich usta. Koszulę wyrzucił gdzieś za siebie i spojrzał na ciało leżącego pod nim chłopaka, który przyglądał mu się uważnie czarnymi oczami. Uśmiechnął się do niego przez chwilę kącikami ust, gładząc jedną ręką jego tors. Pochylił się lekko nad młodszym, przez chwilę łaskocząc go swymi włosami po twarzy, co wywołało u brata Sasuke cichy chichot. Najstarszy przez chwilę uśmiechnął się ledwo widocznie, zaczął składać na szyi swego kochanka pocałunki. Itachi z pomrukiem zadowolenia odchylił głowę do tyłu, dając mu większe pole do popisu, sam po dłuższej chwili zaczynał pozbawiać swego przodka koszuli. Madara oderwał swe usta od szyi chłopaka, pomagając mu w pozbyciu się zbędnej na ten moment odzieży. Wyglądał na nieco rozbawionego, gdy zauważył jak młodszy przygląda mu się z iskierkami fascynacji w ciemnych oczach, podczas gdy on sam wysłał swoje ubranie w krótki lot, który kończył się bliskim spotkaniem z podłogą. Itachi położył swą dłoń na jego klatce piersiowej i sunął nią w dół, pochłaniając blade, smukłe i idealnie wyrzeźbione ciało swego przodka wzrokiem. Pogładził jego brzuch i zlustrował jego całą sylwetkę dokładnie. Uśmiechał się nieznacznie, przyglądając jego poczynaniom z uwagą. Teraz to widział. Jego mistrz był piękny. Przez chwilę ogarnęło go dziwne uczucie. Nie wiedział jak to, co przez krótką chwilę czuł nazwać. Wyczuł tam nutkę zazdrości. Bo mężczyzna, który był jego mistrzem, a w obecnej chwili kochankiem nie należał do niego. Był Nagato. Jak wcześniej się wahał, to teraz zdecydowanie nie martwił się czy w przyszłości może tego pożałować. Uśmiechnął się ślicznie i jedną ręką chwycił starszego za kark i złączył ich usta w głębokim pocałunku, wplatając po chwili swe smukłe palce w jego włosy. Pocałunek trwał dłuższą chwilę. Madara rozłączył ich usta i zaczął składać pocałunki na torsie młodszego. Towarzyszyły mu przy tym różne dźwięki zadowolenia ze strony partnera. Gdy językiem zataczał kółka wokół jego pępka prawą ręką rozpiął mu spodnie i je zdjął z niego, zrzucając je na ziemię. Uniósł się, by po chwili wpić namiętnie w jego usta. Jedną nogę wsuną między jego i zaczął nią poruszać w górę i w dół, podrażniając jego krocze. Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie drgnęły w imitacji uśmiechu, gdy słyszał jak młodszy pojękuje wprost w jego usta. Jednak Madara po chwili uznał, że nie ma zamiaru dłużej czekać. Zsunął z młodszego resztę bielizny i przerwał pocałunek, patrząc na leżącego pod nim chłopaka swoim sharinganem. Rozpiął swoje spodnie i zsunął je wraz z bielizną. Pochylił się nad Itachim i pocałował brutalnie, by po chwili wejść w niego bez żadnego ostrzeżenia. Spotkało się to z jękiem bólu ze strony młodszego, ale go to nie interesowało. Miał jedynie zamiar wziąć to co chciał. Tylko o to mu od początku chodziło. A Itachi był względem niego naiwny, co najstarszy bez żadnych wyrzutów sumienia wykorzystywał. Jego naiwność była spowodowana tym, że odkąd tu trafił Madara go trenował. Chociaż robił to tylko dlatego, żeby przydał się na coś organizacji i nie oślepł zbyt szybko jak on kiedyś w młodości. Był surowym mentorem, ale z umiarem. Dość łatwo zdobył zaufanie swego ucznia. Dał swemu uczniowi łaskawie chwilę na przyzwyczajenie się, gdyż potem dłuższa chwilę będzie dla niego gorzej. Po odczekaniu tego czasu zaczął się w nim poruszać, wcześniej rozłączając ich usta po raz kolejny. Przyglądał się jak jego twarz początkowo wykrzywiał grymas bólu, a jego usta były zaciśnięte w wąską kreskę. On lubił patrzeć na ludzkie emocje, które okazywały ból, przerażenie. Gdyż to były jedne z najczęstszych emocji, które widział w swym długim życiu. Podobało mu się to, że mógł czytać z ludzi jak z otwartej księgi czy tego chcieli czy też nie. Jednak nie lubił, gdy ludzie są słabi, bo wtedy są brzydcy. Bo żadna istota, która jest słaba nie wygląda ładnie, a brzydko i żałośnie przez to staje się ofiarą i pośmiewiskiem dla silniejszych. A to już nie było fajne. Emocje, które wcześniej były negatywne Itachiego zmieniły się dość szybko, ukazując przyjemność jaką odczuwał poprzez zmianę mimiki twarzy. Jego wargi przestały być wtedy tak zaciskane i pozwolił, żeby z jego krtani wydobywały się jęki. Madara przez chwilę uśmiechnął się niezauważalnie, przyśpieszając ruchy swych bioder. Wsłuchiwał się w dźwięki, które wydobywały się z ust jego młodszego kochanka przez jakiś czas, aż obaj nie osiągnęli spełnienia. Wtedy też Madara zaspokoiwszy swe żądze wyszedł z niego i udał do łazienki, gdzie się umył i ubrał. Gdy z niej wyszedł z zamiarem opuszczenia pokoju Itachiego zatrzymał się na chwilę w drzwiach.
- Teraz nie próbuj o tym rozmyślać. Najlepiej połóż się spać. - rzucił na odchodne i wyszedł.
    Itachi leżał przez dłuższy czas, tępo wpatrując się w sufit. Czuł się jak wykorzystana zabawka, odrzucona w kąt. Jednak nie mógł mieć do nikogo pretensji. W końcu sam się na to zgodził. Czuł się dziwny zawód, ale nie miał nadziei na jakieś szczególne traktowanie ze strony Madary, w końcu on był z Nagato. Do tego liczenie z jego strony na jakiekolwiek czułości też było istną głupotą. A to był tylko jednorazowy sposób na zapomnienie - zapewnił się w myślach. Wstał z łóżka i ruszył wolno do łazienki, krzywiąc się z bólu na każdym kroku. Jego wnętrze było pokaleczone. Umył się i wrócił do łóżka, wcześniej zmieniając pościel. Leżał z zamkniętymi oczami dłuższy czas, aż w końcu zmorzył go sen. Udało mu się porzucić niechciane myśli choć na chwilę. Jednak było warto.
_________________________
Nareszcie udało mi się wrzucić ten rozdział. Myślę, że nie wyszedł mi najgorzej. Choć mogło być lepiej, ale nie narzekam. Nie wiem kiedy napiszę dalszy rozdział, ale miejmy nadzieję, że niebawem zacznę dalej pisać.
 
                 


piątek, 27 czerwca 2014

Psychiatryk

Witam. Dziś przedstawiam Wam, moją dziwną wizję, która mi do głowy wpadła, dzięki grze Outlast, która według mnie jest świetnym horrorem, chociaż zakończenie spartaczone, ale tego można się spodziewać było.Postaram się niedługo wstawić także rozdział VI Kruczej Miłości. Jednak to stanie się gdzieś na początku lipca.
Dedykacja dla Aveneis mej drogiej.
______________________________________

   Z pracy zadzwonił do mnie telefon, gdy szykowałem się na wieczorną zmianę. Wiedziałem, że mój pacjent się ucieszy, gdy mnie zobaczy i nie będzie musiał być, aż tak mocno krępowany. Jednak dźwięk komórki z zakładu mnie nieco zaniepokoił. Odebrałem dość pośpiesznie.
- Słucham?
- Hashiramo, mógłbyś podjechać pod studio telewizyjne Sakuraki nim dojedziesz do pracy?
- Owszem, ale po co?
- Będzie czekała na ciebie tam redaktorka. Ma nakręcić dokument o tym, jak wygląda praca w psychiatryku. Mam nadzieję, że to nie jest dla ciebie kłopot.
- Nie skądże, żaden.
- W takim razie bardzo ci dziękuję. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. - odpowiedziałem, rozłączając się.
  Redaktorka w psychiatryku, brzmi dość interesująco. Zwłaszcza, że nie wiele osób wie, jak takie placówki funkcjonują i u ludzi budzą dość negatywne uczucia. Było by świetnie, gdyby przez ten film zmieniono zdanie na temat takich miejsc. Uśmiechnąłem się do siebie i dokończyłem szykować się. Opuściłem swoje mieszkanie, by po niedługiej chwili znaleźć się w swoim samochodzie. Włożyłem kluczyk do stacyjki i po chwili odpaliłem silnik. Wyjechałem z parkingu i ruszyłem, w stronę studia telewizyjnego. Miałem nadzieję, że ten dzień będzie ciekawy, nie wiedząc o tym, jak bardzo się myliłem. Droga nie była długa, więc niebawem zatrzymałem się przy chodniku, widząc stojącą na chodniku, różowowłosą kobietę, która chwilę przed tym, jak zaparkowałem wyszła z budynku studia. Podeszła do samochodu, więc uchyliłem szybę. Ona uśmiechnęła się, nawet ładnie i spytała.
- Pan jest Hashiramą Senju, który ma mnie zabrać do waszego zakładu?
- Tak, to ja, a pani jest?
- Sakura Haruno, redaktorka. - przedstawiła się, gdy wsiadła do samochodu.
- Miło poznać. - mruknąłem, ruszając w stronę miejsca docelowego.
- Pana również. - odpowiedziała.
Przez dłuższą chwilę między nami zapadła cisza, którą przerwałem, włączając radio i ustawiając na jakąś stacje, która grała akurat jakieś rockowe kawałki. Wsłuchiwałem się w muzykę i prowadziłem, aż w końcu dziewczyna zaczęła mnie pytać o błahe rzeczy typu; dlaczego wybrałem pracę w psychiatryku, czy się nie bałem tam pracować, jakie mam hobby czy też jakiego rodzaju muzyki słucham. Na takiej luźnej rozmowie zleciała nam droga. W końcu zaparkowałem przed budynkiem.
  Nim wyjąłem kluczyk ze stacyjki spojrzałem na budynek zakładu. Zmartwiło mnie to, iż w całym budynku były zgaszone światła. Mogłem uznać, że prądu nie ma, ale nawet jak tak się mogło zdarzyć, to zwykle braki prądu były w dzień i elektrownia o tym, że może prądu nie być informowała. Oczywiście mogło się zdarzyć, iż nie ma go nagle, jednak w obecnej scenerii wydawało się to dość nierealne. Nawet pogoda była przystępna, że zerwanie linii energetycznej było niemożliwe. Im dłużej o tym wszystkim myślałem, to miałem coraz bardziej złe przeczucia. Sięgnąłem ręką do schowka, wyjmując z niego latarkę. Spojrzałem na siedzącą dziewczynę, która wpatrywała się we mnie pytającym spojrzeniem. Chwilę nic nie mówiłem, zastanawiając się czy rozsądne będzie zabranie jej ze sobą, czy też bez wyjaśnienia kazać jej tu zostać. Chociaż sądzę, że lepiej by poszła ze mną. W końcu, gdyby coś się naprawdę złego działo, mógłbym pozwolić jej uciec i pozwolić jej powiadomić odpowiednie władze. W końcu znam rozkład tego psychiatryka jak własną kieszeń. A zostając w samochodzie na nic by się nie przydała, bo by nie znała sytuacji.
- Sądzę, że coś mogło się stać w placówce. Chcę to sprawdzić, pójdziesz ze mną? - zapytałem, patrząc na nią spokojnie.
- Oczywiście, że pójdę. - odpowiedziała pewnym siebie głosem, bez wahania.   
Skinąłem głową, po czym wyszliśmy z samochodu, trzaskając drzwiami. Ruszyłem, w stronę budynku szpitala, zapalając latarkę i oświetlając nią drogę. Sakura szła obok mnie, rozglądając się bacznie. Sam też się rozglądałem po okolicy, która była niezwykle cicha, zwykle powinniśmy chociaż jednego strażnika napotkać. To była kolejna rzecz, która mnie niepokoiła. Dotarliśmy do drzwi frontowych. Nacisnąłem na klamkę i pociągnąłem, ale były zamknięte. Zmrużyłem oczy, uznając, że coś tu zdecydowanie nie gra. Spojrzałem na redaktorkę.
- Musimy sprawdzić tylne drzwi. - powiedziałem, a ona skinęła głową. Bez słowa udałem się, w kierunku tylnego wejścia, zaś moja towarzyszka zrównała dość szybko ze mną krok. Szybko znaleźliśmy się na miejscu. Tym razem, gdy nacisnąłem klamkę drzwi z cichym skrzypnięciem ustąpiły. Dość powoli je otwierałem, zerkając do pomieszczenia, ale nic nie zobaczyłem, gdyż było całkowicie spowite mrokiem. Także nie słyszałem, by ktoś się tam znajdował. Otworzyłem je na oścież, wchodząc do środka i oświetlając latarką pomieszczenie, rozglądałem się.
   W jednej z sal, w których dominował kolor biały, na łóżku siedział długowłosy mężczyzna. Jedyne przedmioty, które nie były koloru białego to drewniana szafka nocna i czarne kraty w oknie, nie wspominając o zakrwawionym nożu, który leżał na szafce przy łóżku. Wzrok siedzącej postaci wydawał się przerażony, a momentami wręcz obłąkany. Jego wzrok podążał od kąta do kąta niewielkiego pokoju. Wyglądał jakby czegoś oczekiwał. Uniósł głowę nieco, zaś jego długie włosy bardziej ukazały jego bladą twarz. Jego spojrzenie zatrzymało się na suficie, a potem odwrócił głowę, w stronę szafki z nożem i uśmiechnął. Wreszcie nikt im nie stanie na drodze. Będą mogli być szczęśliwi. Tym razem nie pozwolił tym ludziom, odebrać mu osoby, która stała się dla niego ważna. Nie popełnił tego błędu co kilka lat wcześniej. W końcu to oni ich rozdzielali. On nie chciał nikogo innego. Chciał tylko jego, ale to przez tych wszystkich ludzi tu pracujących go opuszczał! Oni chcieli ich rozdzielić stopniowo na zawsze. Wiedział to, więc ich uprzedził. Wystarczyło ich tylko zabić! To takie proste! Teraz musi tylko na niego poczekać i  będą mogli już być szczęśliwi. Nikt ich nie rozdzieli. Zadba o to on już. Bo inni nie mają prawa odbierać mu szczęścia. Już raz to zrobili. Jego rodzice, gdy podczas wypadku oni przeżyli, a nie jego młodszy braciszek, Izuna. Jakim prawem po tym śmieli bezkarnie wrócić do domu? To ich wina, że zginął! A oni nawet się tym nie przejęli, jakby nie był ich synem, tylko jakimś śmieciem, którego się pozbyli. Zapatrzeni tylko w siebie, pracoholicy. Nie obchodzili ich, dopóki byli idealni. Chociaż tak naprawdę obaj byli zbędnym balastem dla nich. Co nie zmieniało faktu, że Izuna nie był śmieciem! Nawet po nim nie zapłakali! On też nie płakał, gdy ich mordował. Wtedy był, wręcz szalenie szczęśliwy. Widząc ich przerażenie w oczach, gdy skrępowani patrzyli na to, jak kolejne z ich palców u rąk padają na podłogę. Jak ich usta, opuszczają rozdzierające krzyki. Gdy ich okaleczone ciała leżały na ziemi i powoli się wykrwawiali. Jak starali się go przekonać, by zadzwonił po pogotowie i się zlitował. Nie chcieli umierać. A on jedynie patrzył na nich, jak na najbardziej szkaradne robactwo, które kiedykolwiek w życiu widział. Ostatnią rzeczą, jaką im powiedział to; on też nie chciał umierać. Bo to była prawda. Chociaż nie sądził, że oni będą wiedzieli o co mu chodziło, ale nie obchodziło go to zbytnio. Bo niedługo już ich nie będzie. Nikt po nich nie zapłacze. Zostaną zapomniani, jakby nigdy się nie narodzili. Bo są jednymi z wielu ludzi, którzy istnieli na tym świecie. Bo nikt nie zostanie w tym świecie zapamiętany na wieczność. Pamięć jest rzeczą ulotną i często zawodzącą z wiekiem.
   Pomieszczenie okazało się całkiem puste. Miał jednak przeczucie, że te drzwi zostawiono celowo otwarte. Jednak skoro wszedł już tutaj, nie mógł się wycofać. Nawet nie chciał tego robić. Obawiał się tego, co może ich tu spotkać, jednak ciekawość, która także była jednym z uczuć jakie nim targały, sprawiała, że chciał iść dalej. Wiedział, że ona jest zwykle zgubna. Nie liczyło się to dla niego, bo niewiedza, co się tu stało i chęć odkrycia co tu miało miejsce była silniejsza od niego. Jego towarzyszka także nie wyglądała, jakby chciała wrócić, więc po cichu ruszył w dalszą drogę, świecąc latarką. Wyszli na korytarz, gdzie było niezwykle cicho. Szedł wolno, co chwilę sprawdzając, czy dziewczyna się mu nie zgubiła. To było by kłopotliwe w tej sytuacji. Zastanowił się czy nie zrobić czasem tak, jak w amerykańskich filmach i nie zapytać jest tu kto? Po chwili się rozmyślił, uznając ten pomysł za głupotę. Podszedł do jednych z drzwi i uniósł rękę, zatrzymując ją nad klamką. Miał przeczucie, że nie powinien ich otwierać, mimo to położył dłoń na klamce i je otworzył. Wpuścił do środka światło latarki, oświetlając pokój. To co zobaczył wprawiło go w osłupienie, jednak jego pierwszym odruchem było przytknięcie sobie ręki do ust, żeby nie wydać z siebie jakiegoś krzyku. Widok rozprutego i poćwiartowanego ciała, jednego z pacjentów zdecydowanie nie był tym, co marzył ujrzeć. Za swymi plecami usłyszał słowa o mój Boże, wypowiedziane przez Sakurę. Zamknął po chwili pośpiesznie te drzwi, bo nawet mu, jako lekarzowi, po dłuższym patrzeniu zaczęło zbierać się na wymioty. Oparł się po chwili plecami o ścianę, patrząc na pobladłą różowowłosą.
- Co za psychol, mógł coś takiego zrobić? - zapytała cicho.
- Nie wiem. - odpowiedział wręcz automatycznie, chociaż w głowie miał całkowicie inną wersję, której nie wypowiedział, nie chcąc jej dobijać. Bo tak naprawdę, w tym miejscu słowo psychol odbierał inaczej. Nie jeden z 'psycholi', którzy byli tu leczeni byłby w stanie coś takiego zrobić. Bo nawet lekarz nie może wiedzieć, co w najdalszych zakątkach umysłu chorego może siedzieć. Najwięcej wiedzą zwykle z opowieści pacjentów, którzy dzielą się swymi urojeniami, lękami. Też podczas różnych metod leczenia dowiadują się czegoś. Nie mogą jednak tak łatwo dotrzeć do najmroczniejszego miejsca umysłu. Nie raz potrzeba do tego lat, nie raz nie udaje się i może wydarzyć się coś takiego jak tu właśnie ma miejsce. Domyślał się, że podobnie wyglądających ciał mogą znaleźć tu dużo więcej. Domyślał się także, że osoba, która jest za tą masakrę odpowiedzialna, wciąż tu może być. Musieli to sprawdzić, czy chciał czy nie. Bo jeżeli uciekł to pochłonie więcej ofiar, które nie są niczemu winne. Odbił się od ściany i zerknął na Haruno, która się już nieco otrząsnęła. Cóż, nie tak miało wyglądać pokazywanie pracy w szpitalu psychiatrycznym. Wznowił wędrówkę, idąc najciszej jak umiał. Gdy doszli do punktu ochrony na parterze ujrzeli dość nieciekawie wyglądające ciała pracowników, jeden nawet siedział na krześle bez głowy. Zaś na podłodze wypisane było krwią nie zabierzecie mi go. Hashirama po odczytaniu tego napisu wolał nie wiedzieć, o kogo chodzi. Mimo całej niechęci podszedł do martwego ochroniarza, którego zaczął przeszukiwać, mając nadzieję, że znajdzie tam jakąś nadającą się do użytku broń. Sakura pomogła mu w tym, przeszukując drugiego martwego mężczyznę. Nie znaleźli tego, czego chcieli przy ciałach. Jedynie na podłodze był jeden pistolet, który został zdeptany butem. Zupełnie jakby sprawca tej masakry chciał im uświadomić, jacy są wobec niego bezbronni i że czeka ich to samo. Senju nie miał zamiaru się poddać. Do tego według niego wszystko wskazywało na to, że sprawcą tego wszystkiego jest pacjent placówki. Zważywszy na to, iż jest to osoba nieobliczalna i nie tak bardzo trzeźwo myśląca mogła pominąć jakieś miejsce, w którym mógłby znaleźć cokolwiek, co przydało by się do skutecznej obrony. Bo nie miał zamiaru tutaj zginąć. Zaczął przeszukiwać szufladę przy jednym ze stanowisk. Tracił nadzieję, gdy jedyne co wyczuwał pod palcami to jakieś papiery, długopisy, spinacze, które nie były mu do niczego potrzebne. W końcu wyjął całą szufladę, wyrzucając większość papierowej zawartości na naznaczoną krwią podłogę. W duchu po chwili ucieszył się, że nie zostawił jej w spokoju, bo pod papierami na samym końcu znalazł broń, która miała pełny magazynek. Wziął ją i schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Rozejrzał się jeszcze w poszukiwaniu naboi, ale takowych nie znalazł. Uznał w myślach, że jeśli przyjdzie mu użyć broni palnej, będzie musiał korzystać z niej rozważnie, bo nie sądził, iż natrafią na drogę stworzoną z naboi. Ruszyli w dalszą wędrówkę po zakładzie psychiatrycznym, kierując się na piętro. Weszli po schodach i rozejrzeli. Było to piętro w całości mieszkalne pacjentów. Większość drzwi była zamknięta i zza nich nie dochodziły żadne dźwięki. Oboje nie mieli już odwagi żadnych otwierać, woleli nie wiedzieć co znajdą w środku. Ruszyli więc wolno długim korytarzem. Aż w końcu zauważyli, że jedne z drzwi były otwarte. Hashirama doskonale wiedział do kogo należał tej pokój. Zatrzymał się przy nim, jednak stał przy ścianie, że jeśli ktoś w pomieszczeniu tamtym przebywał, nie mógł go zauważyć.
   Siedząca nieruchomo osoba na łóżku drgnęła. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. Słyszał! Słyszał kroki! Nareszcie przyszedł! W końcu będzie mógł go przywitać! Tak bardzo za nim tęsknił. Myślał już, że zabicie tych ludzi poszło na marne, bo coś przeoczył i wcześniej przeciągnęli go na swoją stronę. Jedak nie, przyszedł do niego. Zapewne zaraz zobaczy jego piękny uśmiech i ulgę na twarzy, gdy ujrzy, iż przeżył tą maskarę. A jak zapyta kto zabijał zwali na tego szaleńca Hidana. Bo wszyscy tu wiedzieli, że w imię swego wymyślonego Boga Jashina byłby w stanie coś takiego uczynić. To dobry plan. A Madarze udało się przed nim obronić, jednak dla reszty było za późno. Jako jedyny ocalał. Sprzeda mu tą bajeczkę, on go zabierze do siebie i będą szczęśliwi. Już zawsze. Uśmiechnął się szeroko i wstał z łóżka, które cicho skrzypnęło. Wziął nóż, który leżał na szafce i schował. To było narzędzie, którym pozbył się srebrnowłosego szaleńca. Nic mu nie udowodnią, bo jest szalony. Madara, mimo wszystko był inteligentnym szaleńcem. Wyszedł z pomieszczania po chwili. Hashirama podskoczył lekko w miejscu, widząc iż ktoś wyszedł z pokoju. A fakt, że to był jego podopieczny, wcale go tym razem nie pocieszał. Za to zmartwił. Na twarzy bruneta widniał początkowo uśmiech, jednak zniknął dość szybko, gdy zauważył stojącą za Senju Sakurę. Zmrużył swe czarne tęczówki, jakby z niezadowoleniem. Po chwili jego wzrok stał się nagle nieobecny, a on się zatrzymał, stojąc naprzeciw nich. Stał tak dłuższą chwilę, wpatrując się w nich tym nieobecnym spojrzeniem, jakby właśnie wyruszył w duchową podróż w kosmos. Hashirama nie miał pojęcia, o co chodzi, ale postanowił się odezwać.
- Madara? - powiedział dość cicho, jednak odległość między nimi nie powinna sprawiać problemu w usłyszeniu jego.
Brak reakcji z jego strony.
- Madara? - powiedział tym razem głośniej, spokojnym tonem. Starał się mu nie ukazywać, że się boi. Bo bał się, iż to on jest winny temu, co tu się stało. Tym razem doczekał się reakcji.Brunet zamrugał i jego spojrzenie stało się całkiem przytomne.
- Tak? - spytał tonem, jakby po prostu się na chwilę zamyślił. Chociaż jego umysł wręcz krzyczał, by pozbył się tej kobiety, która z nim była. Bo może wszystko zepsuć, to na co pracował. Nie chciał, by zniszczyła ich szczęśliwą przyszłość.
- To Hidan zrobił - powiedział spokojnie, patrząc na swego lekarza. Spodziewał się, że o to zapyta. Tylko czemu się nie ciszy z tego, że on przeżył? Nawet się nie uśmiechnął. Czyżby to wina tej kobiety? Na pewno. Normalnie by się uśmiechnął i powiedział, że się cieszy z tego, że przeżył. Ją też trzeba zgładzić. Bo ona nie ma prawa pozbawiać go prawa do oglądania tego pięknego uśmiechu.
- Hidan? W takim razie gdzie on jest?
Uchiha wzruszył ramionami.
- Umarł.
- Umarł?  Jak?
- Udało mi się go zabić, gdy chciał zrobić to samo ze mną co z resztą personelu. Chowałem się, ale na końcu i mnie znalazł, a znalazłem nóż to się obroniłem. - wyjaśnił.
Hashirama skinął głową, jednak nie wydawało mu się, by mu uwierzył. Czyżby go podejrzewał? A może wciąż jest w takim szoku, że się go po prostu boi? Zaraz miał zamiar się przekonać. Wyciągnął nóż, który wcześniej ukrył. Oni odruchowo wręcz się cofnęli. Boją się go. Hashi nie musi, ale ta kobieta zdecydowanie powinna zginąć. To przez nią nie jest tak, jak być powinno.
- O tym się obroniłem. - pokazał im nóż, który był splamiony szkarłatną cieczą. - Hashiramo, nie wierzysz mi, że tylko się broniłem?
- Oczywiście, że wierzę. - powiedział i przez chwilę delikatnie uśmiechnął kącikami ust.
- On może kłamać. - wtrąciła się, wciąż stojąca za nim Sakura. Senju spojrzał na nią, jakby zdziwiony. Nie brał tej opcji pod uwagę, a ta głupia suka wszystko psuje. Muszę ją zabić. Jak mu powiem, dlaczego to zrobiłem on na pewno mi wybaczy. W końcu zrobiłem to dla nas.  Chciałem dobrze. To jej wina, sama się o to prosiła. Może winić tylko siebie, nie mnie. W końcu jestem niepoczytalny. A szaleńców się nie prowokuje. Bo tak potem to się kończy. Ruszyłem wolno w ich stronę z uśmiechem. Senju spojrzał na Madarę, który nagle zaczął do nich iść, jego uśmiech był cienki i dość złowrogi. Wcale mu się to nie podobało.
- Hashi, odsuń się od niej. - powiedział, stojąc przede mną.
- Co ty chcesz zrobić?
- Po prostu się odsuń. - po tych słowach odepchnął mnie na bok, by po chwili unieść nóż z zamiarem zaatakowania Haruno. Zamachnął się na nią, jednak udało jej się uskoczyć. Podbiegłem do niej i złapałem za nadgarstek, zacząłem ciągnąc za sobą, uciekając do wyjścia. Wiem już co tu się stało. Tyle bytu tu wystarczy. Madara od razu pobiegł za nami. Jedyne czego pragnąłem to dobiec do wyjścia. Wiedziałem, że nie będzie to łatwe zadanie z kimś, kto zabił wszystkich pracowników tego miejsca za plecami, jakby robił to codziennie. Odwróciłem się za siebie, był coraz bliżej. Starałem się przyśpieszył, ale nie dało to zbyt wiele. Nigdy nie byłem dobry z wychowania fizycznego. Od tej pory starałem się nie odwracać. W pewnej chwili powietrze świsnęło za mną i coś spadło na podłogę. Poczułem, że uścisk Sakury całkiem zelżał. Odwróciłem głowę, by na nią spojrzeć, ale to co zobaczyłem sprawiło, że wrzasnąłem. Jej głowa została odcięta. Odrzuciłem resztę ciała i odwróciłem, w stronę swego byłego pacjenta. Bo teraz już nim nie jest zdecydowanie. On uśmiechnął się do mnie radośnie.
- Hashi! Już teraz nic nie stoi nam na drodze! Możemy być szczęśliwi razem! Będzie jak dawniej, zobaczysz! Nikt nas nie rozdzieli.
Spojrzałem na niego jak na wariata, którym rzeczywiście był. O czym on w ogóle mówi? Szczęśliwi razem? Co on sobie uroił? Spojrzałem na niego przerażony. Zaczął powoli podchodzić do mnie. Cofnąłem się, przypomniałem sobie, o broni, którą przy sobie miałem. Sięgnąłem do płaszcza i wyjąłem pistolet, który naładowałem, celując w Madarę.
- Nie podchodź do mnie!
Zatrzymał się. Jego twarz wykrzywiła się w jakimś grymasie niezadowolenia, a potem była przepełniona smutkiem. Wyglądał jak dziecko, któremu ktoś zrobił krzywdę, nie kupując mu ciastek. Świadomość tego, co on zrobił odrzucała jego niewinność w tej wizji.
- Hashi, nie wygłupiaj się! Zrobiłem to dla nas! Przecież wiem, że mnie kochasz! Jestem ci potrzebny, tak jak ty mi! - odezwał się, podchodząc do mnie.
- Nie ruszaj się! - ostrzegłem go po raz kolejny. Nie zrobił sobie z tego nic. Nawet nie zauważyłem, gdy palec, spoczywający na spuście go nacisnął i kula trafiła Uchihę, który wypuścił z dłoni nóż. Uniósł na mnie zdziwione spojrzenie, jakby nie wiedział co zrobiłem. Wyszeptał me imię, stawiając kolejne kilka kroków. Kolejny strzał, który tym razem powalił go na ziemię. Spojrzał na mnie spojrzeniem zagubionego, smutnego i opuszczonego dziecka, które zostało zdradzone przez zaufaną osobę. Tym razem nie czułem złości, patrząc na niego i przerażenia, nie myślałem o tym, ile osób zabił. Po prostu poczułem nagły smutek. Jeszcze nie dochodziło do mnie, co właściwie zrobiłem.
   Dlaczego robiłeś mi to, Hashi? Ja po prostu chciałem być szczęśliwy z Tobą. Byłeś pierwszą osobą, przy której czułem się bezpiecznie i zaufałem od śmierci Izuny. Spędzając z tobą czas na terapii, widząc twój uśmiech sądziłem, że też jesteś przy mnie szczęśliwy. Zawsze, gdy miałeś nocne zmiany tutaj, a ja miałem znowu zły sen siedziałeś przy mnie, głaszcząc po głowie, mówiąc bym się nie bał i nie martwił, wszystko jest dobrze i to był tylko sen. Twój kojący dotyk sprawiał, że stawałem się spokojny i mogłem znów usnąć, a nie kuliłem się pod kołdrą, obawiając gniewu morfeusza, który objawiał go w postaci koszmarów. Obraz zaczął stawać się coraz bardziej rozmazany, że już po chwili nie widziałem twego kształtu. Byłeś zbyt rozmazany.
- Hashi, nie zostawiaj mnie. - wyszeptałem, mój głos był bardzo słaby, ale byłem pewien, że mnie słyszałeś. Bo usłyszałeś to, prawda? Uniosłem głowę, ale przestałem widzieć. Rozmazane do granic możliwości kształty, które były nie do rozpoznania pochłonął mrok. Moja głowa wydała mi się strasznie ciężka i po chwili opadła. Czułem ból po postrzale, jednak nie trwał on długo. Niebawem już nic nie czułem. Nie wiedziałem nawet czy ze mną zostałeś, Hashi.
   Patrzyłem na niego, leżącego w rosnącej kałuży krwi. Słysząc jego ostatnie słowa moja ręka zaczęła drżeć, aż po chwili upuściłem pistolet, gdy jego głowa wcześniej lekko uniesiona opadła na podłogę. On odszedł. Ogarnęła mnie panika. Nie wiedziałem co mam zrobić, więc uciekłem stamtąd. Wsiadłem po chwili do samochodu i odjechałem. Nie miałem pojęcia dokąd zmierzam, po prostu chciałem uciec. Gdziekolwiek. Jak najdalej od tamtego psychiatryka. Od tych wszystkich martwych ciał. Jestem lekarzem, ale nawet nasza psychika ma granice. Choć powinna być odporna, ale nie jest możliwe by na wszystko. Jadąc tak uświadomiłem sobie powód dla którego Madara to wszystko zrobił. On chciał po prostu być szczęśliwy ze mną. Bał się, że inni ludzie mu na to nie pozwolą. A ja go zabiłem. Zabiłem człowieka, który pragnął trochę szczęścia w życiu. Pozbawiłem go tej możliwości. Nawet jeśli był szalony, to miał prawo być szczęśliwy, a to co mu to szczęście dawało, go zabiło. Ta myśl mnie przeraziła. Po moich policzkach popłynęły łzy, nim się zorientowałem. On mi zaufał. Uśmiechał się nawet. A ja go tak potraktowałem. Skręciłem gwałtownie kierownicą, po czym wcisnąłem gaz. Wiedziałem dokąd jadę. Nie miałem nic do stracenia. To będzie nic, w porównaniu do tego, co tobie zrobiłem, Madaro - pomyślałem, a zaraz potem samochód wpadł w przepaść.
 _______________________
Mam nadzieję, że się podobało. Mogły się zdarzyć jakieś błędy, ale nie dałam rady już sprawdzić dokładnie, więc można mi je wytykać, to poprawię.

