wtorek, 27 października 2026

Dni bez odpowiedzi

  Kapitan oddziału szóstego opuścił, wyraźnie poddenerwowany jeden z pokoi mieszkalnych. Oficerowie, których mijał szybkim krokiem schodzili mu z drogi zachowując, jakby chcieli wtopić się w najbliższą ścianę. Nie zwrócił na nich jednak żadnej uwagi. Otoczenie niezbyt go interesowało, dopóki nikt nie wchodził mu w drogę. Opuścił tereny baraków, czując buzującą w nim irytację. Kolejny dzień, który zapowiadał się równie bezowocnie jak poprzednie. Jedynym źródłem informacji, które miał nadzieję, że pomoże mu odnaleźć Renjiego była dusza dziewczynki, którą znaleźli w jaskini. Na miejscu nie zastali już jednak śladu ani porucznika ani Hollowa.

  Kuchiki zapewnił ocalałej opiekę. Wiedział, że ona jako ostatnia widziała Renjiego. Codziennie do niej przychodził i rozmawiał, mając nadzieję, że pamięta coś mogącego dać mu jakiś trop do sprawdzenia. Zapewniał jej wszystko, trzymając się desperackiej nadziei, aby była kluczem do rozwiązania zagadki, gdzie zniknął jego porucznik. Kolejne doby mijały powoli, zlewając mu się w jedno, bo wszystkie pomysły jakie wykorzystywał prowadziły donikąd. Blada dłoń odziana w ozdobną rękawiczkę zacisnęła się w pięść i uderzyła w pobliski mur. Widzący to zamiatający ulicę oficerowie czwartego oddziału, zdecydowali się zmienić uliczkę do wyczyszczenia.

- Kapitanie Kuchiki, głównodowodzący wzywa – rozległ się za jego plecami głos posłańca.

Byakuya obejrzał się przez ramię, obrzucając intruza morderczym spojrzeniem, które ten dzielnie zniósł.

- Zaraz tam się udam – zapewnił chłodno.

Odczekał, aż zostanie znów sam. Odetchnął, nakładając na nowo wyuczoną przez klan maskę i skierował, w stronę pierwszego oddziału. Zmierzając tam zastanawiał się nad tym, jak ma się Rukia. Odkąd powiedział jej o wszystkim, z każdym kolejnym dniem, gdy myślała, że jej nie widział, zdawała się coraz bardziej przygaszona. Do tego wyglądała, jakby traciła wszelką nadzieję, co sobie wyrzucał. Powinien go już dawno znaleźć, a tymczasem błądził po omacku.

Zatrzymał się pod drzwiami do sali zebrań i zapukał. Wszedł do środka, gdy usłyszał pozwolenie.

- Dzień dobry, wszechkapitanie. Wzywałeś. O co chodzi?

- Tak. Chciałem porozmawiać w związku z twoją sytuacją w oddziale.

Kuchiki zmarszczył brwi. Nie podobało mu się dokąd zmierzała ta rozmowa.

- Jaką sytuacją?

- Związaną z brakiem porucznika. Minęły już trzy miesiące. Myślę, że powinieneś zacząć rozważać możliwego zastępcę – zasugerował Shigekuni, starając się dokładnie ważyć wypowiadane słowa.

W tym momencie w Byakuyi zawrzało. Wściekłość jaką poczuł, wydawała się wędrować w jego krwiobiegu, aż zrobiło mu się gorąco. Wiedział już, że za tą rozmową stoi klan i naciski z jego strony. Wątpił, aby w innym przypadku musiał odbywać taką pogawędkę.

- Nie sądzę, aby było to konieczne. Nieobecność porucznika nie wpływa na pracę oddziału. Zresztą często miewał dłuższe misje w Świecie Ludzi. Oddział jest od tego przyzwyczajony – odparł dyplomatycznie z pozornym spokojem w tonie.

Wypowiadając te słowa pomyślał mimowolnie o tym, jaką ciszą i pustką zieje ich gabinet. Wspominał energię, którą emanował i jak uparcie odciągał go od biurka na spacery, gdy nie mógł już wysiedzieć po kilkugodzinnym maratonie wypełniania różnych raportów.

- Teraz jednak nie znamy jego statusu.

- No właśnie. Mógłbym zacząć rozważać taką kandydaturę, gdy jego sytuacja będzie klarowna – zauważył z wyraźnym chłodem w tonie.

- A co, jeśli nigdy nie będziesz mieć czystej sytuacji? Nie możesz czekać wieczności.

Byakuya słysząc ten przytyk z trudem powstrzymał się od okazania furii na swojej twarzy. Jego arystokratyczne wychowanie było jednak w tym przypadku silniejsze, za co nawet był wdzięczny.

Nie chciał okazywać przed Shigekunim słabości, jakimś niekontrolowanym atakiem złości.

Jedynie by mu tym udowodnił, że potrzebuje w tym wszystkim wsparcia, bo sobie nie radzi.

- Trzy miesiące to nie wieczność – wytknął, mierząc wszechkapitana spojrzeniem. – Chciałbym jeszcze poczekać i ewentualnie podjąć taką decyzję, gdy uznam to za niezbędne. Jeśli to wszystko, to wszechkapitan wybaczy – dodał i nie czekając na reakcję obrócił się i skierował do wyjścia.

  Ledwo zdołał otworzyć drzwi, a prawie się z kimś zderzył. Odsunął się w porę, zanim goniec z informacjami zdołał na niego wpaść.

- Przepraszam – oficer uniósł głowę. – Kapitanie Kuchiki, proszę zostać. Mam ważne wieści.

Arystokrata uniósł zaskoczony brwi, ale postanowił poczekać. Był zainteresowany tym, co przybysz miał do powiedzenia.

Mężczyzna wszedł do sali i zasalutował do Wszechkapitana.

- Kapitanie głównodowodzący raportuję, że patrol jedenastego oddziału w Rukongai zgłosił odnalezienie porucznika Abarai – poinformował, gdy tylko drzwi sali się za nim zamknęły.

Serce Byakuyi, w tym momencie zaczęło bić szybciej. Naprawdę teraz cieszył się, że nie wyszedł wcześniej, mimo prośby z czystej przekory.

Pierwszy raz od zniknięcia Renjiego poczuł się na nowo naprawdę żywy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz