Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bsd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bsd. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

Rozdział 5

To na razie ostatni rozdział ze wszystkich zapasów, które miałam. Nie do końca zbetowany, ale moje życie mnie tak skosiło, że po prostu wrzucam z samej chęci podzielenia się. Mam nadzieję, że nie jest źle, a za wszelkie błędy wytknięte do poprawy będę wdzięczna. Kiedyś się nimi zajmę.

_________________________________________________________________

  Gin zaprowadziła go do jednej ze swoich ulubionych pobliskich kawiarenek. Rozejrzała się i przywitała z obsługą. Nie było o tej godzinie zbyt wiele osób. Jej ulubione miejsce w rogu stało wolne, więc od razu się tam skierowała. Usiadła, a krzesło naprzeciwko niej zajął Michizou.

Sięgnęła po leżące menu i krótko je przejrzała. Podeszła do nich kelnerka z uśmiechem.
- To co zawsze? - zwróciła się do Akutagawy.
- Jak ty mnie dobrze znasz - stwierdziła rozbawiona.
- A dla twojego towarzysza? - zwróciła uwagę na Tachiharę, który zamówił zieloną herbatę i gofra z owocami.
Kobieta upewniła się, że nie mają żadnych dodatkowych życzeń i później oddaliła się.
Gin spojrzała na chłopaka siedzącego przed nią.
- Przerwałeś mi sprawdzenie, gdzie mój brat się wybiera. Z tego powodu ukrywałam sie za drzewem i jestem tak ubrana - przyznała.
- Nie mogłaś go po prostu zapytać gdzie idzie? - spytał ją zdziwiony, że do takiej rzeczy potrzeba jej było przebrania.
Westchnęła ciężko, powstrzymując chęć przesunięcia sobie dłonią po twarzy. Chciała już zaprzeczyć, ale umilkła, gdy ujrzała kelnerkę z ich zamówieniami. Zatrzymała się przy ich stoliku i je im podała. Poczekała, aż ponownie odejdzie, aby wrócić do ich przerwanej konwersacji.

- Nie mogłam, bo on mi i tak nie powie. Myślisz, że gdybym miała pewność usłyszenia prawdy, to bym się w to wszystko bawiła? – zapytała, rzucając mu zirytowane spojrzenie i nabiła na talerzyk kawałek swojego ciasta, które zaczęła jeść.

Widząc zmieszanie na jego twarzy uśmiechnęła się pod nosem.

- No nie – przyznał cicho, lekko przy tym krzywiąc. – I co teraz zrobisz? Może mógłbym ci jakoś pomóc?

Zastanowiła się nad propozycją, biorąc kolejny kawałek ciasta do ust. Obawiała się, że w jego przypadku, to takowa pomoc mogła odnieść odwrotne skutki.

- Na razie niekoniecznie. Dzisiaj już i tak nic nie wskóram - stwierdziła, spoglądając na niego znacząco.
- Przepraszam, nie wiedziałem przecież o niczym - mruknął ze skruchą i wgryzł w gofra.
- Co nie zmienia faktu, że mogłeś spalić przykrywkę, gdy wołałeś moje imię - zauważyła z przekąsem, zjadając ostatni kawałek swojego zamówienia.
- To prawda, co zrobisz, jeśli tak się stało?
Usta dziewczyny rozjaśnił niepokojący uśmiech.
- Znajdę ci robotę, a jak ją spartaczysz - urwała, mierząc w niego widelczykiem do ciasta. - Zabije cię - dokończyła tonem, jakby mówiła o pogodzie.
Michizou przełknął nerwowo ślinę. Normalnie by się zaśmiał, ale nie w momencie, gdy to od tej konkretnej kobiety padały takie groźby. Jeździli ze sobą dość długo, aby takie słowa wywołały u niego dreszcze niepokoju. Wiedział doskonale, że nadużywanie jej cierpliwości mogło mieć nieprzyjemne skutki. Zdarzyło mu się już o tym niejednokrotnie przekonać.
- Na razie pozostało ci czekać na mój telefon - uznała, podnosząc się z miejsca. - Zapłacę za siebie - dodała i oddaliła od stolika.

Tachihara przyglądał się jak płaciła i zanim skierowała się do wyjścia pomachała mu krótko na pożegnanie, a zaraz potem opuściła kawiarnię. Zerkał za nią jeszcze chwilę, dopóki nie zniknęła mu z pola widzenia. Wrócił do kończenia swojego gofra, bo nie pozostało mu nic innego niż oczekiwanie.
  Atsushi rozłączył się szybko, aby nie pozwolić sobie na rozmyślenie. Nie miał pojęcia, co tak właściwie planował zrobić, gdy już stawi się na spotkanie. Zaczął się ogarniać prędko do wyjścia, żeby nie pozwolić sobie zbyt dużo myśleć. Obawiał się tego spotkania, ale nie chciał pozwolić sobie na spanikowanie, aby je odwołać. Wolał się jak najszybciej z tym zmierzyć, bo nie będzie mógł unikać go do końca świata, jakby obecnie sobie marzył.
Tak sobie przynajmniej wmawiał, by dodać sobie odwagi podczas, gdy każdy krok przybliżał go do ich konfrontacji. Zaczął się zastanawiać, co mu powinien powiedzieć. Mielił w głowie różne scenariusze przebiegu ich rozmowy i zastanawiał, o co mógłby zostać zapytany.

Nie powinien się tak stresować, bo przecież go całkiem dobrze znał. A na pewno tak kiedyś uważał. Z drugiej strony, może nigdy nic o nim nie wiedział. Spojrzał na budynek, gdy dotarł na miejsce, denerwował się już tak bardzo, że z trudem odsuwał od siebie chęć wmówienia samemu sobie, by musiał wrócić do domu. Natychmiast najlepiej, bo czegoś zapomniał, choć to była by totalna bzdura.
Przeszedł się tam i z powrotem, ale nie pomogło mu to się uspokoić. Przymknął na moment oczy i odetchnął, zanim zaczął powoli wspinać się na schody, w kierunku wejścia do budynku. Miał wrażenie, jakby to była najbardziej mozolna wspinaczka w jego życiu i trwała całe wieki. W rzeczywistości wcale tak nie było.

Dotarł do szatni, zastanawiając panicznie, co właściwie powinien zrobić, gdy już zejdzie. Ręce lekko mu drżały, więc musiał aż dwa razy próbować zawiązać jedną z łyżew. Miał ochotę stąd uciec, a jego żołądek miał wrażenie, że związał się ze stresu w supeł. Wbrew wszystkiemu jednak zszedł na taflę, zastając widok trenującego Akutagawy.

Zatrzymał się przy balustradzie, obserwując jak jeździł. Z przyjemnością śledził z jaką gracją się poruszał, gesty, które wykonywał do niewidzialnej publiczności. Jego ruchy miały w sobie tak naturalną elegancję, że Nakajima nie zauważył nawet, kiedy zaczął się pod nosem uśmiechać podczas tego spektaklu.

Ryuunosuke zrobił obrót i zatrzymał się, patrząc dokładnie w kierunku gdzie stał Atsushi z wyciągniętą przed siebie dłonią, którą natychmiast opuścił. Wyprostował się nieco speszony jego obecnością. Starał się jednak tego po sobie nie okazywać, więc podjechał do niego.

- Mogłeś zawołać, że już jesteś – stwierdził, zaplatając dłonie na piersi.

- Szkoda mi było ci przerywać – przyznał z lekką nutą złośliwości w tonie.

Westchnął na jego słowa, kręcąc jedynie z dezaprobatą głową.

- Co do ostatnich wydarzeń – Atsushi zaczął dość nieśmiało. – Przepraszam, nieco przesadziłem.

- To ja powinienem to powiedzieć. Poniosło mnie, nie tak to wszystko miało wyglądać. Wybacz – Akutagawa nieświadomie delikatnie się odsunął od niego. – Powinienem mieć na uwadze, jak możesz się mimo wszystko czuć – dodał po chwili cicho, wpatrując się w swoje łyżwy.

Widząc go takiego, gdy wyraźnie naprawdę miał wyrzuty sumienia, aż sam poczuł się źle. Gdzieś z tyłu głowy kołatało mu się ostrzeżenie, że nie zna jego prawdziwych zamiarów, ale postanowił na tą chwilę je zignorować.

- W porządku – uznał, podjeżdżając bliżej. – Wiem, to męczące, ale proszę daj mi szansę spróbować współpracować z tobą raz jeszcze – dodał i się ukłonił.

Ryuunosuke uniósł głowę zaskoczony tymi słowami i przymrużył lekko oczy, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem. Nie spodziewał się tego, po tym co usłyszał na ostatnim spotkaniu. Skłamałby, gdyby twierdził, że go to nie dotknęło. Jego słowa wtedy bolały, ale też sobie na nie zasłużył.

- Wyprostuj się, proszę. Jeśli ty tego chcesz, to ci pomogę. Nic się pod tym względem nie zmieniło - zapewnił go.

Atsushi podniósł się i uśmiechnął.

- Dziękuję. Co ty na to, aby dziś trochę luźniej potrenować, a następnie już ustalimy szczegóły z Fukuzawą? - zaproponował, choć nie wiedział czy to dobry pomysł.

- Możemy.

- Mam jednak kilka warunków, zanim zaczniemy – dodał po chwili.

Przekrzywił głowę w bok, rzucając mu lekko zaskoczone spojrzenie.

- Jakich? – spytał, choć obawiał się co może zaraz usłyszeć.

- Gdy będziemy ćwiczyć na układzie z jakiś dawnych występów, zrobimy to bez żadnej fizycznej bliskości. Może to być ciekawe wyzwanie, nie sądzisz?

- A co jak są w nim figury, gdzie byłoby to konieczne?

- Pominiemy je – stwierdził, wzruszając ramionami.

Skinął jedynie lekko głową, patrząc na niego uważnie przez moment. Odwrócił w końcu wzrok, zastanawiając się jak bardzo musiał być dla niego odrzucający, skoro to zaproponował.

- Masz jakieś propozycję, co będziemy ćwiczyć? – zapytał obojętnie, choć czuł obrzydzenie do samego siebie.

Obiecał mu pomóc, więc to zrobi. Nawet, jakby to miały być ich ostatnie wspólne wspomnienia.

- Pojedźmy do Hijo de la Luna – zaproponował entuzjastycznie.

- Czemu mnie nie dziwi, że akurat do tego – stwierdził pod nosem i wreszcie na niego spojrzał. – Chodź, księżycowe dziecko – rzucił jedynie i skierował na środek tafli.

Czekając, aż do niego dołączy wyciągnął telefon z kieszeni i podłączył się do głośników. Zazwyczaj robiłby to trener.

Atsushi w tym czasie zdążył ustawić się przed nim.

- Gotowy? – spytał, trzymając palec nad przyciskiem puszczającym piosenkę.

- Tak – potwierdził, a wtedy wcisnął odtwarzanie, wrzucając telefon do kieszeni.

  Gdy pierwsze nuty piosenki rozbrzmiały rozsunęli się na boki, spoglądając w swoim kierunku. Wyciągnęli nawet ku sobie dłonie. Atsushi ruszył, a Akutagawa podążył za nim, pozostając w bezpiecznej odległości za jego plecami. Wykonali wspólny zsynchronizowany piruet i jechali przez moment bokiem, aby następnie zrobić obrót wokół własnej osi i na moment przyklęknąć. Zamienili się miejscami i wyciągnęli do siebie ręce, ale Ryuunosuke, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, nie inicjował żadnego fizycznego kontaktu.Wykonywał jedynie gesty, jakby obejmował Atsushiego w talii, bądź wyjeżdżając przed niego udawał, że zdołał pogładzić go po policzku. Z boku mogło by to tak nawet przekonująco wyglądać, choć w rzeczywistości wcale go nie dotknął. W momentach, gdy powinien go w oryginalnej koncepcji złapać lub unieść, zdawał się całkowicie na partnera i dopasowywał do jego jazdy. Uważał jednak, że ta wersja pozbawiona była smaku. Nigdy wcześniej nie myślał o tym, jak istotnym elementem jest bliskość partnerów na lodzie. Zwykłe trzymanie się za ręce, podczas którego zamieniali się zwyczajnie miejscami było bardziej widowiskowe niż zrobienie tego bez kontaktu fizycznego. Obserwował twarz Atsushiego, gdy wirowali wokół siebie, niczym przyciągające się wzajemnie planety. Moment później znów zanim podążał, aby nagle wybić się przed partnera. Obrócił się dwa razy w powietrzu i wylądował przed nim na jednym kolanie z wyciągniętą dłonią przed siebie. Wstrzymał nieświadomie oddech, patrząc jak Atsushi zastygł w pozie, jakby po cichu wahał się czy chce go dotknąć.

Spoglądali sobie w oczy, gdy rozległy się oklaski. Nakajima złapał go za dłoń i pomógł się podnieść. Obrócili się w kierunku nieoczekiwanej widowni, którą była szkoła podstawowa i pokłonili. Rozłączyli swoje ręce i podjechali do jednego z wyjść. Puścił Nakajime przodem, odłączając w międzyczasie swój telefon od głośników.

  Atsushi podszedł do kobiety, która była opiekunem grupy dzieci.

- Mam nadzieję, że nie zabraliśmy Wam dużo czasu, przepraszamy – odezwał się ze skruchą.

- Nie, nie. Przyszliśmy akurat na końcówkę, a szkoda. Wyglądało pięknie – rudowłosa nauczycielka uśmiechnęła się przyjaźnie.

- To prawda, byliście niesamowici! – wykrzyknął jeden chłopiec z ekscytacją.

- Będziemy mogli może kiedyś zobaczyć jak jeździcie? – dodała stojąca obok niego koleżanka.

- Ja nie mam nic przeciwko – przyznał Nakajima, spoglądając na stojącego obok partnera.

- Sugerujesz, że ja mam? – oburzył się Ryuunosuke. – Nie przeszkadzałoby mi to. Prędzej powinieneś się zastanowić czy zgodzi się na to nasz trener – zauważył.

- Będziemy grzeczni! Proosimy! – rozległ się chór głosów dzieci.

- Na pewno nie miałby nic przeciwko – zapewnił Atsushi.

- W takim razie, jeśli będą mogli, to niech przyjdą – stwierdził Akutagawa. – Jeśli to wszystko, pójdę się przebrać – dodał i pożegnał krótko, kierując do szatni.

- Przepraszam za niego. Śpieszy mu się – wytłumaczył z lekko niezręcznym uśmiechem.

- Nic nie szkodzi. Mogę wziąć twój numer telefonu? Spróbuje porozmawiać z dyrekcją, żebyśmy mogli pooglądać wasze ćwiczenia – zapewniła, wyciągając swój telefon.

- Oczywiście – Nakajima wymienił się z nią numerami i się pożegnali.

Patrzył przez chwilę, jak dzieci wchodzą na lód, zanim poszedł w kierunku szatni. Akutagawa zamykał już swoją szafkę.

- Wyszło całkiem dobrze. Trudno uwierzyć, że miałeś przerwę od jeżdżenie – skomentował, rozsznurowując swoje łyżwy.

- Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby się rozgrzać – skomentował, chowając dłonie w kieszeni płaszcza.

- No tak, faktycznie – przyznał, rozumiejąc przytyk do jego przerwy.

Przebrał się i wyszli razem z lodowiska. Atsushi odwrócił się do Akutagawy, gdy zeszli po schodach.

- To do zobaczenia na następnym treningu – uśmiechnął się. – Dam ci znać, gdy ustalę wszystko z Fukuzawą – dodał i pożegnał się krótko.

- Tak, do zobaczenia – powiedział Ryuunosuke, zanim Nakajima zaczął odchodzić w swoją stronę.

Patrzył na jego oddalającą się sylwetkę, jakby w niedowierzaniu. Poczucie straty i dystansu, jaki się między nimi utworzył uderzyło go z całą swoją mocą.

Czy uda mi się, w jakimś stopniu ciebie odzyskać? – zastanowił się, gdy Atsushi właśnie znikał mu z pola widzenia. Udał się dopiero wtedy do domu.

wtorek, 2 września 2025

IV. Pustka

  Budynek, w którym biura miały największe firmy w Yokohamie został zniszczony serią wybuchów. Jak państwo widzą, jesteśmy w bezpiecznej odległości od miejsca zdarzenia, ale wciąż jeszcze nie zdążył opaść pył.

Mówiła reporterka, oglądając się do tyłu. Faktycznie za jej plecami unosił się siwy dym, a w tle zaczynały wyć upiornie syreny zajeżdżających na miejsce służb.

Będziemy państwa informować na bieżąco o sytuacji i of-

Ekran zgasł w akompaniamencie odsuwanego z szurnięciem krzesła. Cisza w biurze Zbrojnej Agencji była taka gęsta, że można było by ją kroić nożem wraz z ogólną atmosferą.

Detektywi unikali możliwości spojrzenia na niego.

- Ranpo to nie twoja...

Uderzenie dłońmi o blat biurka skutecznie uciszyło Akiko.

- Nie próbuj mnie pocieszać ani usprawiedliwiać – oznajmił i odszedł od swojego stanowiska. – To i tak nic nie zmieni. Jadę tam ocenić sytuację – dodał i wyszedł, nie dając nikomu czasu na reakcję.

Schodząc zamówił taksówkę. 

  Wysiadł pakując sobie truskawkowego lizaka do ust i rozejrzał dookoła, zanim udał w kierunku najbliższego oficera. Skinęli sobie głowami i bez słowa uniósł taśmę odgradzającą miejsce katastrofy. Wokół wszędzie roiło się od służb. Światła kogutów padały na gruzowisko. Przerażone rodziny tych, którzy w budynku zostali szlochały, a ci co zdołali uciec opowiadali. Spacerował w milczeniu, obserwując jak odkrywane są kolejne zwłoki ofiar. Ulgę jedynie przynosił fakt, że nie ujrzał żadnej znajomej sylwetki. Zachwiał się nagle, gdy jeden z funkcjonariuszy zrobił dwa kroki w tył i na niego wpadł. Odwrócił głowę, w stronę detektywa wyraźnie zaskoczony.

- Przepraszam – rzucił ze skruchą, aby zaraz zmrużyć oczy. – Co ty tu robisz? To nie miejsce dla reporterów i osób z zewnątrz – dodał oburzony i nie czekając na reakcję złapał go za ramię, zaczynając ciągnąć w kierunku policyjnych taśm.

  Edogawa nie protestował w żaden sposób. Zdołał zobaczyć wystarczająco wiele. Młody policjant uniósł taśmę i wręcz wypchnął detektywa na zewnątrz.

- Nie próbuj tu wracać. Naprawdę, wy dziennikarze nie macie za grosz szacunku do tragedii – skomentował i odszedł w swoją stronę.

Ranpo pokręcił głową, spoglądając dłuższą chwilę na oddalającego się mężczyznę. Wyglądało na to, że stróże prawa z Yokohamy musieli poprosić kolegów z okolic o pomoc. Nie było w tym nic dziwnego. Wiedział, że ofiar będzie więcej niż szczęśliwie ocalałych.

Wycofał się w głąb ciekawskiego tłumu, aż wreszcie z niego wyswobodził. Zerknął jeszcze ostatni raz na zgliszcza tego, co było budynkiem. Teraz było upiornym grobowcem dla ofiar terrorysty, dopóki służby ich nie wydobędą.

Spuścił głowę, wbijając wzrok w chodnik. Zawiódł tych wszystkich ludzi. Sunął przed siebie bezmyślnie, a tylko fakt, że nie odnaleziono ciał jego kolegów i Edgara powstrzymywał chęć rzucenia się w odmęty morza. Trzymał się desperackiej nadziei, nie mając zamiaru poświęcać ani jednej myśli innej opcji. Oni nie mogli umrzeć, prawda?

 Błąkał się jakiś czas po mieście, zanim wrócił do agencji. Akiko miała zamiar wziąć papiery z biurka, ale zamarła w pół ruchu, gdy uniosła głowę i zobaczyła go wchodzącego do biura.

- Ranpo, wszystko w porządku? – spytała, prostując się.

Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Zmarszczyła brwi i podeszła do nieco pobladłego detektywa.

- Jak wygląda tam sytuacja? – rzuciła i objęła go ramieniem, prowadząc do swojego gabinetu.

Reszta członków patrzyła za nimi ukradkiem, dopóki nie zamknęły się drzwi pomieszczenia.

Yosano posadziła go na kozetce, a sama sobie przyciągnęła krzesło, aby usiąść naprzeciwko.

- Zgliszcza i góry obcych zwłok. Nic nie można z tego wydedukować – rzucił lakonicznie, wpatrując się w jakiś punkt za lekarką.

- W takim razie wciąż jest nadzieja – zauważyła.

Zielone oczy wbiły w nią tak ciężkie spojrzenie, że nie była pewna jak długo je zniesie. Nigdy nie widziała go w podobnym stanie.

- W czym ją niby widzisz? – zapytał obojętnie.

- Nie zostali odnalezieni, więc jest szansa, że udało im się przetrwać.

- A co, jeśli jest wręcz przeciwnie? Liczy się w takich momentach czas, a ten najwyraźniej ucieka – stwierdził z wyraźną goryczą w głosie. – Nie sądzisz, że do tej pory by już wrócili?

Akiko zacisnęła usta. Nie miała na to żadnej dobrej odpowiedzi. Wiedziała, że miał rację. Byli obdarzonymi. Skoro sobie poradzili, to już by dawno wrócili. A jednak jakaś część jej nie chciała w to uwierzyć. Pragnęła być dobrej myśli jak najdłużej.

- Skreślimy ich dopiero, jeśli zostaną odnalezieni – stwierdziła z całą upartością.

- Niech ci będzie – uznał i westchnął.

Jego wzrok złagodniał, ramiona opadły, a ciało wyraźnie rozluźniło. Wbił spojrzenie w swoje buty.

Wydawał się Yosano pokonany. Obraz jaki sobą prezentował wzbudził w niej niepokój.

- To ja ich wszystkich zabiłem – dotarły do niej słowa wypowiadane w przestrzeń.

Nie podniósł głowy. Zachowywał się, jakby jej tu nie było.

- Sam powinienem był tam pójść. Jakbym miał zapłacić życiem za swoje błędy, to bym to zrobił.

- Ranpo, to nie twoja wina. Wybrałeś ludzi, którzy byłeś pewny, że sobie poradzą – zaczęła.

Podniósł gwałtownie głowę, prostując się.

- Właśnie, że moja. Zawiodłem go i wszystkich dookoła! – wykrzyczał jej w twarz, że aż drgnęła zaskoczona tym wybuchem. – Miałem ich uratować, a nie przynieść zgubę – dodał przepełnionym goryczą tonem, chowając twarz w dłoniach.

- Zawiodłeś go? Kogo? Szefa?

- Poe. Zawiodłem Poe – rzucił ze spokojem, za którym ukryty był ogrom cierpienia.

Yosano rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz zaraz na powrót je zamknęła. Spróbowała zabrać głos ponownie, ale z takim samym skutkiem. Nie znajdywała już słów, które mogłyby ukoić jego ból.

  Ciężką ciszę przerwało pukanie do drzwi. Edogawa odsunął dłonie od twarzy, gdy akurat w progu stanął Fukuzawa.

- Akiko, mogłabyś nas na chwilę zostawić?

Lekarka skinęła głową i wstała ze swojego miejsca, zostawiając ich samych.

Poczekał chwilę, aż zamknął się za nią drzwi i usłyszy oddalający się odgłos kroków.

- Słyszałem, co mówiłeś – zaczął, zatrzymując się na środku pomieszczenia. – Nie będę cię przekonywał, żebyś spojrzał na siebie łaskawiej. Musisz sam do tego dojść. Jest jednak rzecz, którą w takim razie jesteś ofiarom winny.

Ranpo wbił w niego zdezorientowane spojrzenie.

- Co to takiego?

- Złapanie przestępcy. Wstawaj z kolan, detektywie.

- Po tym wszystkim uważasz, że jestem w stanie to zrobić?

- Ja nie uważam, ja to wiem – zapewnił i wyciągnął w jego kierunku dłoń.

Edogawa wpatrywał się w nią przez moment, a później zerknął na twarz Yukichiego. Złapał jego rękę, podnosząc się z miejsca.

- Zrobię to. Sprawię, że dosięgnie go sprawiedliwość – obiecał, a w jego oczach pojawił się blask ożywienia.

Może to odgoni jego umysł na jakiś czas od sukcesywnie traconej nadziei.

  Nocą, gdy służby publiczne odjechały z miejsca zamachu, ciszę jaka zapadła, nagle przerwało echo wielu rytmicznie zbliżających się kroków. Spora grupa standardowo odziana w czerń, podążała posłusznie za postacią z charakterystycznym czerwonym szalem. W uliczce, którą szli cywile zasuwali zasłony w oknach kiedy je mijali. Woleli udawać, że nic nie widzieli.

Rytmiczne dudnienie marszu ucichło.

Akutagawa spojrzał na szczątki tego, co było budynkiem.

- Przeszukać to – chłodny rozkaz przerwał bezdźwięk.

Czarna fala rozdzieliła się, aby wykonać polecenie. Jego ludzie mijali go z obu stron. On patrzył w milczeniu, jak kolejne osoby przechodzą pod policyjną taśmą. Poczuł delikatny dotyk na plecach.

- Jesteś pewien, że chcesz tu być? – usłyszał szept tuż przy swoim uchu.

- Muszę, Gin – odparł siostrze równie cicho.

Ona na te słowa pokręciła jedynie delikatnie głową i dołączyła do reszty.

Ryuunosuke obserwował pracę swoich podwładnych wiedząc doskonale, że liczy na cud.

sobota, 3 maja 2025

Rozdział 4

  Atsushi nie mógł sobie znaleźć miejsca od ostatniej rozmowy z Akutagawą. Odtwarzał i mielił w głowie nieustannie wszystko, co od niego wtedy usłyszał. Porównywał to ze swoim punktem widzenia z przeszłości. Zaczął wątpić w swoje decyzje, im dłużej o tym myślał. Zakrawało to o szaleństwo. Nie powinien wahać się, że jego reakcja na tamte wydarzenia była słuszna.

Echo słów; ,,Naprawdę? Takim mnie widziałeś? Nawet pomimo ilości telefonów, jakie wykonywałem?’’ nie pozwalało mu jednak na uznanie swojego zachowania.

Przekręcił się z lewego boku na prawy z sfrustrowanym westchnięciem. Chciałby móc znaleźć w sobie siłę, aby zadać mu wiele pytań. Wiedział jednak, że nie miał do tego wystarczającej odwagi i siły. Ledwo by zaczął zdanie, a jego głos uwiązłby mu w gardle. On miał rację. Był tchórzem.

Uciekał, będąc niezdolnym do czegokolwiek innego. Wiał ile sił w nogach, aby odsunąć się od bolesnej przeszłości. Ta jednak nieugięcie go tropiła i wróciła o sobie przypomnieć, wywracając mu przy tym całe dotychczasowe życie do góry nogami. Wplótł dłoń w swoje włosy i zacisnął na nich palce. Przygryzł nieświadomie dość mocno dolną wargę, aż poczuł w ustach metaliczny posmak. Miał ochotę zniknąć, żeby nie musieć się z tym wszystkim mierzyć.

Wiedział co ostatecznie będzie trzeba zrobić. Zagrać w jego grę i dowiedzieć jaki ma cel.

  Zerwał się nagle na równe nogi, gdy przypomniał sobie, że może miał przy sobie coś, co pozwoli mu zrozumieć własne odczucia. Miał przynajmniej na to nadzieję, jeśli to znajdzie.

Zaczął wręcz gorączkowo przeszukiwać całe pomieszczenie, jakby od tego miało zależeć jego życie. Wywrócił do góry nogami całą szafę, pootwierał wszystkie szuflady, które skrupulatnie przekopał. Jego pokój wkrótce wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Zatrzymał się i westchnął, siadając na środku pomieszczenia. Napływ energii, jaki mu moment wcześniej towarzyszył się wyczerpał. Rozejrzał się dookoła, zastanawiając gdzie jeszcze nie zaglądał.

Chociaż na myśl o tym, że będzie musiał to wszystko sprzątać już mniej miał na to chęci.

Sam już przestawał mieć pewność czy poszukiwane przez niego rzeczy mogły tu być.

Podniósł się i postanowił świecąc sobie latarką z telefonu zajrzeć w ostatnie możliwe miejsce, czyli pod łóżko. Skrzywił się na widok ilości zebranego kurzu, ale była też ukryta tam metalowa skrzynka. Wyciągnął w jej kierunku rękę i przyciągnął bliżej, ostatecznie wyciągając ją spod mebla.

Usiadł i wpatrywał się w nią chwilę, kładąc ją sobie na kolanach. Kojarzył co w środku się znajduje. Przesunął dłonią po chłodnej, metalowej powierzchni. Miał wątpliwości czy chciał to otworzyć. Były tam resztki cennych dla niego przedmiotów i wspomnień z poprzedniego życia, zanim tu przybył. Zebrał się wreszcie na odwagę i otworzył pudełko. Na pierwszy rzut oka była to zbieranina różnych, niezbyt ciekawych szpargałów. Sięgnął po pierwszą rzecz, jaką była broszka w kształcie małego białego tygryska. Jego wzrok powędrował odruchowo do tego typu maskotki, która stała na półce z książkami. Ta zabawka przypominała mu o pierwszym z ich szczęśliwych dni. Czuł do niej nawet teraz przywiązanie, więc nie miał serca tego pluszaka wyrzucić.

  Broszka za to była pierwszym, drobnym upominkiem, który podczas wspólnie spędzanego czasu od niego dostał. Uśmiechnął się delikatnie na to wspomnienie i odłożył ją na bok. Kolejnymi przedmiotami były dwa złote medale. Ich wspólne pierwsze zwycięstwo. Pamiętał, gdy Akutagawa starał się zmusić go, aby wziął też jego odznaczenie. Atsushi ugiął się zawstydzony, gdy Ryuunosuke uklęknął przed nim i wyciągnął swoją część nagrody na otwartej dłoni w jego stronę.
,,To za to, że postanowiłeś wystąpić, pomimo kontuzji jakiej się nabawiłeś podczas treningu. Ty swoją siłą wypracowałeś nam to zwycięstwo, mimo bólu. Dziękuję.”

Pierwszy raz został wtedy przez niego tak doceniony. Zawiesił sobie je na nadgarstku i sięgnął po ich wspólne zdjęcie. Zrobili je, gdy ich wagonik był na samej górze Diabelskiego Młyna wieczorem, a w tle widać było oświetlone miasto. Patrzył na samego siebie na fotografii, który cały aż promieniał szczęściem. Obecny on nie kojarzył, aby chociaż w małym procencie emanował w tym mieście taką radością, odkąd tu się przeniósł. Włożył zdjęcie na powrót do pudełka.
Została mu jedynie koperta, którą podniósł lekko drżącymi dłońmi. Otworzył i wyciągnął z niej list, który czytał dawniej wielokrotnie. Znał go na pamięć, a mimo to jego spojrzenie znów skupiło się na tekście. Poczuł coś chłodnego sunącego mu po policzku. Odruchowo sięgnął do tego miejsca dłonią i zamrugał zaskoczony, czując wilgoć. Nie zorientował się nawet, kiedy podczas lektury zaczął płakać.

  Akutagawa nie widział się z Nakajimą od tamtego momentu. Minęło już kilka dni. Nie martwił się tylko dlatego, że Yukichi miał z nim kontakt. Postanowił nie marnować tego czasu i poświęcał go na trening. Starał się na tym skupiać, ale powracała do niego, niczym bumerang ich ostatnia rozmowa i to jak cała ta sytuacja się potoczyła. Nie chciał, żeby to poszło w takim kierunku.

Jego złość wzięła jednak nad nim górę i zaprzepaścił swoją szansę, aby mu pokazać, że nie miał złych zamiarów. Musiał na nowo pracować na wszystko, co kiedyś posiadał. Było to dla niego trudne i frustrujące, choć jednocześnie rozumiał go. Zadręczał się myślami, jakby mógł odbudować najmniejsze fundamenty. Musiał sprawić, aby atmosfera między nimi zapanowała taka, żeby mógł mu wszystko wyjaśnić. Chciał chociaż móc spróbować. Wiedział doskonale, że nie będzie to proste, ale nie potrafił przewidywać jego reakcji. Gdy wydawało mu się, że w najgorszym scenariuszu minimalnie się rozzłości to mierzył się z wściekłością, na którą zdecydowanie nie był gotowy.

Starał się zachowywać zwyczajnie, ale z każdym kolejnym dniem miał wrażenie, jakby jego młodsza siostra rzucała mu coraz bardziej podejrzliwe spojrzenia. Na szczęście o nic nie pytała.

Z drugiej strony nie miał pojęcia, co wpadnie jej do głowy, więc było to nieco niepokojące.

Mógł mieć jedynie nadzieję, że nie będzie to nic nadzwyczaj głupiego lub niebezpiecznego, bo jej zabawy w detektywa mogły się skończyć różnie.

Spojrzał na zegarek i wstał, aby się ubrać po cichu do wyjścia. Musiał się zebrać na trening. 

  Gin wychyliła się ze swojego pokoju po odczekaniu chwili, gdy usłyszała jak jej brat wyszedł. Ostatnio wydawał się jej jakiś przygnębiony i nieobecny. Myślał, że tego nie widzi, gdy odwracała wzrok. Cokolwiek go gryzło, to zdecydowanie nie planował jej się z tego zwierzać. Musiała dowiedzieć się tego sama, więc postanowiła udać się za nim. Ubrana w bluzę z zarzuconym na głowę kapturem i czapkę z daszkiem poszła w ślad za bratem, bo zdążyła opuścić mieszkanie, by widzieć jego nieśpiesznie oddalającą się sylwetkę. No i widziała też, że znów brał ze sobą łyżwy.

Szła z lekko opuszczoną głową, zerkając co jakiś czas na będąca w pewnym oddaleniu sylwetkę Ryuu. Nie wydawał się do tej pory niczego podejrzewać. Wszystko szło dobrze.

Ukryła się za drzewem, gdy zatrzymał się na pasach.

- Gin? To ty? – usłyszała i odwróciła głowę, odrywając spojrzenie od czekającego na światło brata.

W jej stronę zmierzała ostatnia osoba, którą chciała by w tym momencie spotkać. Widząc, że chciał wykrzykiwać coś dalej gestem kazała mu milczeć, bo go inaczej zamorduje.

Mina Michizou przez moment zrzedła, gdy odebrał ten przekaz, lecz zaraz znowu się rozpogodził.

Przyśpieszył zdecydowanie kroku i zatrzymał się przed nią.

- Czemu mi grozisz? Co tu robisz? – spytał w ramach powitania i zmierzył ją spojrzeniem. – Co to za przebranie? – dodał po chwili wyraźnie skonsternowany.

Gin w pierwszej chwili zignorowała go, zerkając za siebie i patrząc jak jej brat znikał właśnie za rogiem.

Wróciła spojrzeniem do Tachihary. Jej misja z nim na drodze skazana była z góry na porażkę.

Wiedział, że jak już na siebie wpadli, to się tak łatwo nie odczepi.

- Chcesz iść do kawiarni? – zapytała, zsuwając kaptur z głowy.

- Co to ma wspólnego z moimi pytaniami? Z drugiej strony, skoro proponujesz rand – nie dokończył, bo został uderzony pięścią po głowie.

- Auu! – zawył i złapał za obolałe miejsce, rzucając jej spojrzenie zranionego kotka.

- To żadna randka idioto! Nawet dinozaury prędzej zaczną znowu chodzić po ziemi, zanim coś takiego się wydarzy – fuknęła na niego zirytowana i westchnęła. – Chce jak już zepsułeś mi wszystkie plany chociaż usiąść gdzieś, zanim ci co trzeba wyjaśnię – dodała.

Po tych słowach odsunęła się od pnia drzewa, o który się do tej pory opierała i ruszyła w kierunku najbliższej kawiarni. Zastanawiała się przy tym, co powinna mu faktycznie powiedzieć, żeby w przyszłości jakieś jedno nieprzyjemne spojrzenie jej brata nie wystarczyło, aby wszystko wypaplał. Wiedziała doskonale, że starszy Akutagawa go przerażał do poziomu, gdzie ten przyznałby się nawet do zbrodni popełnionych przez swoich nieistniejących przodków z Grenlandii. To był w tym przypadku problem. Do tego ona sama poza wspólnymi treningami i jazdą, to miała zdecydowanie mniej cierpliwości do niego.

Tachihara patrzył za nią chwilę, masując się po głowie, zanim postanowił ją dogonić. 

  Akutagawa w tym czasie zdążył dotrzeć na lodowisko. Wszedł na pustą taflę, bo szkoły w tym dniu przychodziły na późniejszą godzinę. Przejrzał listę utworów, którą miał zapisaną do jazdy. Wybrał ostatecznie losową piosenkę, która okazała się pierwszym utworem, do którego tworzyli choreografię z Nakajimą. Rozważał przez moment chęć, aby zmienić utwór, ale ostatecznie zrezygnował. Pamiętał swoją część układu i uznał, że w sumie mógłby go w pewnym stopniu odtworzyć. Wyjechał na środek tafli i spojrzał pewnie przed siebie. Miał już zacząć jeździć, gdy jego telefon rozdzwonił się wściekle, że aż drgnął zaskoczony. Zapomniał go wcześniej wyciszyć.

Wyciągnął zirytowany urządzenie z kieszeni, będąc gotów odrzucić połączenie, dopóki nie zobaczył kto dzwonił.

- Halo? – rzucił, przykładając telefon do ucha.

- Gdzie jesteś?

- Ćwiczę na tafli.

- Świetnie, poczekaj tam na mnie.

- A – zaczął, ale wtedy rozległ się sygnał przerwanego połączenia.

Odsunął komórkę od ucha i wpatrywał się przez dłuższą chwilę w wyświetlacz z niedowierzaniem.

- Poważnie? Czasem cię nienawidzę – westchnął, chowając urządzenie do kieszeni.

sobota, 12 kwietnia 2025

III. Zabójcza pułapka

  W jednym momencie wybuchła panika. Cywile, niczym jeden bezmyślny organizm nastawiony tylko na przetrwanie rzucili się do drzwi. Utworzyli jednak zator, a siła napędowa, żeby przeżyć doprowadzała do starć między nimi. Atsushi patrzył w szoku, jak niektórzy siłą torują sobie drogę między ludźmi. Inni byli szarpani i upadali, żeby zostać stratowanymi. Wiedział, że tak kończyli, bo do jego wrażliwego nosa docierała woń śmierci.

Kajii zaraz po tym, jak uruchomił ładunki ukryte w budynku, zabił pilota helikoptera i zajął jego miejsce, nucąc wesoło pod nosem.\

Osamu stał obok Kunikidy i Poe, wpatrując się w najbardziej wierną atrapę detonatora, jaką kiedykolwiek widział. Zacisnął dłoń ze złości na przedmiocie. Utkwił po chwili wzrok w ludziach, którzy jak rwąca rzeka próbowali się wydostać. Po drugiej stronie przy ścianie widział ich nowych towarzyszy.

- Słuchaj, Dazai – usłyszał Doppo, który złapał go za ramię.

- Czy oni mają jak uciec? – wskazał w kierunku dwójki nowicjuszy.

- Nie wiem, ale nie zdążymy ich tu ściągnąć – odparł, odwracając wzrok.

Nie mógł na to patrzeć, jeśli miał być w stanie próbować jeszcze coś zrobić. Pociągnął za sobą Osamu do Edgara mówiąc, że spróbują przetrwać wybuch ukryci w jego powieści. Dazaia to nie obchodziło. Po raz pierwszy od śmierci Ody czuł się winny.

Atsushi wyłapał jego spojrzenie, zanim został wciągnięty w książkę. Chłopak uśmiechnął się do niego ciepło, choć wcale na to pokrzepienie nie zasługiwał. Moment później już go nie widział, zabrany przez złotą poświatę do krainy wyobraźni.

  Nakahara pierwszy raz w życiu miał wrażenie, że mycie rąk brudnych z czekolady może kosztować go życie. Nigdy też wcześniej nie był wzywany do szefa przez głośniki w budynku, aby na pewno komunikat do niego dotarł.

Wpadł lekko zdyszany do gabinetu szefa.

- Co się dzieje?! – zapytał przejęty, wbijając wzrok w Akutagawę.

- Masz tam się udać i wyciągnąć Kyoukę Izumi i Atsushiego Nakajimę, zanim to miejsce wybuchnie.

Nakahara zerknął w kierunku telewizora, zaklął pod nosem i natychmiast wybiegł z pomieszczenia. Nie miał zielonego pojęcia jak ma wygrać taki wyścig z czasem, ale postara się.

  Nakajima uśmiechał się, gdy starsi detektywi zniknęli w złotej poświacie wciągnięci do książki. Obserwował jak Edgar nerwowo się rozgląda, aby ukryć ją w wybranym przez siebie miejscu z nadzieją, że się uchowa. Poe rzucił im pełne poczucia winy, a jednocześnie przepraszające spojrzenie, zanim dołączył do Kunikidy i Dazaia. Nie rozumiał, czemu tak na nich patrzyli. Ich pomysł nie był gwarancją na przetrwanie, jedynie hazardem. Mógł się udać, ale miał tak samo wysoką szansę na niepowodzenie.

Odliczanie trwało bezlitośnie i nieprzerwanie. Złapał dłoń, stojącej obok przyjaciółki.

- Przepraszam – powiedział, nieco bardziej wzmacniając swój uścisk przez chwilę.

- Nie masz za co. To nie twoja wina.

Patrzył na tłum wciąż zażarcie walczący o wyjście. Niektórzy zaczęli się wyłamywać, siłą wydostając z uścisku ludzkiej masy. Kiedy już to zrobili siadali w kącie zrezygnowani i pogodzeni z tym, jaki czeka ich los. Zazdrościł im tego po części.

Atsushi żałował, że jest bezsilny. Wszystkich szczęśliwych chwil, które mogły się wydarzyć. Niedotrzymanych planów i obietnic. To wszystko nie tak miało się potoczyć. Ubolewał również nad tym, że nie będzie mógł go przeprosić i powiedzieć tylu ważnych rzeczy, ile tylko mógłby przez te parę sekund zdołać. Przymknął oczy, zatrzymując łzy zbierające mu się pod powiekami. Bezgłośnie wypowiedział trzy słowa, których jego ukochany nigdy już nie usłyszy.

Odliczanie dobiegło końca.

  Chuuya był w połowie drogi, gdy usłyszał pierwsze wybuchy. Przyśpieszył jeszcze bardziej, ale moment później wiedział już, że nie zdąży nic zrobić.

Seria pomniejszych wybuchów pochłaniała budynek, niczym wąż swoją ofiarę. Agonalny wrzask ludzi niósł się echem wraz z hukiem bomb i zawalającego się wieżowca. Nakahara patrzył na to wszystko oszołomiony i przerażony świadomością kogo mogli tam stracić.

Ruszył w tamtym kierunku dalej, aby przyjrzeć się wszystkiemu bliżej. Miał też nadzieję, że może się czegoś dowie. Obecnie wolał nie pokazywać się szefowi na oczy. Dla własnego bezpieczeństwa.

  W budynku Portowej Mafii rozległ się upiorny wrzask. Wyrażał jednocześnie tak wiele emocji, że jak dotarł do uszu niektórych mafiozów, to na moment ich paraliżowało z zaskoczenia. Ten okrzyk rozpaczy nie trwał długo, bo zmienił się w paskudny napad kaszlu. Nikt jednak nie wchodził do środka. Jego siostra stała przy drzwiach i choć bardzo chciała, nie przekroczyła ich progu. Była świadoma tego, że nie chciałby, aby widziała go w takim stanie, ale chociaż będąc za drzwiami mogła czuwać.

sobota, 1 marca 2025

Rozdział 3

  Atsushi po południu, gdy zjawił się na właściwym piętrze szpitalnym, zdążył zacząć kwestionować swoje nocne postanowienie. Obawy i wątpliwości na powrót zakradły się do jego umysłu. Zatrzymał się przed odpowiednimi drzwiami i potrząsnął głową, starając wziąć w garść. Powinien zrobić to, co postanowił w nocy. Było to wobec niej uczciwe. W końcu byli drużyną.

Zapukał i wszedł po chwili nieco niepewnie. Spojrzał, w stronę łóżka gdzie leżała jego przyjaciółka.

- Cześć, Kyouka. Przyniosłem ci coś do czytania i telefon – oznajmił, podchodząc do krzesła przy jej łóżku i zdejmując plecak.

- Dziękuje – odezwała się, spoglądając jak przetrząsał zawartość torby.

Przykuło jej uwagę to, że wyciągnął reklamówkę z figurówkami.

- Będziesz jeździć? - spytała, wskazując w kierunku łyżew.

Nakajima uniósł głowę, wyciągając jednocześnie rzeczy, o których jej wcześniej wspomniał.

- Nie wypakowałem ich, a wziąłem je wczoraj ze sobą z szatni – przyznał, podając jej książkę i telefon wraz z całym zestawem. - Kupiłem ci też od razu starter z kartą – dodał.

- Rozumiem, czyli zostawiasz je w domu – stwierdziła, biorąc od niego rzeczy. - Doceniam, że o tym pomyślałeś. Ja zapomniałam – przyznała, bo nie wpadło jej to głowy, że jej numer i karta przecież zostały zmiażdżone razem z telefonem podczas wypadku.

- Właściwie, to nie jestem tego pewien. Wczoraj, gdy wyszliśmy z trenerem okazało się, że dostaliśmy pewną ofertę – zaczął, zastanawiając się jak powinien jej to przedstawić.

Nie chciał zabrzmieć, jakby od razu szukał zamiast niej zastępczej opcji. W zasadzie to ona znalazła jego, ale i tak nie chciał by mogło to tak wyglądać w jej oczach.

Izumi oderwała wzrok od okładki książki, w którą się intensywnie wpatrywała. Wyglądało na to, że się jej spodobała.

- Jaką? - zapytała z wyraźnym zaciekawieniem i lekko przechyliła głowę w bok.

- Pewna osoba chce wrócić do łyżwiarstwa. Słyszał o tym, co ci się przydarzyło i uznał, że mógłby przez ten sezon jeździć ze mną, jako twoje zastępstwo. On wróci do formy, a nasze treningi i cały wysiłek nie pójdą na marne – wyjaśnił, czując ucisk na gardle i spuścił wzrok.

Obawiał się na nią spojrzeć, aby ujrzeć jej wyraz twarzy. Czuł się podle, gdy sam siebie słyszał.

- To brzmi jak dobra nowina – zaczęła, przyglądając mu się uważnie. - Ty jednak nie wydajesz się tym zachwycony. Dlaczego?

Atsushi poderwał głowę, wpatrując się w nią wyraźnie zdziwiony tymi słowami.

- Nie jesteś zła? - zapytał ostrożnie, nieco zbity z tropu jej reakcją. - Nie wydaje mi się to dobrym pomysłem i brzmi zbyt pięknie – przyznał.

- Nie, dlaczego miałabym być? – rzuciła zaintrygowana. - Czemu tak sądzisz? I kto złożył wam tą propozycję?

- Bo to ty powinnaś być na miejscu tego człowieka? - zauważył nieco skonsternowany i zamilkł.

Wahał się czy powinien jej to mówić, bo to wtedy już będzie droga bez powrotu.

- A jednak nie mogę, lecz cenię też czas i wysiłek jaki włożyłeś w to również ty – przyznała z lekkim uśmiechem. - Dlatego nie mam powodu czuć złości.

- Jak tak stawiasz sprawę, to faktycznie – przyznał, czując się nieco zażenowany samym sobą.

Widział swoimi oczami tylko wersję egoistycznego podejścia. Izumi taka nie była, w przeciwieństwie do jego samego najwyraźniej. Było mu aż z tego powodu głupio.

- Zdradzisz mi teraz, kto ma mnie zastąpić i powód swojej wątpliwości?

- Akutagawa – wyrzucił z siebie po dłuższej chwili wręcz szeptem.

- Gin przecież jeździ z Tachiharą – zauważyła, marszcząc brwi z zagubioną miną.

- Mówię o drugim z rodzeństwa – przyznał, patrząc jak przez jej twarz przemyka cień zrozumienia.

- Wrócił. Rozumiem, dlaczego może być to dla ciebie ciężkie – przyznała, bo sama poznała Nakajimę po tym, jak jego drogi z Ryuunosuke się rozeszły. - Co chciałbyś z tym zrobić?

- Chce wiedzieć co ty uważasz. Ja nie umiem ocenić tej sytuacji dobrze. Układ brzmi w porządku, ale wbrew wszystkiemu doszukuje się w tym haczyka. Właśnie z tego powodu nie jestem przekonany do tego pomysłu – przyznał.

Pokiwała głową i zamilkła na dłuższy moment. Zamyśliła się nad tym wszystkim, bo odkrycie kto za tą propozycją stał nieco sprawy komplikowało. Przeanalizowała to, co wiedziała od samego Atsushiego na temat ich relacji. Musiała ubrać swoje słowa tak, żeby chciał się w razie czego wycofać, jeśli współpraca z nim, to jednak będzie dla niego za wiele. Doskonale pamiętała, jaki przygnębiony był na początku ich znajomości i ile czasu zajęło, aby się przed nią otworzył i opowiedział swoją historię. Nie chciała widzieć go kolejny raz tak posępnego.