środa, 18 czerwca 2014

Krucza Miłość V

Tak więc kolejny rozdział Kruczej Miłości, dość krótki, jednak 6 będzie dłuższy. No i wreszcie wakacje niebawem się zaczną. (: Jak je spędzicie? Ja wyjadę, więc nie będzie wtedy notek na blogu, jednak swoje twory zabieram ze sobą. Może przez ten czas nawet ukończę tą serię. ^^ Bo mam wiele pomysłów innych zapisanych w mym telefonie. Nie przedłużam już. Miłej lektury (:
_________________________________________________________________
  
    Pojawili się przed siedzibą. Itachi złożył odpowiednie pieczęcie, a głaz zasłaniający wejście do kryjówki odsunął się. Hoshigaki spojrzał na swojego towarzysza, mimo że wydawało się, iż ma swoją zwyczajną minę, to on za dobrze go znał. Odnosił wrażenie, że spotkanie z młodszym bratem sprawiło, że coś zaczęło go dręczyć. Jednak nie miał zamiaru o to pytać, bo wiedział, że on nie jest osobą, która jak nie chce o czymś mówić to po zapytaniu zwierzy się z problemu zadręczającego myśli. Z niewiadomych powodów jeden z byłych mistrzów miecza chciał wiedzieć, o czym on myśli. Sam nie rozumiał dlaczego.
   Uchiha wszedł w głąb pozornie zwyczajnej i niczym nie wyróżniającej się groty. Kisame wszedł za nim, a głaz się zasunął, zamykając wejście. Itachi w jednej chwili zapalił pochodnie po prawej stronie jaskini i ruszył w dalszą drogę. Za nim oczywiście szedł jego partner. Większą część drogi obaj milczeli.
- Kto idzie do lidera, zdawać raport? - spytał brunet od niechcenia.
- Ja mogę - odparł Hoshigaki.
Odpowiedział mu skinieniem głowy. Jak widać wcale się nie przejął tym, że to była jego kolej i nawet jeżeli zwykle o to pytał to zawsze wytykał bestii z wioski Ukrytej we Mgle takie drobne pomyłki. [ nie wiem, czy to zdanie nie jest zagmatwane... ] Teraz nic nie powiedział. Kisame z niewiadomych przyczyn zmartwiło to. Stosunkowo rzadko zwracał uwagę na drobne szczegóły w przeciwieństwie do Uchihy, który nie raz robił to wręcz przesadnie. Jednak to jego nowe zachowanie go irytowało. Nie było podobne do niego. Odnosił przez to wrażenie, że wcale nie zna osoby, z którą tyle czasu pracował. Naprawdę to spotkanie tak na niego wpłynęło? A może to coś całkowicie innego? - zastanawiał się nad tym. W końcu dotarli do części mieszkalnej kryjówki i rozdzieli się tam, udając bez słowa w swoje strony.
   Itachi poszedł do swojego pokoju. Otworzył drzwi i wszedł do środka, nie zapalając światła. Podszedł do łóżka i zapalił lampkę nocną, która rozjaśniła nieco mroki pokoju. Położył się i spojrzał na sufit, zakładając ręce za głowę. Przed oczami miał obraz swego młodszego brata, ale jego oczy pozbawione były tej nienawiści, którą lśniły od masakry klanu, gdy tylko go ujrzał. Jego wzrok był wręcz przygnębiająco smutny. Niechętnie przypomniał sobie słowa '' Wiem, że nie mówiłeś prawdy. '' - powtórzył je na głos, przymykając oczy. Słowa, które sprawiły, że zaczął się wahać. Wszystko czym się kierował dotychczas stało pod ogromnym znakiem zapytania. Czuł się, jakby został postawiony na rozdrożu dróg, jako zwykły szary człowiek, który był zbyt zagubiony, by myśleć na tyle trzeźwo, żeby wiedzieć jaką ścieżkę należy wybrać. Emocje, jakie mu teraz towarzyszyły, gdy rozmyślał nad wszystkim co dotychczas uczynił, wprawiały go w nie małe zdenerwowanie. Miał ochotę rzucić to wszystko i uciec do miejsca, gdzie poczuje się lepiej. Jednak wiedział, że nie może tego zrobić. Jego los został przypieczętowany w tamtym dniu, gdy pozbawił życia swych bliskich. Bez możliwości ucieczki. Tak myślał, gdyż nie miał zamiaru chwytać się złudnej nadziei. Ona tak naprawdę nic nie daje, oprócz krótkotrwałej optymistycznej wizji, która pryskając jak bańka mydlana pozostawia zawód, smutek i bezgraniczny żal do świata. Tak uważał, ale teraz nie był już niczego całkowicie pewien. Teraz już nie miał pojęcia czy lód,  po którym stąpa się pod jego ciężarem nie załamie.
    Westchnął. Przypomniał sobie te dni, gdzie był dzieckiem i były bardziej beztroskie i przepełnione radością. Wtedy bawił się ze swoim młodszym braciszkiem w lesie, w chowanego. Na jego usta wpełzł na chwilę delikatny uśmiech. Lubił wspominać te chwilę, które spędzali razem. Chciałby do tego czasu wrócić. Jednak wiedział, że nie może. Nie miał okazji, żeby wrócić powiedzieć mu prawdę tamtej krwawej nocy, przeprosić za te wszystkie kłamstwa, przytulić go mocno i powiedzieć, że go bardzo kocha. Dalej zastanawiała go tamta sytuacja. Nie wiedział czy on żartował czy też nie. W końcu nie było zbyt wielkiego grona osób, które znały prawdę. Większość z nich wykluczył. Będzie musiał się dowiedzieć, skąd mu się to wzięło. Westchnął po raz kolejny, czując rosnącą irytację, w myślach uznając, że głupia sytuacja, a sprawia tyle zachodu. Przymknął oczy, mając nadzieję, że uda mu się zasnąć i pozbyć natłoku, momentami panicznej obawy przed tym, że jego ułożony już dawno plan legnie w gruzach. Nie podobała mu się taka wizja.
    Kilka minut leżał w całkowitej ciszy, ale nie był w stanie zasnąć. Na domiar złego czuł zdenerwowanie tym wszystkim. Otworzył oczy i spojrzał na czerwone tęczówki, które przypatrywały mu się uważnie.
__________________________________
Ciąg dalszy nastąpi <: 

piątek, 30 maja 2014

Mordercza Miłość.

Słowa z 2 openingu Mirai Nikki.
__________________________________

Chłopaku z ostrym kolcem w swym ciele
Spotkałem cię w tej historii.
Między nienawiścią leży mordercza miłość.


 Zawsze byłem od ciebie lepszy. Mimo tego, że nasz ojciec władał potężną mocą, ty urodziłeś się nieudacznikiem. Gdy byliśmy młodsi, zawsze cię pocieszałem. Bo wtedy dla mnie byłeś moim małym, uroczym, niezdarnym braciszkiem. Wtedy jeszcze byliśmy dziećmi, które nie wiedziały jak życie może być okrutne. Ja się o tym przekonałem, gdy byliśmy starsi. Ja miałem być następcą ojca, lecz na łożu śmierci wybrał ciebie. Byłem wściekły. Cały ten czas,  gdy starałem się być we wszystkim najlepszy, przez co przypisano mi miano geniusza po prostu przepadł. A ty, będąc przez większość czasu gorzej niż beznadziejny nagle urosłeś w siłę i zabrałeś to, na co pracowałem od najwcześniejszych lat. Uważałem cię za mojego przyjaciela, a nawet kogoś więcej niż brata. Jednak wtedy nie myślałem o tym. Byłem zbyt wściekły.


Czy gotów jesteś zabić przyjaciół swych, by spełnić swe marzenie?
Czy jesteś gotów za kogoś umrzeć?
To równoznaczne pytania
Życie to gra, to przetrwanie. To fakt, więc jak ją zaczniesz?
Czas i przestrzeń, to skrzyżowanie do bramy. Gdzie pójdziesz?