- Dobra, odsuwając wasze prywatne problemy na bok, to uważam, że powinieneś spróbować. Jak będziesz na siłach z nim pracować, aby wystąpić to zrób to. Patrz na to czysto biznesowo. Jest jedyną szansą, aby twoje treningi nie poszły na marne w tym roku. Wycofaj się, jeśli będzie to dla ciebie za dużo. A jak twoje przeczucia się sprawdzą i będzie coś kombinować, to daj mi znać. Pomogę ci wtedy, dobrze? - powiedziała, przyglądając mu uważnie.

Atsushi zastanawiał się nad usłyszanymi słowami. Jakaś jego część jego żałowała, że nie kazała mu się po prostu wycofać. Mógłby trwać wtedy w swojej odmowie z czystym sumieniem.

- W porządku, dam mu szansę – zgodził się.

Wiedział, że będzie to dla niego wyzwanie, lecz obiecał samemu sobie, aby postąpić za jej radą.

Mogła mieć rację i wtedy nie próbując zrezygnowałby z czysto profesjonalnej relacji, dzięki której miałby okazję do występów podczas trwania leczenia jego stałej partnerki.

Uśmiechnął się do niej lekko i ukrywając wciąż drzemiącą w nim niepewność pogadał z nią o tym, jak się czuje, ogarnął jej telefon i zapisał swój numer oraz opowiadał o tym jak minął mu dzień.

Gdy czas odwiedzin zbliżał się do końca pożegnał się i pomachał mówiąc, że są w kontakcie. 

  Wracając autobusem, wpatrywał się w mijający krajobraz i starał wewnętrznie zebrać w sobie odwagę. Starając się też podnieść na duchu, odtwarzał na słuchawkach sobie pozytywne piosenki.

Niewiele to dawało, ale podtrzymywało chociaż jego wewnętrzny upór i odganiało tchórzostwo.

Wysiadł kilka przystanków wcześniej niż planował, aby udać się do okolicznego parku.

Spacerował po nim, chcąc ogarnąć się do kupy. A przede wszystkim nie myśleć o przeszłości.

Przystanął przy oczku wodnym, gdzie pływały kaczki. Zdjął swój plecak i wyciągnął woreczek z bułką, którą pokruszył i zaczął im rzucać. Pozwolił na dłuższy moment tej prostej czynności pochłonąć się bez reszty. Obserwował jak ptaki ścigają się o kawałek chleba. Jedna z nich rzucała się dość agresywnie, kwacząc wściekle na pozostałe, które zazwyczaj schodziły jej z drogi.

Była waleczna. Uśmiechnął się pod nosem. Podobnie było ze sportowcami. Wojowali między sobą jednak o medale, a nie kawałek bułki. Gdy nie miał już czego im rzucać otrzepał ręce i wyjął komórkę. Wystukał krótką wiadomość na numer, do którego nie pisał kilka ładnych lat.

Udało mu się nawet nie ujrzeć ostatniej otrzymanej wiadomości. Po naciśnięciu wyślij, schował urządzenie do kieszeni i ruszył powoli, w kierunku wytypowanego przez siebie miejsca spotkania.

  Szturchnął łokciem siostrę, zmuszając do tego, żeby jej pojazd zjechał z drogi.

- Ryuu! To było nie fair! - krzyknęła na brata oburzona, popychając go ręką na bok.

Grali właśnie o to, kto będzie dzisiaj robić kolację i po niej sprzątać. Obydwu dziś za bardzo się z tym użerać nie chciało, więc byli zmotywowani, aby starać się w grze wideo zmusić do przegrania siebie nawzajem.

- A to teraz niby było?! - odezwał się zirytowany, bo faktycznie prawie przez nią wyleciał z mapy.

- Ja tylko ci oddałam, trzeba było nie zaczynać nieczystych sztuczek!

Chciał już jej coś odpowiedzieć, ale przerwał to dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyciągnął telefon z kieszeni spodni i odczytał wiadomość. Odłożył po chwili pada na podłogę, wstając.

- Wygrałaś, Gin. Muszę lecieć na razie, wymyśl nam jakąś kolację i napisz to zrobię.

- Gdzie idziesz? - zapytała, wyraźnie zaskoczona tą nagłą zmianą planów brata.

- Muszę coś załatwić, dam znać jak będę wracał – obiecał i wyszedł z pokoju.

Patrzyła przez dłuższy moment za nim zdezorientowana. Ostatecznie wyłączyła konsolę i schowała kontrolery. Słyszała w międzyczasie jak jej starszy brat zamyka za sobą drzwi. Skierowała się do kuchni, gdy posprzątała po ich grze, a w oczy rzuciło się jej, że torba z łyżwami Ryuunosuke, która leżała w przedpokoju zniknęła. Zmarszczyła lekko brwi, bo nie rozumiała czemu nie chciałby jej powiedzieć, że idzie jeździć. Martwiło ją to, bo nie widziała po co miałby to przed nią ukrywać.

  Gdy wszedł na trybuny Nakajima był już na lodzie. Schodząc, patrzył jak jeździł. Wyglądało na to, że jeszcze go nie zauważył. Usiadł na krzesełku na widowni, w rzędzie tych najbliżej balustrady i zaczął zakładać swoje łyżwy. Zerkał przy okazji wciąż na niego i dostrzegał jak bardzo rozwinął się od czasów, gdy jeszcze jeździli razem. Uśmiechnął się na tą myśl ledwo widocznie.

Przejechał na drugą stronę lodowiska gdzie był jego towarzysz, kiedy już znalazł się na tafli.

- Zmieniłeś zdanie? - odezwał się, stojąc kawałek za nim.

Atsushi odwrócił się w jego kierunku nieco spłoszony.

- Nie słyszałem, że jesteś – przyznał, będąc dotychczas pogrążony w swoich myślach. - To nie do końca tak. Postanowiłem spróbować z tobą pojeździć.

- I to niby nie jest zmiana zdania?

- Nie, nie jest. Nie powiedziałem, że wracam do jazdy z tobą oficjalnie.

- Ah, więc to tak – skomentował, unosząc jeden kącik ust ku górze. - W takim razie zapraszam – dodał, wyciągając rękę w jego stronę wciąż z tym bezczelnym uśmieszkiem.

- A ty dalej zapominasz o ubieraniu rękawiczek – skomentował, gdy dłuższy moment się wahał, zanim ostatecznie złączył ich dłonie.

Wyciągnął ich na środek lodowiska i się zatrzymał.

- Skoro to próba, to sugeruję, żebyśmy zaczęli od jakiegoś naszego starego repertuaru. Pamiętasz coś z nich jeszcze?

Atsushi kiwnął lekko głową.

Jak mógłbym zapomnieć. Pamiętam je bardzo dobrze. Wszystkie. - pomyślał, gdy usłyszał jego pytanie.

- Tak, całkiem je kojarzę. Wybierz co chcesz – odparł, wzruszając przy tym ramionami.

Miał nadzieję, że wydawał się wystarczająco obojętny, mimo że wewnątrz odczuwał całą gamę emocji, a przecież jeszcze nic nie zaczęli robić. 

  Ryuunosuke posłał mu jedynie pełen zadowolenia uśmieszek, zanim przejechał za niego i dłonią zakrył mu oczy, a drugą ręką wykonał gest, jakby poderżnął mu gardło. Odsunął się zaraz po tym, a jego partner odwrócił się w jego stronę. Jechali w równym tempie dość blisko siebie, aby wykonać razem serię skoków. Nie potrzebowali muzyki, aby być idealnie zsynchronizowani.

Atsushi przez moment miał nawet wrażenie, jakby wcale od ostatniego razu nie dzieliła ich kilkuletnia przerwa. Wątpliwości zaczął odczuwać, gdy zbliżali się do momentu, w którym musiał skoczyć w jego ramiona robiąc jednocześnie trzy obroty w powietrzu.

Zaufał mu, wmawiając sobie, że przecież jego obawy są niedorzeczne i będzie dobrze.

Został złapany i wzięty na ręce przez starszego chłopaka, który trzymając go robił szybkie obroty.

Akutagawa zwalniał stopniowo, aby ostrożnie postawić go z powrotem na tafli lodu.

Stał jednak wciąż bardzo blisko z lekko pochyloną głową w dół, spoglądając mu prosto w oczy.

Dłonie trzymał na jego bokach.

Miał wrażenie, jakby ktoś wpuścił truciznę w jego żyły, która wypalała go od środka, gdy lekko zetknął się z jego czołem. Wyczuł zapach perfum, które pamiętał, że wybrał mu dawno temu. Uważał, że do niego pasowały. Nie spodziewał się, aby jeszcze ich używał.

Ta jazda po tylu latach bolała, niczym nowo otwarta rana. Jego dotyk palił do żywego, niczym żrący kwas. A może po prostu tak sobie wmawiał, nie dopuszczając do siebie myśli, że faktycznie mógł za tym tęsknić.

Odsunął się od partnera lekko, a później całkowicie, aż plecami natrafił na balustradę. Przytrzymał się jej, oddychając głęboko i wpatrując w stojącego kawałek dalej Ryuunosuke.

Czuł się, jakby został czymś oszołomiony. Nie da rady. Nie będzie w stanie z nim jeździć.

- Coś się stało? - Akutagawa zmierzył go uważnym spojrzeniem.

- Nic z tego nie będzie.

- O czym ty mówisz?

- O nas. Występie. Nie mogę z tobą jeździć.

- Nie możesz? - powtórzył, a w jego tonie było słychać drwinę. - A może raczej uciekasz jak zwykle? Co? - dodał, nie kryjąc nawet swojej urazy.

- Nie uciekałem. Widziałem przecież wszystko na własne oczy – Nakajima starał się z całych sił, żeby jego głos się nie załamał.

- Uciekłeś i nie dałeś mi żadnej szansy na cokolwiek.

- Nie miałeś już nic do zrobienia, dostałem swoją lekcję.

- Naprawdę? Takim mnie widziałeś? Nawet pomimo ilości telefonów, które wykonywałem? - odparł, wyraźnie unosząc swój głos.

- Dosyć. Moja obecna decyzja nie ma z tym nic wspólnego. Koniec tej rozmowy – Atsushi wydusił z trudem, odbijając się agresywnie od balustrady i przejeżdżając obok.

Poczuł uścisk na nadgarstku.

- Przestań zachowywać się jak tchórz i porozmawiaj ze mną!

Wyrwał mu się bez słowa i rozpędził by jak najszybciej dojechać do wyjścia. Ruszył szybkim krokiem do szatni.

Akutagawa patrzył za jego oddalającą się sylwetką. Chciał krzyczeć, ale ucisk w klatce piersiowej mu na to nie pozwalał.

Atsushi z całych sił powstrzymywał łzy, które cisnęły mu się do oczu, choć z trudem dał radę wiązać buty. Zabrał swoje rzeczy i opuścił teren lodowiska, a wtedy chłodny wieczorny wiatr nie pozwolił mu już wstrzymywać płaczu.

Ryuunosuke oparł się plecami o balustradę, gdy Nakajima już zniknął. Oddychał głęboko, chcąc jakoś rozluźnić ten ścisk w klatce piersiowej. Na próżno, bo ten zmienił się w atak kaszlu. Przytknął z nawyku dłoń do ust. Gdy kaszel ustał i ją odsunął była na niej krew. Westchnął i zsunął bezwiednie siadając na lodzie. Patrzył otępiałym wzrokiem przed siebie, czując narastające w nim uczucie bezsilności.

piątek, 21 lutego 2025

II. Cytryny

  Ranpo znał budynek, który mieścił się pod wysłanym przez Edgara adresem. Rozwiązywał tam swego czasu sprawę morderstwa w zamkniętym pokoju. Wziął laptopa i wyszukał plany budynku, które w skupieniu przeglądał, kreśląc na nich kolejne czerwone krzyżyki. Powstrzymał się od skrzywienia, gdy zobaczył jak wyglądała sytuacja drapacza chmur. Zmierzył swoich współpracowników spojrzeniem, którzy do tej pory obserwowali w napiętej atmosferze jak pracuje.

- Dazai, Kunikida podejdźcie tu. Wy nowi też – odezwał się wreszcie, kiedy dobrał osoby mogące odnieść w tej misji największy sukces.