Rozpętałem krąg nienawiści między nami. Ty zawsze byłeś miłym, grzecznym i dobrym chłopcem. Zawsze umiałeś się uśmiechnąć, mimo że większość osób uznawało cię praktycznie za nic nie wartego śmiecia, który jest zwykłą ujmą dla honoru mędrca sześciu ścieżek. Nawet dla ojca mogę stwierdzić, że byłeś beznadziejny i po jakimś czasie uznał, że jesteś całkowicie bezużyteczny. Tylko nigdy tego na głos nie wymówił. Był zwykłym tchórzem, za maską kochającego ojca, który nagle doznał oświecenia i docenił swego młodszego syna. Tak więc, Ashuro ile jesteś bliskich ci osób z klanu poświęcić, by spełnić swoje marzenie, żeby świat był lepszy?


Poszukujesz wiecznego oddechu.
Dlaczego tak bardzo chcesz żyć?
Nie wiemy, kiedy ten świat powstał.
To pętla czasowa.

Nic się na tym świecie nie zmieni.
Wszystko zostało już zdecydowane.
Podróżujemy przeszłością i przyszłością przez miłość.


Walki między nami trwają dzień w dzień, bez ustanku. To jest pętla, którą rozpętałem i zacisnąłem. Nie sądzę, że kiedykolwiek mi to wybaczysz. Bo widzę ten ból w twych oczach, gdy tracisz kompanów, którzy zapewne jeszcze niedawno uznawali cię za nic nie wartego człowieka. A teraz, gdy zyskałeś siłę z fałszywymi twarzami stali się twoimi przyjaciółmi. Mógłbym cię zabić braciszku, jednak tego nie zrobię. Bo moja miłość do ciebie nie jest taka zwyczajna. Ona jest szalona. To uczucie jest jak zakazany owoc. Wiem to. Nie jest do zaakceptowania przez społeczeństwo i zapewne ty też byś go nie akceptował. Sprawia, że podejmuję szalone decyzje. Tak, ta wojna między nami jest tego wynikiem. Staram się ciebie nienawidzić, jednak nie przynosi to pożądanego skutku. Bo nie darzę nienawiścią ciebie, a siebie. Walczę z tylko z tobą, bo chcę cię chronić, przed śmiercią z czyjeś ręki. Sam nie jestem w stanie tego zrobić. Gdy raz wyobraziłem sobie twoje martwe ciało, ogarnęła mnie panika i rozpacz oraz po chwili gniew. Nawet członkowie mojego klanu się wtedy przerazili. Nie jestem zdolny do zabicia ciebie, a moje uczucie jest jak trucizna. Co za beznadziejna sytuacja.


Chłopiec z samotnością u jego boku.
Chcę kontrolować twoją duszę.
Za nienawiścią leży plądrująca miłość.




Patrzę codziennie w twoje orzechowe tęczówki, napawając ich blaskiem. Od lat niezmienne. Zawsze je podziwiałem i uważałem, że są piękne. Takie żywe, radosne. W przeciwieństwie do moich, które niegdyś były niekończącą się czernią, pozbawioną życiowego blasku. Teraz codziennie widzę tylko spiralę, która tonie w złowieszczym szkarłacie. Przypomina mi to czas, gdy byłem mały i zawsze ci zazdrościłem tego, że mimo wszystko umiałeś łatwo nawiązywać kontakty i mimo swej nieudolności miałeś chociaż chwilowe towarzystwo. Ja zwykle byłem samotny. Ludzie bali się moich oczu, gdy je przebudziłem. Gdy się urodziłeś, byłem szczęśliwy, że będę mieć młodszego brata. Bo nie będę aż tak samotny, chociaż wpadło mi w nawyk izolowanie się od ludzi. Jednak każdy potrzebuje w końcu czyjegoś towarzystwa. Nie byłem wyjątkiem od tej reguły. Zawsze nie lubiłem, gdy płakałeś. Nie raz w nocy, gdy zaczynałeś płakać nim któreś z rodziców przyszło, brałem cię na ręce i uspokajałem. Często nim ponownie zasnąłeś łapałeś mnie swoją małą, niemowlęcą rączką za palec, jakbyś chciał mi przekazać w ten sposób, bym cię nigdy nie opuszczał. Zawsze wydawało mi się to zabawne. Byłeś taki uroczy i wciąż jesteś. Nie da się ciebie nie kochać.


Przyszłość się kończy
Ale jesteśmy przygotowani na to.
Przyszłość jest jeszcze przed nami.
Tak! Są w tym samym czasie.

Śmierć jest ramą, to spirala. To wszystko. Co myślisz?
Bóg i diabeł, to kozioł ofiarny przez serce. Co wiesz? 





Niby kolejne z starć naszych klanów. Jednak czułem, że tym razem będzie inaczej. Coś się w tej rutynie zmieni. Tylko nie wiadomo, czy na dobre. Moja dusza jak zwykle uradowana, gdy tylko cię zobaczyła. Na zewnątrz miałem kamienny wyraz twarzy, taki jak zawsze. Nie mogłem okazywać ci moich uczuć, byłem tego świadom. Ponownie moją rolą było granie drania, który był rządny władzy i chciał zgładzić rodzonego brata. A tak naprawdę po prostu popełniłem błąd w gniewie. Wiedziałem, że za niego słono zapłacę. To nie miało dla mnie takiego znaczenia, dopóki mogę być przy tobie. Jesteś dla mnie jak jakiś środek narkotyzujący, a ja jestem uzależnionym. Nie mogę istnieć bez ciebie, chociaż obrałem ścieżkę mroku, a ty światła. Ta zależność jest obustronna, ciekawe czy ty też to czujesz. Moje myśli mnie rozkojarzyły, jednak z zamyślenia wyrwały mnie coraz głośniejsze odgłosy walki. Okrzyki bojowe, jęki rannych, krzyki rozpaczy bliskich za zamordowanymi. To wszystko było moją winą. Spojrzałem na ciebie. Twoje oczy wciąż błyszczały, ale i ukazywały zaciętość. Moje przeczucie było słuszne, coś się dziś stanowczo zmieni. Bardziej się skupiłem na walce. Zdawałeś się być wściekły z jakiegoś powodu jak rozjuszony byk. Napierałeś na mnie, a ja byłem zmuszany się cofać. Nie zauważyłem przepaści, aż do momentu, gdy moja noga straciła grunt. Zaś skrawek ziemi pod moją drugą nogą się rozsypał. Nie tyle przez nacisk mojej nogi, a mego susanoo. Moje oczy rozszerzyły się w szoku, czując iż spadam w dół. Wyciągnąłem rękę przed siebie, jakby mając nadzieję, że ktoś ja złapie. Zobaczyłem ciebie. Byłeś przerażony, wyciągając rękę. Nasze palce ledwo się musnęły. Eteryczny Bóg męstwa chroniący mnie zniknął. Przymknąłem oczy, słysząc jak z twego gardła wydobywa się rozpaczliwy krzyk Indra!, będącym moim imieniem. Przepraszam, Ashuro. Chociaż wiedziałem, że to co rozpętałem wraz moją śmiercią się nie zakończy.

Nic nie zmieni mojej głębokiej miłości do ciebie.
Wszystko będzie dla mnie dobrze.
Oh, błądzimy w świetle i ciemności przez oczy. 

__________________________________________________ 

Mam nadzieję, że się podobało. Postaram się coś dodać w czerwcu, jednak nic nie jest za bardzo pewne, gdyż mogę wyjechać lub wyjazd zostanie przełożony na lipiec. <:





sobota, 10 maja 2014

Krucza Miłość IV

   Każda chwila dla najmłodszego z żyjących członków klanu Uchiha ciągnęła się niemiłosiernie. Napięcie jakie go ogarnęło w chwili, gdy przywołany pies ich mistrza oznajmił, że są już blisko tylko to uczucie spotęgowało.
   Itachi spojrzał na śpiącego pod drzewem towarzysza. Podniósł się z ziemi, na której siedział i podszedł do niego, po chwili kładąc mu rękę na ramieniu i lekko nim potrząsając, mówiąc by wstawał. Hoshigaki uchylił powieki i spojrzał na bruneta, który zabrał rękę z jego ramienia.
- Itachi-san jak zarwiesz jeszcze jedną nockę i będziesz mnie budził to na zawał zejdę. - przywitał go jakże miło.
- Oszczędź sobie tych nieśmiesznych uwag. - dostał chłodną odpowiedź partnera, którego wzrok powędrował na drzewa, na których pojawiła się jakże znana im grupa.
- Chyba mamy gości - odezwał się ponownie jeden z byłych mistrzów miecza, ale jego kompan zignorował go.
Hoshigaki wstał i wziął do ręki swój miecz, po czym zwrócił swe spojrzenie na osoby, które były z wioski Liścia i ścigały ich dwójkę.  Przesunął wzrokiem po każdym z osobna, by po chwili zrozumieć, dlaczego jego towarzysz się w nich tak intensywnie wpatruje. W tej grupie znajdował się jego młodszy brat, który zabił jednego z legendarnych Sanninów i wrócił z jakiś powodów do rodzinnej wioski. To całkowicie musiało namieszać w planach starszego z braci. Zdawał sobie z tego doskonale sprawę, w końcu on planował to wszystko już dawno. Gdy wymordował ich klan i zostawił go z jakiś swoich powodów przy życiu, to nawet Kisame był w stanie się domyślić, że pisana była im walka na śmierć i życie. W końcu młodszy pragnął zemsty za krzywdy klanu oraz swoje własne cierpienie. A starszy chciał poprzez śmierć odkupić swe grzechy przeszłości. Chociaż nie zbyt pojmował czemu jego partnerowi tak zależało na śmierci swej, skoro nie sądził, żeby to pomogło zadośćuczynić mordowi, jakiego się dokonał na swej rodzinie. Jednak to był jego pogląd na sprawę, mimo że nie dałby sobie głowy uciąć, że geniusz klanu Uchiha w jakimś stopniu tak nie sądzi. Hoshigaki uważniej przyjrzał się młodszemu z braci, a później swe spojrzenie uwiesił na starszym, który pomimo tego, że nie zmieniał swojej maski mordercy definitywnie miał popsute plany. Kisame pewniej chwycił swój miecz.
- Chyba musimy się trochę zabawić. - stwierdził, szczerząc swe ostre zęby w rekinim uśmiechu.
Grupa pościgowa zeskoczyła z drzew i przyjęła bojową pozycję. Itachi jedynie westchnął, także szykując do ataku. Za cel obrał sobie Sasuke. Resztę drużyny zostawił dla Kisame. Musiał mu przywrócić nienawiść względem siebie, która z niewiadomych mu powodów zniknęła. W końcu nie mógł pozwolić, by jego plan runął. Chociaż był szczęśliwy, że jego mały braciszek wrócił do wioski. Teraz mógł żywić nadzieję, że po jego śmierci będzie tam wiódł swoje życie. Na obecną chwilę jednak zaprzestał rozmyślań, gdy jego towarzysz zaszarżował na grupę z Liścia. Pojawił się przed swoim młodszym bratem, gdy jego towarzysz zajmował się pozostałą częścią drużyny siódmej. Sasuke dobył miecza, ale nie zaatakował starszego brata. Spojrzał mu prosto w oczy, po czym odezwał się pewnym głosem.
- Wiem, że nie mówiłeś prawdy. - patrzył na niego uważnie, że Itachi czuł się trochę, jakby jego spojrzenie przewiercało mu dusze na wylot. Wyciągając całą prawdę o tej krwawej nocy z niego. Przez chwilę jego maska mordercy klanu by się rozkruszyła, ale w porę temu zapobiegł. W końcu to było niemożliwe, by jedno spojrzenie wystarczyło, że wiedział. Nie mógł się zorientować. Udało mu się uspokoić i odzyskać wcześniej zachwianą pewność siebie.
- O czym ty do mnie mówisz? - spytał go głosem zimnym, pozbawionym uczuć.
- O tamtym dniu. Ty wcale nie musiałeś zabijać naszego klanu, prawda?
Itachi na te słowa wykrzywił usta w ledwo zauważalnym, kpiącym uśmiechu.
- Mój mały, głupi braciszku - zaczął tonem, jakby miał się roześmiać, ale nic takiego nie zrobił. - Naprawdę uważasz, że nie chciałem tego robić? W końcu nie czułem z nim żadnych więzi. Klan nie posiadał dla mnie większej wartości. Chociaż pod koniec mógł się sprawić, jako idealne mięso armatnie do przetestowania moich umiejętności. - mówił to tak, jakby naprawdę tak sądził, jednak każdym słowem ranił sam siebie.  Jego brat tego nie zauważył, w końcu był perfekcyjnym kłamcą i aktorem. Tak jak planował, jego słowa wywarły na młodszym pożądany skutek. Znowu go zmanipulował tak, jak chciał. Sasuke porwał się na niego z mieczem i widoczną nienawiścią w oczach, nie mając pojęcia jaką ulgę przyniósł ten widok jego przeciwnikowi. Po chwil słychać było regularny szczęk ocierającego się o siebie metalu, nazwy jutsu miotanych w przeciwnika.  Młodszy z braci pod wpływem słów starszego stracił samokontrolę, wpadając w gniew. W końcu walczył z osobą, która go bardzo dobrze zna oraz doskonale wie, gdzie uderzyć. Spełniła się jego obawa, że dopóki będzie podatny na jego sztuczki nigdy nie dowie się, co jest prawdą tamtej nocy i przyczyny, przez którą taka straszna rzeź miała miejsce. Mogło być to uznane za naiwne, ale on wciąż wierzył w dobroć swojego starszego brata.
   Zacięta walka trwała, dopóki w umyśle obu członków Akatsuki nie odezwał się męski, władczy głos, który nakazał im natychmiastowy powrót do kryjówki. Itachi odskoczył od swego przeciwnika, a chwilę po tym u jego boku stał Kisame. Drużyna z Konohy wyglądała w tej chwili na zdezorientowaną. Zaś oni bez słowa zniknęli w kłębie białego dymu. Drużyna Kakashiego widząc, że przeciwnik się wycofał zrobiła odwrót, wracając do wioski.




poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Lost in Paradaise

Tytuł piosenki i wykonawca: Evanescence Lost in Paradaise.
Zmieniłam formę z żeńskiej na męską.
Dedykuję: Tajjemniczej. 
Takie song ficowe HashiMada. Mam nadzieję, że się spodoba.
____________

Wierzyłem w coś tak odległego
Tak jakbym był człowiekiem
I wypierałem się tego uczucia bezradności
We mnie, we mnie


Pamiętam ten dzień, w którym się od ciebie odwróciłem. Byliśmy wtedy dziećmi. Obrałem inną drogę, porzucając nasze wspólne plany, marzenia. Miałem nadzieję, że tak będzie dla nas lepiej. Chciałem, żebyś rezygnował ze mnie. Bo wiedziałem, że droga, którą chcieliśmy podążać razem tak naprawdę nie istnieje.  Nie było nam pisane być w tym świecie szczęśliwymi. Jednak ty nie zrezygnowałeś ze mnie. Wciąż próbowałeś mnie latami odzyskać. Nie dopuszczałeś do siebie myśli, że straciłeś mnie na dobre. Widziałem to w twoich oczach. Powiadają, że nadzieja umiera jako ostatnia, ale twoja trwała latami. Zwyczajny człowiek by się już poddał. Tylko, że ty byłeś wyjątkowy. Zauważyłem to już dawno, więc nie chciałem byś marnował swoją wyjątkowość na mnie. Bo byłem bezskrzydłym aniołem, żyjącym w mroku. Nie miałem po śmierci ostatniego brata już niczego. To co trzymało mnie tu to obietnica, którą mu złożyłem i po części ty. Bo nim się spostrzegłem, stałem się uzależniony od ciebie. Moje myśli krążyły coraz bardziej obok Twej osoby, Hashiramo. Niejednokrotnie spędzając noc przy jakiś klanowych papierach przyłapywałem się na myślach, że chcę znowu zobaczyć twoje czekoladowe tęczówki, które lśniły zawsze swoim radosnym blaskiem. Sprawiało to, że sam zaczynałem wierzyć, iż jesteś tym, który przywróci mi chociaż trochę światła, w miejsce rozpaczy po młodszym bracie.


Wszystkie obietnice, które złożyłem
Jedynie, by was zawieść
Wierzyliście we mnie, ale ja jestem załamany


Nadszedł moment w walkach naszych klanów, by znów zobaczyć kto naprawdę z naszej dwójki jest silniejszy. Braciszku, ty dałeś moim oczom ponowną możliwość ujrzenia światła. Nie pozwolę, żeby twoja ofiara poszła na marne. Przekazałeś mi nie tylko swoje oczy, ale także los naszego klanu. Nie mogę cię zawieść. Nie zatracę się tym razem w twoich oczach, Senju. Bo ty jesteś przyczyną tego, że Izuny już ze mną nie ma. To twoja wina i twojego brata! To wszystko przez was. Nienawidzę cię, Hashiramo... To była kolejna próba, żeby cię do końca znienawidzić. Jednak jak wszystkie inne nieskuteczna. Nie byłem w stanie cię znienawidzić, gdyż już dawno cię pokochałem. Za te twoje wiecznie roześmiane oczy, piękny uśmiech, który nie może równać się z żadnym innym. Nawet te twoje tendencje do wpadania w niezapowiedziane depresje. A na moje nieszczęście Uchiha kochają tylko raz. Więc co teraz zrobisz, skoro mnie pokonałeś? - pomyślałem, spoglądając na ciebie. Chciałem, żeby było już po wszystkim, bym mógł dołączyć do brata, ginąc z Twej ręki. Znowu nie przewidziałem twojej reakcji. Ponownie walczyłeś o mnie i nasze dawne, dziecięce marzenia, które nie zostały przez ciebie porzucone. Tym razem wygrałeś i pozwoliłem sobie, żebyś mnie wciągnął na swój brzeg.

Nic mi nie zostało
A wszystko co czuję to te okrutne pragnienie
Upadaliśmy przez cały ten czas
I teraz jestem zagubiony w raju


Rozpoczęliśmy spełnianie naszego dziecięcego snu, który miał być zapoczątkowaniem drogi do pokoju. Końcem wyniszczającej wojny, gdzie jedyny pretekst, żeby to dalej ciągnąć była zemsta za poległych bliskich. Byliśmy świadomi, że to pętla bez wyjścia już w młodym wieku. A teraz mogłem na nowo cieszyć się twoim towarzystwem. Sam nie sądziłem, że tak bardzo mi ciebie brakowało. Twego głosu, którego mogę słuchać godzinami i  wiecznego optymizmu, którym się ze mną dzieliłeś. Tych nieśmiałych próśb o zrobienie ci twojej ukochanej grzybowej i bredni radosnych po zjedzeniu jej. Sprawiłeś, że mój ponury świat, pogrążony w wiecznym smutku i rozpaczy stawał się bardziej radosny. Byłeś dla mnie jak światło w ciemnym tunelu, który zdawałoby się, że nie ma końca. Naprawdę się z tego cieszyć potrafiłem, a myślałem, że tą zdolność dawno temu utraciłem. Została mi przywrócona przez ciebie. Od początku wiedziałem, że jesteś wyjątkowy dla mnie. A teraz radowałem się z każdej chwili, którą spędzaliśmy razem. Chociaż czułem, że nie będę mógł mieć cię więcej. Nawet nie śmiałem o tym marzyć. Zasługiwałeś na kogoś o wiele lepszego niż ja. Do tego nie było raczej szans, żebyś się we mnie zakochał. Jednak to się stało. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym przy zachodzie słońca wyznałeś mi swoje prawdziwe uczucia przy rzece, która sprawiła, że się poznaliśmy w dzieciństwie. Od tamtego czasu wiedliśmy razem szczęśliwe, jednak skrywane życie przed resztą mieszkańców. Aż do dnia, w którym cię straciłem, bo jako głowa wioski i lider Senju musiałeś mieć syna. Do tego mieli nadzieję, że syn odziedziczy twoje bardzo przydatne zdolności. Ten dzień sprawił, że zatraciłem się w nienawiści do świata. Bo nikt nie miał prawa ciebie mi odebrać. Nie zasłużyłem sobie niczym na ponowne cierpienie, po bliskiej sercu osobie.


Chciałabym, by przeszłość przestała istnieć
Ale wciąż trwa
I chciałbym czuć się tak, jakbym tu należał
Jestem tak samo przerażony jak wy


Teraz w wiosce już nic mnie nie trzyma. Byłem tylko tam ze względu na ciebie. Jednak teraz zostanę zastąpiony przez kobietę. Może będzie ci z nią lepiej. Spojrzałem po raz ostatni przez ramię na wioskę. Teraz także słońce zachodziło. Jednak to nie miało już dla mnie znaczenia, nie kojarzyło mi się z czasem twego wyznania, które wtedy myślałem, że było szczere. Teraz nie jestem w stanie już określić czy kiedykolwiek mnie naprawdę kochałeś. Oddaje cię twojej prawowitej żonie. Chociaż wciąż żałuje, że teraz ktoś inny będzie czuł twoje usta, twój dotyk i  to nie będę ja. Łudziłem się przez te wszystkie lata, że i my możemy mieć happy end. Byliśmy skazani na porażkę od początku.
Mimo iż odszedłem, nie byłem w stanie przestać myśleć o Tobie. Często zastanawiałem się, gdzie jesteś i co robisz. W celu zobaczenia cię atakowałem naszą wioskę. Jednak przyszedł czas, że się zmieniłeś i swym mieczem mnie przebiłeś. Cudem udało mi się przeżyć, więc zaszyłem się w podziemiach. Tam też miałem ciebie, ale nie prawdziwego. Tak więc ponownie trwałem latami, myśląc o przeszłości, knując plany o przyszłości. Chciałbym stworzyć świat, w którym moglibyśmy razem być szczęśliwi. Bo wciąż nie mogę przestać rozpamiętywać naszej  przeszłości.