Próbował ignorować kłębiącą się mu z tyłu głowy myśl, aby opracować plan zabrania tylko stamtąd Poe. Wiedział, że zadzwonił, bo chciał by uratował ich wszystkich. Postara się to wykonać dla niego, mimo wielu niepewnych czynników przy takich sprawach. Spojrzał na swoich kolegów i koleżankę, gestem zachęcając by się bardziej zbliżyli. Wyjaśnił im, że oznaczone na rysunku punkty, to możliwe miejsca znajdowania się ładunków.

- Jest ich tak wiele – zauważył ze zgrozą w tonie Atsushi.

  Ranpo jedynie pokiwał głową, aby zaznaczyć im najbardziej prawdopodobne piętro przebywania podejrzanego, a jeśli to nie byłoby tam, to gdzie powinni jeszcze zajrzeć.

- To wszystko. Resztę odkryjecie na miejscu.

- Jak to? Żadnych instrukcji jak to zakończyć?

- Żadnych. Musicie go poznać. Ja powiadomię policję.

- To szaleństwo – szepnął sam do siebie Nakajima.

Edogawa w myślach nie mógł się z nim nie zgodzić.

- Idziemy – zarządził Kunikida, kierując się do wyjścia.

- Na dole macie taksówkę – odezwała się Naomi, która ją dla nich zamówiła.

Wiedziała, że w takich sytuacjach najbardziej liczy się czas. Gdy wychodzili tylko Dazai był zadowolony.

Na miejscu znaleźli się dość szybko. Podeszli do oszklonych drzwi wieżowca.

Dazai pochylił się w przód, przyglądając im.

- Zamknięte elektrycznie – zacmokał z niezadowoleniem.

- To może wybijmy szybę? – zaproponował Kunikida.

- Nie. Włączysz alarm, a wtedy może wszystko wysadzić. Kto wie co takim siedzi w głowie.

- To znaleźć źródło zasilania? Nie mamy pewności, że będzie na zewnątrz – zastanawiał się dalej.

- Zostawcie to mi – wtrącił Nakajima i podszedł bliżej.

Złapał za drzwi i zmienił swoje ręce w tygrysie łapy, rozsuwając je siłą. Kyouka bez większego namysłu przeszła między jego nogami. Dwójka starszych detektywów popatrzyła po sobie porozumiewawczo. Osamu jedynie wzruszył ramionami i po chwili również przeszli na drugą stronę. Atsushi znalazł się w środku jako ostatni, moment przed tym, jak jeden z uwięzionych tu pracowników chciał podjąć próbę ucieczki. Szansa zniknęła, bo chłopak zdążył wejść.

Ludzie spoglądali na nich z ożywieniem i nadzieją.

- Przyszliście nas uratować? – zapytała jakaś kobieta.

- Tak, więc proszę wszystkich o zachowanie spokoju. Jesteśmy ze Zbrojnej Agencji Detektywistycznej – wyjaśnił Kunikida, a atmosfera wydawała się nieco rozluźnić po tych słowach.

Doppo skierował się do windy, a Atsushi wzdrygnął się lekko, widząc ile ci wszyscy cywile pokładali w nich wiary i ufności, co mieli wręcz wypisane na twarzach. Poczuł się tym przytłoczony, gdy zdał sobie sprawę z odpowiedzialności za tak wiele żyć. Nie zauważył kiedy przystanął nagle, wbijając nieco otępiałe spojrzenie przed siebie. Co jeśli się im nie uda i ludzie przypłacą to życiem, które złożyli w ich ręce? Czy są w stanie tak naprawdę wszyscy wyjść z tego cało? Pierwszy raz brał udział w czymś takim. W swoim wcześniejszym życiu nie brał za nikogo odpowiedzialności. Najczęściej działał sam.

- Nie myśl o tym tyle – odezwała się Kyouka, kładąc mu dłoń na ramieniu.

Otrząsnął się, widząc jak Dazai z Kunikidą czekają na nich przy drzwiach windy. Dołączyli do nich, gdy akurat zjechała na dół. Weszli do środka i wybrali piętro, gdzie Ranpo wytypował, że mógł znajdować się ich cel. Pojechali na górę, a będąc na miejscu Doppo zerknął przez ramię na swoich towarzyszy. 

- Nie odzywajcie się do niego, gdy nie będzie o nic pytać. Jeśli jednak by chciał od was czegoś, to wybierajcie każdą możliwość, która nie wyprowadzi go z równowagi – oznajmił, wychodząc na korytarz.

- Jak znajdziemy właściwe miejsce? – zapytał Atsushi, rozglądając się po rzędach drzwi prowadzących do biur, po obu ich stronach.

- Spróbujemy po wskazówkach Ranpo – stwierdził Doppo i po chwili namysłu wybrał kierunek.

Pozostali ruszyli za nim, zakładając zgodnie, że ma jakiś plan. Pierwsze drzwi, które otworzyli okazały się pudłem. Było to tylko puste biuro. Kolejne pomieszczenie było właściwe.

W pokoju jak najbliżej ścian tłoczyli się, niczym szczury zagonione w pułapkę pracownicy.

Wydawali się trzymać jak najdalej od mężczyzny, który siedział na jednym z biurek.

Na oczach miał google i ubrany był między innymi w postrzępiony fartuch. Nakajimie wydawało się, jakby uciekł z balu przebierańców albo laboratorium.

- No nareszcie! Przyszliście negocjować życie tych miernot? – zapytał z uśmiechem, rozwiewając wątpliwości kto za tym wszystkim stał.

Atsushi zacisnął dłoń w pięść, czując złość przez samo zachowanie tego przestępcy. Rozsierdzała go dodatkowo myśl, że ci ludzie sobie niczym na to nie zasłużyli.

- Ty za tym stoisz. Jaki jest twój cel? – odezwał się spokojnie Kunikida.

- Moje badania, chęć zrobienia czegoś spektakularnego, a wy weszliście w sam środek tego! – wykrzyknął i krótko roześmiał. – Co jesteście w stanie zrobić, by temu zapobiec?

- Możemy pomóc ci jeszcze się bezpiecznie wycofać. Naprawisz swój błąd bez konsekwencji.

- Błąd? – powtórzył i zaniósł przez dłuższy moment histerycznym śmiechem. – Naprawdę myślisz, że tym to wszystko jest?

- Jest to prawdopodobnie planem, który w rzeczywistości wyszedł trudniej niż prognozowałeś. Przyznaj się, zapomniałeś o wyjściu awaryjnym dla siebie. Nie czekałbyś tutaj inaczej.

- Ah, czyli według ciebie to nieudolny eksperyment, tak? – dopytał, a w jego tonie pojawiła się nuta nieukrywanej złości.

Wsunął jedną dłoń do kieszeni swojego fartucha.

- Nie, ja nie uważam, że to było nieudolne – detektyw był wyraźnie zmieszany.

- Nie kłam! – wrzasnął i rzucił w niego zawartością tego, co skrywała jego kieszeń.

Doppo instynktownie wykonał unik. Pod nogi stojącej nieopodal Kyouki wylądowała cytryna.

Ledwo zdążyła zerknąć na przedmiot.

- Uważaj! – krzyknął Atsushi i ją odepchnął z taką siłą, że odleciała solidny kawałek dystansu.

Chwilę potem cytryna leżąca u jego stóp wybuchła, a po pomieszczeniu rozległ się wrzask przerażenia.

Izumi patrzyła w szoku na miejsce, w którym moment temu stała. Ludzie trzymali się jak najdalej, więc na szczęście cywilów nie dosięgnęło. Zaczęła szukać spojrzeniem w panice sylwetki przyjaciela.

Stał kawałek dalej oddychając ciężko, nieco pokrwawiony. Widząc, że go dostrzegła uśmiechnął się.

- Cieszę się, że nic ci nie jest – odezwał się z wyraźną ulgą w tonie.

- Ale ty zostałeś ranny! – zauważyła przerażona.

To była jej wina, powinna zareagować od razu.

- Nic mi nie będzie – machnął lekceważąco ręką i poszedł usiąść pod ścianą, aby dać sobie odpocząć oraz zregenerować po tym ataku.

- Ciekawe – odezwał się Osamu, który dotychczas jedynie obserwował całe to przedstawienie.

– Dlaczego akurat cytryny? – zapytał, zaciekawiony nietypową formą ładunku.

- Naprawdę? To cię powinno teraz interesować? – mruknął, stojący nieopodal Poe.

Nie rozumiał jego podejścia.

Zignorował Amerykanina, dalej chcąc wyjaśnień.

- Bo nie pomarańcze – rzucił ironicznie, czując, że detektyw chciał się z niego nabijać.

- Oj, no nie bądź taki. Naprawdę jestem ciekawy! – oburzył się Dazai.

Doppo słuchając tego, patrzył na niego jak na ostatniego kretyna. 

- Ich piękny kształt i żółty kolor – wyjawił wreszcie, gdy doszedł do wniosku, że może go pod tym względem zrozumie.

- I to takie proste? – głos Osamu i jego wzrok w jednej chwili wyrażały znudzenie. - Dzięki za potwierdzenie, że jesteś po prostu jednym z wielu szaleńców sięgających do terroryzmu, Kajii Motojirou – dodał, a zanim zdążył uzyskać reakcję na swoje słowa, podleciał do niego Kunikida i zaciągnął za płaszcz w najdalszy kąt sali.

- Co ty u diabła wyprawiasz?! Tylko go prowokujesz, kretynie – wysyczał cicho zirytowany Doppo. – I skąd znasz jego imię i nazwisko?

- Zaspokajam moją ciekawość. No weź nie udawaj, że ciebie to nie interesowało? – zapytał zaciekawiony, aby zaraz na krótki moment zamyślić. – Przewinęło mi się jego zdjęcie w gazecie, po nieudanej policyjnej akcji. Wysadził jakiś blok i to podziwiał.

- Właśnie dlatego robisz wszystko, żebyśmy i my skończyli jak ten budynek?! – odezwał się Doppo konspiracyjnym szeptem.

Osamu skrzywił się z niezadowoleniem.

- Grupowe samobójstwo z tyloma osobami mnie nie interesuje. To nie mój wymarzony sposób – stwierdził Dazai i wyplątał z uścisku drugiego detektywa, który spoglądał za nim zdziwiony.

  Czytał właśnie raporty z misji od Czarnych Jaszczurek, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

- Proszę – zawołał, podnosząc wzrok znad dokumentów.

Do środka niepewnie wślizgnęła się jego siostra.

- Stało się coś? – zapytał od razu, mając mimowolnie złe przeczucia przez jej nietypowe zachowanie.

- Atsushi i Kyouka wraz z dwoma innymi detektywami są uwięzieni w budynku z terrorystą – oznajmiła Gin, starając się na jak najbardziej czysto profesjonalny ton.

Widziała jak jego szare oczy rozszerzają się na te słowa. Nadzorowała ich podczas misji w Agencji, ale nie mogła się wtrącać, gdy brakowało okazji, aby zrobić to bezpiecznie i bez dekonspiracji tej dwójki. Zresztą wiedziała jak ważny był Atsushi dla jej brata. A ona nienawidziła patrzeć, gdy w jakikolwiek sposób cierpiał.

- Rozumiem. Będę obserwował sytuację. Dziękuje, Gin.

Młodsza Akutagawa kiwnęła głową i opuściła pomieszczenie. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, Ryuunosuke włączył najbliższy kanał informacyjny nadający na żywo. Słuchał co się dzieje i zerkał co rusz na widzący na ścianie telewizor, upewniając się, że wieżowiec wciąż jest cały.

  Osamu zatrzymał się przed Motojirou, któremu przyglądał się dłuższy czas w milczeniu.

- Masz pięć minut – stwierdził nagle.

- Niby na co? – zapytał zdziwiony terrorysta, ukradkiem zerkając na towarzyszy detektywa, którzy wydawali się w podobnym stopniu zaskoczeni.

- Na to, żeby zdecydować. Bierzesz propozycję wystosowaną przez Kunikidę czy nie?

- A jak tego nie zrobię?

- To skończysz w odpowiednim dla takich jak ty miejscu – wzruszył obojętnie ramionami.

- A może zwyczajnie was wysadzę z tymi wszystkimi ludźmi, hm? – zasugerował, wyjmując z kieszeni fartucha urządzenie z czerwonym przyciskiem.

- Wyjdzie na to samo tylko z ofiarami – stwierdził z uśmiechem – A teraz decyduj, bo marnujesz mój czas, który mógłbym przeznaczyć na poszukiwania kobiety chętnej popełnić ze mną podwójne samobójstwo – dodał zniecierpliwiony.