Nic mi nie zostało
A wszystko co czuję to te okrutne pragnienie
Upadaliśmy przez cały ten czas
I teraz jestem zagubiony w raju

Uciekajcie, uciekajcie
Pewnego dnia już nie poczujemy więcej tego cierpienia
Zabierzcie je wszystkie, wasze cienie
Bo one nie pozwolą mi odejść




sobota, 19 kwietnia 2014

Evil Angel.

Witajcie. Jednak postarałam się coś w tym miesiącu wam wstawić. ^^ Tylko do końca jego już chyba nic nie będziecie mieli nowego, gomene ^^
Shot pisany do piosenki Evil Angel - Breaking Benjamina.
Paring; Ashura x Indra.
Shota dedykuję Aveneis.
_______________________________________

Trzymają się razem, ptasie pióra
Nic oprócz kłamstw i złamanych skrzydeł
Mam odpowiedź, rozprzestrzeniam raka
Ty jesteś wiarą we mnie


 [ Ashura ] 

Byliśmy szczęśliwi jako dzieci. Nawet jeśli na przeciw ciebie ja byłem tylko niezdarnym, młodszym braciszkiem. Ty byłeś uznawany za geniusza, odziedziczyłeś same dobre umiejętności ojca. Jednak mimo tego nie odwróciłeś się nigdy ode mnie. Nie pozwoliłeś znęcać się żadnym obcym mi gromadą chłopaków nade mną, którzy chcieli skorzystać na tym, że jestem jaki jestem. Dzięki temu, że ciebie miałem czułem się szczęśliwy. Miałem wiarę w siebie i nie czułem jak ostatnia ofiara losu. Nawet jeśli mi nie jednokrotnie dokuczałeś, robiłeś to celowo, by potem ukoić mój gniew, głaszcząc mnie po głowie i uśmiechając ciepło. Czułem się wtedy naprawdę potrzebny. Bo ty dawałeś mi siłę, żeby iść dalej z podniesioną głową. Po wejściu w dorosłość i wyborze ojca mnie znienawidziłeś. Nawet nie wiesz, jak to bardzo mnie bolało i nadal boli, gdy tylko o tym pomyślę, że teraz nasze relacje ograniczają się do krzyżowania broni. Zwłaszcza, że teraz zdaje sobie sprawę jak nieczysta jest moja miłość do ciebie.

Nie,
Nie zostawiaj mnie bym tu umarł
Pomóż mi tu przetrwać
Sam, nie pamiętam, pamiętam


Kolejny dzień zwiastuje następną krwawą walkę między naszymi klanami. Ponownie staję przed tobą i staram się wyłapać jakieś inne emocje, jednak jedynie widzę twe szkarłatne oczy, które zaślepione są nienawiścią do mnie. To tak bardzo boli. Widzieć ukochaną osobę, która patrzy na ciebie znienawidzonym wzrokiem. I ta świadomość, że nic nie możesz zrobić, by tej nienawiści się pozbyć. Ile razy musiałem się powstrzymywać, by celowo nie nadziać na twe oręże.  Tak jest i tym razem. Jednak moja wola słabnie, żeby tego nie zrobić. Moja duma i godność jako lidera przy Tobie są nic nie znaczące. Bo walczymy dlatego, że ty chcesz bym umarł. Jednak jeżeli to cię uszczęśliwi...


Połóż mnie spać zły aniele
Rozwiń swe skrzydła zły aniele



Walka rozgrzała się na dobre. Jak zwykle byłeś moim przeciwnikiem. Patrzyłem na twój przepełniony nienawiścią wzrok, swoim pozbawionym emocji. Zwykła maska, która skutecznie ukrywa prawdę. Patrząc na ciebie dla mnie nic innego nie istniało. Pochłaniałeś mnie całego. Tylko dźwięk toczącej się bitwy trzymał mojej zmysły przy tej smutnej rzeczywistości. Ruszyłeś na mnie, a ja na ciebie. Zamachnąłeś się swym mieczem. Mogłem tego uniknąć, jednak celowo się na ostrze twe nadziałem. Chociaż z boku wyglądało to, jakbyś ty mnie trafił. Po raz ostatni spojrzałem na ciebie z czułością w swych oczach, którą zawsze przed tobą chowałem. Uśmiechnąłem się po raz ostatni ustami, z których teraz obficie sączyła się krew. I z myślą, że będziesz szczęśliwy pozwoliłem sobie odejść.


Jestem wierzący,
Nic nie mogło być gorsze
Wszyscy wyimaginowani przyjaciele
Ukrywam zdradę
Kieruję gwóźdź
Nadzieja na znalezienie zbawiciela


[ Indra ] 

Patrzyłem na ciebie, przebitego moim ostrzem, nie mogąc w to uwierzyć. Wiedziałem, że to nie ja robiłem, a sam się na nie nadziałeś. Nie potrafiłem rozumieć dlaczego. Jeszcze bardziej zdziwiły mnie emocje, które mi pokazałeś w swych oczach. Zrozumiałem jak bardzo cie raniłem. Najgorsze były w tym wszystkim to, że oddaliłem się od ciebie, nie wiedząc, że odwzajemniasz to uczucie, które i mnie dopadło. Uznawałem je za szaleństwo, więc postanowiłem uciec. Uciec od ciebie. Od mojego światła, stając się ciemnością. Jednak to był zły wybór. Spojrzałem na już twoją martwą twarz i pogładziłem twój policzek, szepcząc twe imię. Wyjąłem z ciała miecz, przytrzymując twe ciało. Schowałem ostrze i wziąłem cie na ręce z zamiarem godnego pochowania. Wiedziałem, że od tej chwili już zawsze będę czystą ciemnością, która została pozbawiona twego pięknego blasku.


Połóż mnie spać zły aniele
Rozwiń swe skrzydła zły aniele
Poleć nade mną zły aniele
Dlaczego nie mogę oddychać zły aniele?


czwartek, 27 marca 2014

City.

Piosenka: Hollywood Undead - City.
_________________________________

Patrzmy jak ono płonie
Patrzmy jak ono płonie
Patrzmy jak to miasto spala świat

Patrzmy, jak to miasto płonie
Ze skraju nieba na szczycie świata
Aż nic z niego nie zostanie
Patrzmy, jak to miasto spala świat


Te słowa od dawna rozbrzmiewały w mojej głowie. Bo przez rzeczywistość, która zapowiadała bunt naszej zbyt dumnej rodziny straciłem ciebie. Byłeś mi najbliższą osobą zaraz po moim braciszku. Jednak i ty nie miałeś pojęcia o tym uczuciu, jakie się we mnie do ciebie zrodziło. W końcu nie chciałem niszczyć tej więzi, którą stworzyliśmy wspólnie. Bo byłem dla ciebie tylko jak młodszy braciszek. Wiedziałem to. Dopóki żyłeś i mogłem być przy Tobie to mi wystarczało. Tylko po tym, jak oddałeś mi swe oczy i prosiłeś, żebym nie doprowadził do wojny domowej moja dusza była jak rozbita. Podjąłem się tego, składając obietnicę, że nie pozwolę na to, by nasz klan wszczął rebelię. Dotrzymałem słowa. W oczach tych, co znali prawdę byłem bohaterem, który chronił wioskę z ukrycia. Jednak to nie była prawda. Prawdziwym bohaterem byłeś Ty.

Moje ciało zanurzone w popiele
Z dwoma pustymi kanistrami
Jedynymi dowodami jakie oni mają
Są policyjne portrety mojej maski
I czasem trudno jest pytać
Czy mógłbyś uratować moje serce na zawsze
I trudno spojrzeć prawdzie w oczy
Kiedy ciemność zmienia się w czerń
I to już nie jest tylko wmawianie
Gdy oni każą mi usiąść
I dodają amfetaminy do powietrza
Każąc mi oddychać
Tak więc chodź i złap swoje dziecko
Uważaj na płonące budynki
I złoczyńców, którzy rabują
Zabijani przez miliony
I miliardy ludzi giną
Dla przegranej sprawy
Więc teraz modle się za swoje państwo
Zniszczone przez Boga


Odszedłem z wioski bratając z Akatsuki. Będąc bez sensu życia, gdyż mój sens zginął wraz z Tobą i resztą klanu. Wiodłem życie podwójnego agenta, który pocieszać się myślą starał, że będzie mógł zginąć z rąk ostatniej bliskiej osoby. Jednak i to nie było pewne. Codzienne branie leków, żeby walczyć z postępującą chorobą, która pożerała jak głodny mięsożerca czas moich policzonych dni. Strasznie trudno początkowo było mi o Tobie nie myśleć. Jednak czasem się udawało, jednak i tak często myślami wracałem do ciebie. Nawet mi się śniłeś. Walka z wspomnieniami o tobie była prawie niemożliwa. Jednak nie mogłem pozwalać sobie na słabości. A ty byłeś jedną z moich słabości. Ty i mój młodszy braciszek, który został przeze mnie wplątany w wir nienawiści.

(To koniec świata)
Wszystkie moje bitwy zostały wygrane
Ale wojna dopiero się zaczęła

Patrzmy jak to miasto płonie
Ze skraju nieba na szczycie świata
Aż nic z niego nie zostanie
Patrzmy, jak to miasto spala świat 



Zatracam siebie. Tyle czasu minęło, a ja wciąż o Tobie myślę. Nie raz tęskno mi za tymi rozmowami, twoim promiennym uśmiechem. Twoim dotykiem, gdy czochrałeś mi włosy i śmiałeś się z mojej niezadowolonej miny. Wiedziałeś, że tego nie lubiłem, a mimo to nadal tak robiłeś. A ja nigdy się nie sprzeciwiałem. To były jedne z nielicznych chwil, w których mogłem delektować się twoim dotykiem. Wciąż żyje przeszłością. Nie wiem już co dzieje się, naprawdę. Czy Ty istniałeś w mojej wyobraźni, a ja zawsze  byłem w tym syfie zwanym Akatsuki i w chwilach załamania niszczyłem swój organizm alkoholem. Z uśmiechem na ustach, przyglądając się z ukrycia jak brat z moja pomocą coraz bardziej stacza się w nienawiści i szuka mocy. Rankiem znów przywita mnie ból, a ja przypomnę sobie, że naprawdę istniałeś. I naprawdę cię kocham, mimo że nie żyjesz.