Kajii wydawał się rozważać dłuższy moment to wszystko. Uśmiechnął się pod nosem.

- Zgoda, załatwcie mi helikopter.

Osamu wykonał telefon, dając rozmowę na głośnomówiący. Faktycznie ściągnął mu transport.

Udali się obaj jakiś czas później na dach. Motojirou, gdy helikopter wylądował wszedł na jego pokład, oddając dopiero wtedy pilota do detonacji. Wzbili się w powietrze i po tym, jak byli już spory kawałek od wieżowca, na terenie całego budynku w głośnikach oraz urządzeniu, które otrzymał od niego Dazai rozbrzmiał maniakalny śmiech.

Po nim nastąpił komunikat: Odliczanie do detonacji rozpoczęte. Pozostało 60 sekund...

wtorek, 14 stycznia 2025

Niegodny

   ,, Spotkajmy się. Dziś w dokach o 23”

Akutagawa wpatrywał się w ekran telefonu dłuższą chwilę.

,, W porządku.” odpowiedział, zgadzając się na tą dość nietypową propozycję.

Nie mieli w zwyczaju widywać się poza momentami, gdy ich ścieżki przecinały się wspólnie podczas misji. 

Kierując się do swojego apartamentu odsuwał od siebie myśl, że powinien być bardziej ostrożny.

Postąpiłby tak w każdym innym przypadku. Tutaj nie miał takiej potrzeby. Wiedział, że on nie jest typem przebiegłej osoby. Właściwie miał w sobie takie pokłady dobra, że to było irytujące.

  Atsushi cały dzień, odkąd śmierć dyrektora sierocińca odsłoniła wszystkie tajemnice czuł się źle.

Był zagubiony i topił się w poczuciu bycia nieszczęśliwym. W jego umyśle, niczym rozjuszony rój pszczół kłębiły się tysiące pytań i wątpliwości, które w sobie trzymał. Teraz zaczęły wychodzić na wierzch jego myśli i czuł, że jeśli nic z tym nie zrobi to oszaleje. Właśnie dlatego umówił się, by spotkać się z jedynym człowiekiem, który nigdy go nie okłamał, a jego spojrzenie na pewne sprawy potrafiło przynosić otrzeźwienie. Była też pewna kwestia, jaką chciał z nim poruszyć.

  Ryuunosuke czekał na miejscu, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie płaszcza i spoglądał na statki stacjonujące w porcie. Odwrócił się natychmiast, gdy tylko usłyszał kroki za swoimi plecami.

Zmrużył lekko oczy, widząc jak on całą swoją postawą okazywał, że coś się stało.

- Po co mnie tu wyciągnąłeś w środku nocy?

Nakajima stojąc przed nim, zaczął mieć wątpliwości co do słuszności swojej decyzji o tym spotkaniu. Cała determinacja, aby poznać odpowiedzi na dręczące go kwestie, upływała z niego w chwili, gdy patrzył w te stalowoszare oczy, które przeszywały go uważnym spojrzeniem.

Wziął głęboki wdech i lekko rozluźnił.

- Dlaczego tyle razy mnie ratowałeś? – zapytał, spoglądając na niego z całą odwagą, na jaką było go w tej chwili stać.

Akutagawa wydawał się lekko zaskoczony zadanym mu pytaniem.

- Nie za dużo czasu spędzasz z Dazaiem, że takie kwestie cię gnębią? – skomentował z nutką złośliwości w głosie.

- Nie kpij! – krzyknął oburzony, wpatrując się w niego ze złością.

Ryuunosuke po tej reakcji zrozumiał, że on był śmiertelnie poważny. Chciał znać powód i właśnie dlatego został wezwany na spotkanie. W porządku. Miał zamiar dać mu to, po co tutaj przyszedł.

Akutagawa postąpił kilka kroków w kierunku Nakajimy, zatrzymując tuż przed nim.

Chłopak przez moment wydawało się, że chciał się cofnąć, ale ostatecznie tego nie zrobił.

Akutagawa miał dużo różnych powodów, aby nie dać mu lekkomyślnie zginąć, ale postanowił postawić na taki, który był jak najbardziej jego własnym.

Złapał za przód koszuli Atsushiego, przyciągając go bliżej siebie.

- Bo to ja będę tym, który cię zabije – wycedził, patrząc mu przez chwilę prosto w oczy, zanim go puścił i się odsunął.

Nakajima wpatrywał się w niego z szokiem w złotych oczach, zmieszanym z niedowierzaniem.

- Dlaczego? Przecież dobrze wiesz, że jest między naszą siłą przepaść – zauważył, zaciskając wargi i spuszczając wzrok. – Nie jestem godny mieć ciebie za rywala, a co dopiero umrzeć z twojej ręki.

Ryuunosuke zmierzył go takim chłodnym, a jednocześnie wściekłym spojrzeniem, że cały się pod jego wpływem spiął.

- Słuchaj no, tygrysie – zaczął z wyraźnie hamowaną irytacją. – To prawda, obecny ty ostatecznie w starciu ze mną skończyłby martwy. Dlatego czekam. Mam czas – dodał nieco spokojniej.

- Wcale go nie masz! – oburzył się na to jawne kłamstwo.

- Zamknij się – warknął, ucinając temat.

Nie chciał rozmawiać o chorobie trawiącej jego płuca. Był pogodzony z nadchodzącym wyrokiem i nie zamierzał się nad sobą roztkliwiać.

- Lepiej powiedz mi co się stało, że ściągasz mnie tu w środku nocy, aby zadawać takie pytania.

- Dowiedziałem się, jak wiele z mojego życia było kłamstwem – odpowiedział ku swojemu zdziwieniu niemal natychmiast.

Wyminął Ryuunosuke, stając przy krawędzi konstrukcji, na której się znajdowali i spoglądał w ciszy na morze, szumiące łagodnymi falami. 

Akutagawa nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego.

- Potrzebujesz się wygadać? – zapytał, stając obok niego.

- Nie – odparł wciąż uparcie patrząc na morze.

- Chcesz towarzystwa?

Atsushi potaknął skinieniem głowy.

- W porządku. Zostanę – obiecał, zniżając głos do szeptu i kładąc mu na krótką chwilę dłoń na ramieniu, jakby ten gest miał wzmocnić jego zapewnienie.

  Spoglądał na księżyc odbijający się w tafli wody. Milczał, po prostu będąc obok. Dawał mu swoją obecność, póki mógł. W końcu Nakajima miał rację. Kończył mu się czas.

Miał zamiar jednak dopilnować, aby stojący obok niego Atsushi rozwinął się na tyle, żeby sobie bez niego poradził. Będzie starał się spełnić ten cel, aż do ostatnich swoich dni.

Nie chciał zostawiać go takiego zagubionego, jakim widział go w tej chwili. Gdy nadejdzie jego moment upewni się, że ten będzie mieć siłę do dalszej walki.

wtorek, 10 grudnia 2024

Rozdział 2

  Fukuzawa westchnął, widząc złość swojego podopiecznego. Wyglądało na to, że szykowała się trudniejsza rozmowa niż mogło mu się wcześniej wydawać.

- Ma dla nas propozycję.

- On?! Naprawdę? - w głosie Nakajimy słychać było żal.

Wiedział, że coś między ich dwójką się w przeszłości wydarzyło, ale nie spodziewał się, by uraza była aż tak głęboka.

- Wysłuchaj go.

- Dlaczego, skoro znam swoją odpowiedź?

- Bo nic cię to nie kosztuje.

- Kosztuje. Mój czas, który jest cenny - stwierdził dobitnie.

- Skończyłeś już dramatyzować i robić sceny? - odezwał się wreszcie podmiot jego niechęci znudzonym tonem.

- Nie robię scen. To ty zjawiasz się znowu w moim cholernym życiu, nie wiadomo po co!

- Chcę pomóc. Słyszałem co się stało - rzucił, ignorując jego słowa.

Nie miał zamiaru pozwolić, aby ten w nerwach wyrzucał na zewnątrz ich prywatne problemy, gdy nie byli tutaj sami.

- Pomóc? Od kiedy jesteś takim altruistą?

- Nie jestem altruistą, ale znam cię na tyle, żeby wiedzieć, że nie chciałbyś zmarnować ogromu pracy, jaką włożyliście. Pomożemy sobie nawzajem. Przejeżdżę z tobą ten sezon, a przy okazji sam będę mógł wrócić w tym czasie do dawnej formy - wyjaśnił, odjeżdżając kawałek i przyglądając im obu.

Atsushi zmierzył go spojrzeniem, zaciskając usta w wąską kreskę. Zatrzymał dłużej wzrok na charakterystycznych dla niego czarnych łyżwach, które nawet płozy miały tego samego koloru. Wiedział, że wykonane zostały na jego specjalne zamówienie. Nie były wzięte na moment z wypożyczalni, więc musiał na poważnie myśleć o powrocie na lód.

- Nie. Odpuszczę ten sezon i poczekam, aż Kyouka wydobrzeje, ale doceniam propozycję - stwierdził i odwrócił się, idąc w kierunku drzwi.

- Jesteś tego pewien? - zawołał za nim Yukichi.

Nie odpowiedział tylko wyszedł, wracając do szatni. Spakował pośpiesznie swoje rzeczy i opuścił teren lodowiska. Nie był niczego pewien.

- Nie przejmuj się. Wróci i jeszcze będzie ze mną jeździł - skomentował Akutagawa, gdy zatrzymał się obok trenera Fukuzawy.

- Skąd w tobie taka pewność?

- Jest zbyt uparty, aby nie spróbować, jeśli ma okazję. Potrzebuję tylko czasu - wzruszył ramionami. 

- Nie wiem co między wami zaszło, ale twoje przekonania w połączeniu z jego reakcją na twój widok brzmią wątpliwie.

- Takie nie będą. Idź już lepiej, ja trochę potrenuję.

- Zobaczymy - Yukichi nie podzielał jego pewności.

Patrzył przez moment jak ten odjeżdża na środek tafli, zanim ostatecznie się pożegnał i wyszedł. 

  Otworzył drzwi i przekroczył próg mieszkania, czując radość z powrotu do domu, jakiej nie doświadczył już od jakiegoś czasu. Z drugiej strony jego nogi dawno nie miały okazji odczuwać takiego zmęczenia.

- O, wróciłeś wreszcie - Gin wychyliła głowę z kuchni. - Gdzie by - zaczęła, ale przerwała widząc co trzymał w prawej ręce. - Wracasz? - zapytała z ekscytacją, podchodząc do starszego brata.

- Jeszcze nie wiem - stwierdził, odstawiając łyżwy na bok.

- Jak to nie wiesz? Jeździłeś. Odkąd postanowiłeś zrezygnować nie dotknąłeś ich, aż do teraz - zauważyła nieco zagubiona.

- Mam pewien powód, żeby po nie sięgnąć. Nie musi jednak znaczyć to zupełnie niczego – stwierdził, mijając młodszą siostrę i zmierzwił jej włosy. - Idę spać, a ty lepiej idź pilnuj tego co piekłaś, bo ci się spali – dodał z lekkim uśmieszkiem, po czym odszedł do swojego pokoju.

Gin faktycznie pognała do kuchni, zastanawiając się nad tym co usłyszała. Ryuu był tak zagadkowy i oszczędny w słowach, że tylko obudził w niej determinację, aby czegoś się na temat jego tajemniczej motywacji dowiedzieć. Naprzód musiała jednak uratować pizzę z piekarnika.

  Atsushi po powrocie do domu, gdy postanowił spróbować zasnąć by zostawić sensacje dzisiejszego dnia za sobą srogo się zawiódł. Wiercił się z boku na bok, nie mogąc nawet marzyć o odrobinie snu. Dręczyły go wszystkie rzeczy z dzisiejszego dnia do tego stopnia, że jego myśli pędziły jak szalone i nawet jemu trudno było za tym nadążyć. Myślał o Kyouce, zastanawiając się nad tym jak się naprawdę czuje. Miał wrażenie, jakby był ostatnim dupkiem, bo ona rozczytała jego emocje, niczym z otwartej księgi. Nie chciał, aby winiła się przez splot wypadków losu za zostawienie go z prawie niczym. No właśnie. Odmówił mu, ale jego słowa wciąż kołatały mu z tyłu głowy, mimo prywatnej urazy do tego człowieka. Był jego jedyną możliwie realną szansą.