To miasto wygląda tak pięknie
Czy chcesz je spalić ze mną?
Dopóki przestworza nie zakrwawią popiołem
A to pierdolone niebo runie
Łapią nas z zapałkami
I sami wzniecają ogień
I wszystkie nadzieje młodych
Zostają uznane za pojebane
Mówią...
Weź tabletkę, wierzymy w Boga
Idź nieść śmierć, Bóg nas kocha
Tak jak w życiu, tak i w śmierci
Oddychaj, aż stracisz dech
Nie zginę w nocy, lecz w słońca blasku
Z popiołami tego świata w moich płucach
Ale kim jestem by to mówić
Po prostu wszyscy uciekajmy
Złap swoje świętości i módl się
Dziś spalimy ten świat


Pewnego wieczoru, leżąc na łóżku w swoim pokoju, będąc w organizacji wpadłem na pewien pomysł. Jak pozbyć się rozpaczy i tych wszystkich myśli o Tobie, które raz po raz rozdrapują blizny, które krwawią na nowo. Wszystkie inne sposoby zawiodły. Bez ciebie jestem nic niewartym wrakiem. Zwykłą maszyną do wykonywania misji, która musi być idealna. Tak jak postrzegał mnie ojciec, gdy żył. Jednak dzięki Tobie wtedy tak się nie czułem. Tylko teraz już nie mam ciebie. W dodatku zatraciłem w tym wszystkim siebie. A teraz przeniknąłem do wioski i wszedłem do dzielnicy naszego klanu Uchiha. Nie obawiałem się spotkać tu brata, gdyż ten odszedł w poszukiwaniu mocy do Orochimaru. Szkoda, że jednak to co planuję go nie mile zapewne wkurzy. On jest dla mnie za słaby, a ja nie dotrwam dnia, w którym dane by było nam walczyć. A wioska, cóż znajdzie sobie innego szpiega tej organizacji, która łazi w płaszczach w czerwone chmurki. Nikt za mną nie będzie płakał. Jestem dla nich tylko kolejnym pionkiem na planszy, którego można zastąpić innym. Żadna strata.
Udałem się do Twojego domu. Drzwi uchyliły się z skrzypnięciem. Na powitanie zobaczyłem hordy kurzu, który pokrywał wszystko co mógł. Jednak mnie to nie odstraszyło. To co zamierzałem dla niektórych zapewne było szaleństwem, a dla innym tchórzostwem, głupotą czy słabością. Każdy ma swój pogląd, swoje zdanie. Skierowałem swoje kroki do twojego pokoju. Już wszystko wcześniej przygotowałem. Pachniało w pomieszczeniu benzyną. A raczej podłoga była nią przesiąknięta. Usiadłem na zakurzonym łóżku. Wspomnienia, gdy nie raz w deszczowe dni przesiadywaliśmy tu we dwoje mignęły mi przed oczami. Jeszcze tylko chwila i będę mógł cię zobaczyć. Tak uważam. Znowu będziemy razem. Wyjąłem zapałkę i zapaliłem, rzucając na drewnianą podłogę. Ogień szybko zaczyna pożeranie wszystkiego. Patrze jak wszystko zaczyna płonąć, aż w końcu wraz z meblami i resztą płonę ja. Do zobaczenia, Shisui.

Patrzmy jak płonie...
Patrzmy jak płonie...

Jako w niebie, tak i na ziemi
Jesteśmy martwi od samych narodzin.

sobota, 15 marca 2014

Krucza Miłość III

    Po wyjściu z gabinetu piątej Kakashi powiedział, by udali się do swoich domów po potrzebne rzeczy i  za 15 minut spotkają się przy głównej bramie wioski. Po tym rozeszli się w swoje strony. Sasuke idąc rozmyślał. Wreszcie mam okazję cię złapać, bracie. Dowiedzieć się prawdy oraz dostać potwierdzenie informacji zasłyszanych od Danzou. Chcę wiedzieć, czy tamtej krwawej nocy twe łzy były prawdziwe. - w jego oczach zabłysnęły ogniki determinacji. Chciał go znów zobaczyć.Jednak martwiło go czy jego plan nie spełznie na panewce, gdy jego brat słowami wykorzysta fakt, iż nadal nie pozbył się nienawiści całkowicie, którą w niego wszczepił. Uznał że później będzie się tym martwił i wszedł do swojego domu, gdzie miał tak wiele wspomnień o Nim. Udał się do swojego pokoju, by zabrać kilka potrzebnych rzeczy. Wychodząc spojrzał na drzwi, które nie były otwierane już od lat. Podszedł do nich, kładąc rękę na klamce, jednak po chwili zabrał ją i zszedł na dół. Wyszedł z mieszkania, wolno udając się w stronę głównej bramy, zajęty swymi myślami.
    Gdy dotarł na miejsce o dziwo był już tam ich mistrz. Zaskoczyło go to, ale nie w pozytywny sposób. Przywykł do tego, że on zawsze się spóźniał. A to że teraz był na czas, oznaczało jedno - sprawa jest poważna. Obaj w milczeniu czekali na Naruto i Sakurę, którzy przybyli niebawem.
- Naprzód wyruszymy w miejsce, gdzie ostatnio byli widziani przez ANBU - oznajmił im.
- Kakashi-sensei nie tracimy przez to czasu? W końcu na pewno ich tam już nie ma! - odparł jak zawsze mało inteligentnie Naruto.
Najmłodszy Uchiha normalnie by przejechał sobie ręką po twarzy, ale nawet ta reakcja w pełni nie wyraziła by tego, jak bardzo jest załamany poziomem jego inteligencji. Ograniczył się jedynie do komentarza w myślch ,, Co za młotek ''
-  Jak chcesz szukać na oślep, to powodzenia - Hatake udzielił odpowiedzi blondynowi, ruszając. Reszta także podążyła za nim. Sasuke po głowie przeszła myśl ,, Gdzie jesteś, bracie? ''
   Kisame wraz z Itachim szli spokojnie, bo z ich obserwacji wynikało, że nikt ich nie ściga. A nawet jakby Konoha kogoś wysłała to trochę im zajmie czasu dogonienie ich, a jeszcze wcześniej dowiedzenie się kierunku ich podróży. Tak uważał przynajmniej Uchiha.
- Itachi-san, a co jeśli ścigają nas z Konohy?
- To nic - dostał zdawkową odpowiedź.
- Jak to nic? - były członek Siedmiu Mistrzów Miecza nie dawał za wygraną.
- Nic to nic? To jest takie trudne do zrozumienia? - spytał go chłodnym, pozbawionym uczuć tonem brunet.
-  Nie jest. A czy trudno jest normalnie odpowiedzieć na zadane pytanie? - odgryzł się.
- To się cieszę. Nie jest trudno, jeżeli ma się na to ochotę. Tak trudno ci się tym rybim móżdżkiem myśli, że potrzebujesz konkretnej odpowiedzi? - nadal utrzymywał chłodny ton.
- Itachi-san wredny jesteś. Jakbym nie chciał od ciebie odpowiedzi to bym nie pytał.
- Jak widzisz ja nie mam ochoty ci jej udzielić. - jak wcześniej chciał, by się odzywał to teraz wolał, żeby umilkł lub ktoś go zakneblował. 
- Trudno. Jak mi nie wyjaśnisz to nie odpuszczę. - odparł. Uchiha westchnął ciężko.
- Bo skoro się przemieszczamy to trochę im zejdzie dogonienie nas. - wyjaśnił najprościej jak mógł.  Hoshigaki skinął głową i dalej szli w ciszy. Po kilku godzinach, gdy się ściemniło Itachi uznał, że się zatrzymają. Kisame nie protestował i jedynie usiadł pod drzewem. Po chwili oboje siedzieli przy ognisku, które zostało rozpalone przez Uchihę, bo wieczór był chłodny. Hoshogaki spojrzał na swojego towarzysza.
- Itachi-san, a co jak pościg z Liścia przez ten postój nas dogoni?
- Nic. Pozbędziemy się go.
- Ty chyba pokochałeś słowo ,, nic''
- Tak. Marzę by się z nim ożenić - odparł sarkatycznie.
- Nie da się ożenić ze słowem.
- Uchiha potrafi.
- W sumie - po tym znów zapadła między nimi cisza.
Brunet siedział, patrząc na rozgwieżdżone niebo. Zastanawiał się co u jego małego braciszka. Nie raz myślał, czy tamten dzień musiał się tak skończyć. Ile by dał, żeby móc znów wracać do domu i być witanym od progu przez swego brata. Jednak to tylko pobożne życzenie. Bez najmniejszej wartości, bo wiedział, że nie było najmniejszej szansy na spełnienie go. Zwrócił wzrok na Kisame, który siedział z lekko uchylonymi powiekami, patrząc przed siebie.
- Biorę wartę. - oznajmił mu, zwracając jego uwagę na siebie.
- Itachi-san może lepiej, żebym ja wziął? Nie, żebym nie był przyzwyczajony do tego, że jesteś bladym zombie, ale boje się iż jutro będziesz wyglądał jak wrak bladego zombie i widząc takiego ciebie zejdę na zawał momentalnie z przerażenia. - Hoshigaki przedstawił mu swą dziwną logikę.
Uchiha słysząc to zmrużył gniewnie oczy i posłał mu mordercze spojrzenie, tym samym zamykając sprawę warty, stawiając na swoim bez potrzeby odzywania się. Brunet spojrzał na płomienie ogniska trzaskające i tańczące w swoim destrukcyjnym tańcu. Hoshigaki usnął pod drzewem, a Itachi czuwał przy ognisku.
   Drużyna siódma w tym czasie zatrzymała się na chwilę. Kakashi rozejrzał sie p okolicy, by po chwili ogarnąć wzrokiem swoich podopiecznych.
- Jesteście w stanie dalej iść ? - spytał ich.
- Oczywiście, dattebayo! - odparł Uzumaki entuzjastycznie.
- Taa. - dostał zimną odpowiedź od najmłodszego Uchihy, który miał firmową obojętna minę.
Sakura pokiwała głową twierdząca i ruszyli w dalszą drogę. Gdy zaczęło świtać Pakkun powiedział, że są już blisko celu i by uważali, czy nie ma w pobliżu pułapek. Sasuke z pozoru znudzony, nie ukazujący uczuć innych w duchu nie mógł się doczekać tego spotkania. Miał nadzieję, że teraz dostanie odpowiedzi na wszystkie gnębiące go pytania. Chociaż nie przyznał się przed sobą to bardzo chciał go znowu zobaczyć.