Obaj mieli tego całkowitą świadomość. Jeździli w przeszłości razem. Posiadali potrzebne wobec partnera do jazdy zaufanie i dobrze siebie znali. Chociaż on nie był pewny, czy teraz potrafiłby mu tak jak wtedy zaufać.

Dlaczego wrócił właśnie w tym momencie?

Minęło kilka lat, odkąd odszedł z łyżwiarstwa. Nie rozumiał jego nagłej pobudki, ale miał nadzieję, że w rzeczywistości nie miał z tym planem pierwotnie nic wspólnego. Wypadek Kyouki mógł zwyczajnie stać się dla niego wygodną furtką, żeby mógł spróbować wrócić na lód.

Był zagubiony w tym wszystkim. Nagły powrót jego słodko-gorzkiej przeszłości w postaci jednej osoby. Czuł tak wiele sprzecznych emocji z tą sytuacją związanych. Pragnął zatrzasnąć z gniewem drzwi i nie dać mu się wkraść znowu do jego życia. Część jego jednak wciąż echem odtwarzała wystosowaną propozycję. Nie chciała się poddać, po tym ile pracy i wysiłku wkładali, aby występować podczas sezonu. W końcu co złego miałoby się stać?

Mieli tylko razem występować. Robili to nie raz w przeszłości. Obawiał się jednak tego.

Przerażało go to, że mógłby ponownie wpaść w stare sidła, choć po takim czasie sam miał to za mało prawdopodobne. Był to zamknięty rozdział, a to co było nie powinno mieć prawa wrócić.

Może faktycznie powinien złapać, wyciągniętą do niego dłoń? Patrzeć na to przez pryzmat czysto biznesowy. On wykorzysta Akutagawę, aby jego dotychczasowa praca z Izumi się nie zmarnowała.

W zamian dając mu możliwość rozgrzania się i powrotu do ich obu ukochanego sportu.

Później on znajdzie sobie kogoś do jeżdżenia, a do Atsushiego wróci przyjaciółka. Proste.

Czysta formalność bez żadnych ukrytych motywów, lecz wciąż budząca w nim wątpliwości.

  Poderwał się do siadu, chowając twarz w dłoniach. Nie miał pojęcia co z tym wszystkim zrobić. Wiedział jednak, że mimo obecnej odmowy będzie czekał. Jedno jego słowo mogło znowu zmienić wszystko. Dać mu szansę, aby się zaprezentować, choć ten kogo miał mieć za partnera mógłby dostać w swoje dłonie karty, mogące zniszczyć jego spokój. Życie, które do chwili, gdy nie ujrzał go dziś na tafli wydawało się dość spokojne i poukładane. Nie miał pojęcia co powinien zrobić.

Był rozdarty, przerażony wizją podjęcia nieodpowiedniej decyzji. Może też trochę paranoiczny.

Wziął głęboki wdech i wydech, starając się uspokoić. Nic się przecież nie działo, a on czuł się coraz bardziej zestresowany. Wstał i podszedł do swojej biblioteczki z książkami. Wiedział kto powinien mu pomóc w tym wszystkim. Kyouka. Byli drużyną, więc powinna móc mieć swoje zdanie w tej kwestii. Jutro z nią porozmawia i dostosuje do tego, co mu zasugeruje. Z tą myślą wyciągnął z półki jakiś kryminał, który jej zamierzał przywieźć. Zastanowił się też, gdzie mógł mieć jakiś stary telefon. Znalazł go po jakimś czasie poszukiwań i spakował do plecaka. Szukanie tych rzeczy pozwoliło mu się rozluźnić. Wrócił do łóżka i tym razem dużo spokojniejszy zdołał usnąć.

piątek, 11 października 2024

Wilk i owca

  Uchylił powieki, czując pulsujący ból z tyłu głowy. Patrzył przez moment tępo w sufit, zanim wróciło do niego wspomnienie sytuacji sprzed pobytu w tym miejscu.

- Mori-san?! - zawołał i poderwał się do siadu, rozglądając po pomieszczeniu gorączkowo.

Mężczyzna siedział przy biurku, jakby nigdy nic wypełniając spokojnie jakieś papiery.

- Fukuzawa-san, obudziłeś się. Jak się czujesz? Nie boli cię za bardzo głowa? Nie jest ci słabo? - zapytał, odwracając się w jego stronę na obrotowym krzesełku.

Jego głos wydawał się być naprawdę zatroskany.

- Nie, myślę, że jest w porządku – odparł, mając zamiar zatuszować lekkie poczucie osłabienia.

To przecież nic z czym by sobie nie poradził.

- Rozumiem. To dobrze – stwierdził Ougai, choć wciąż przypatrywał się mu uważnie.

- Co się właściwie mi stało?

- A co ostatnie pamiętasz?

- Wpadł gang z wizytą i byłeś otoczony przez nich.

- Później jeden, najwyraźniej spóźniony stanął za tobą i uderzył cię w głowę, ogłuszając.

- W takim razie co stało się dalej z nimi?

- Lekceważyli mnie i miałem trochę szczęścia, więc poradziłem sobie z nimi – wzruszył lekko ramionami.

W rzeczywistości to on ogłuszył Yukichiego i użył swojej zdolności. Wolał jednak, aby jego ochroniarz nie był świadomy tej umiejętności. Chciał pozostać w roli podziemnego lekarza półświatka kryminalnego, który posiadał szarowłosego dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa.

Musiał utrzymywać te pozory.

- Co z nimi zrobiłeś? - zapytał, a widząc uśmiech lekarza, który na moment zawitał na jego ustach, przeszły go nieprzyjemne dreszcze.

- To co się robi ze śmieciami. Wyniosłem i odpowiednio zutylizowałem – wzruszył ramionami.

Yukichi westchnął ciężko i pokręcił jedynie głową. 

  Dazai przechadzając się po mniej lub bardziej bezpiecznych częściach miasta, zasłyszał na tyle ciekawy fragment rozmowy dwóch kobiet, że postanowił to sprawdzić. Udało mu się znaleźć to, o czym słyszał po dość długiej wędrówce. Zatrzymał się przed namiotem, który chociaż był niesamowicie kolorowy, roztaczał wokół jakąś mistyczną aurę. Wszedł do środka i witając z właścicielką rozejrzał zaciekawiony po wnętrzu. Na miejscu za siedzącą, przy stoliku przykrytym bordowym obrusem kobietą stała półka, na której znajdowały się różne flakony o ciekawych kształtach. Zawartości ich miały różne kolory, ale ich przeznaczenie nie było nigdzie opisane.

Były też najróżniejsze kryształy i kolorowe kamienie, których sposobu użytkowania nie znał.

- W czym mogę pomóc? - przerwała w końcu ciszę posiadaczka tego miejsca.

- Jesteś uzdolnioną, prawda? - zapytał, a widząc zaskoczenie kobiety prawie się uśmiechnął pod nosem. - Nie martw się, chcę tylko upewnić się, że towar zadziała.

- Czego szukasz? - powtórzyła, niczym wyuczoną formułkę.

- Potrzebuję dwóch eliksirów miłosnych – oznajmił entuzjastycznie.

- Mam nadzieję, że nie dla jednej osoby – uznała wstając i wzięła z półki dwa malutkie flakoniki z różową cieczą w środku.

- Nie, to dla dwóch różnych osób – zapewnił i po podaniu ceny zapłacił.

Pożegnał się z kobietą i we wspaniałym humorze, nucąc pod nosem opuścił namiot.

Skierował swoje kroki, w stronę kliniki Moriego, a w głowie już układał mu się pewien plan.

Dotarł w jej okolice, po drodze zatrudniając losowego dzieciaka ze slumsów, któremu obiecał zapłacić, jeśli mu pomoże. Trochę mu zajęło przekonanie go, ale ostatecznie się udało.

Teraz przyszedł czas, aby zemścił się za te wszystkie szczepienia. Ougai powtarzał, że to dla jego dobra, aby nie zachorował. On jednak średnio w to wierzył, bo skoro miało to być dobre, więc dlaczego okazało się bolesne?

Ukrył się przy oknie i obserwował co działo się w środku. Potrzebował wyczuć idealny moment, aby wszystko się powiodło, bo miał tylko jedną szansę. Obok niego schowany siedział dzieciak, którego w to wszystko wciągnął.

  Wewnątrz pomieszczenia Yukichi siedział na krześle, obserwując Ougaia wypełniającego dokumentację.

- Naprawdę chce ci się w to bawić?

- Muszę znać swoich pacjentów, zwłaszcza jak to są stali bywalcy – stwierdził, spoglądając w jego kierunku. - Ci, których zszywam do kupy jednorazowo faktycznie mało mnie interesują – przyznał, wzruszając lekko ramionami.

- Podziwiam, że ci się chce – stwierdził, bo musiał wykonywać to własnoręcznie.

- No i to też jakieś zajęcie, gdy nie ma tu nikogo – przyznał, wracając do dalszego pisania.

- Czasem zastanawiam się, czemu mistrz Natsume chciał, abym cię chronił – przyznał, bo dalej nie potrafił zrozumieć motywów jakimi się Souseki kierował.

Spędzili razem już kilka dobrych miesięcy na wspólnej monotonii w tej klinice. Zdążył się do tej rutyny nawet przyzwyczaić. Nie był wcześniej dla nikogo tak długo ochroniarzem.

Zlecenia zwykle były dość ograniczone czasowo. W tym wypadku nie miała ta misja określonego końca, więc musiał czekać na decyzję swojego mentora. Jednocześnie wewnątrz siebie po cichu cieszył się z każdego ich wspólnego dnia, gdy zadanie miało wciąż trwać. Na początku nie podejrzewał, że będzie w stanie polubić jego towarzystwo. Gdy byli młodsi i Natsume ich szkolił, to rzadko dochodziło do porozumienia. Za bardzo się różnili i to prowadziło do spięć między nimi.

Uważał dlatego, że to zlecenie będzie ciężkie z tego względu. Obaj jednak na przestrzeni lat nieco się zmienili na tyle, aby całkiem zwyczajnie móc spędzić ze sobą czas. Trochę, jakby odkrywał to, co było mu teoretycznie znane na nowo. Podobała mu się ta nowa odsłona. To, co było mu wcześniej znane nadal się w jakimś stopniu odnajdywało. Do dziś pamiętał minę Ougaia rzucającego złośliwe uwagi znad ,,Sztuki Wojny’’ autorstwa Sun Zi. Sam czytał książki strategiczne po nim, gdy te były okraszone różnymi komentarzami napisanymi ołówkiem. W tym przypadku lubił być drugim. Nierzadko się uśmiechał przez reakcję i zapiski zostawiane na marginesach.

Wiedział też z tego powodu, jak ich spojrzenia na te pozycję czasem się różniły. Już wtedy Yukichi czuł, że jest w nim pewien mrok. Obecnie jak na ironię było go zdecydowanie więcej, lecz teraz zamiast idealistycznie chcąc z jego ciemnością walczyć, to pozwoliłby mu się nią otulić.

- Spodziewasz się kogoś? - rzucił wyraźnie zaskoczony, że ktokolwiek o tej porze miały się tu pokazywać.

- Nie – przyznał Mori, odsuwając się od biurka, aby pójść otworzyć i zobaczyć kogo niesie.

Fukuzawa podążył za nim i oparł o ścianę w przedpokoju w pozornie luźnej pozie, choć instynktownie był gotów do natychmiastowej reakcji. Spoglądając jednak znad ramienia lekarza nikogo nie zobaczył. Mori spojrzał w dół na małego chłopca, który zaczął snuć mu historyjkę powodu, z którym tu przyszedł, aby kupić potrzebny czas. 

  Osamu, gdy tylko zauważył, że obaj opuścili gabinet zajął się otwarciem sobie okna. Słyszał też opowiadaną przez Akutagawę bajeczkę, która była miernikiem jego czasu. Otworzył okno i wszedł do środka. Rozejrzał się po pomieszczeniu i zlokalizował kubek Fukuzawy, do którego wlał potrzebną ilość mikstury. Po tym rzucił się jak najszybciej do wyjścia, bo pomagający mu chłopak miał coraz większy kłopot z utrzymaniem mężczyzn przy sobie. Udało mu się przywrócić okno do poprzedniego stanu. Zapomniał jednak o jednym. Rozejrzał się i znalazł jakiś większy kamyczek, którym przytrzasnął liścik z wyjaśnieniem i pozdrowieniami od siebie, zostawiając go na parapecie.

Schował się pod oknem, czekając na powrót swojego towarzysza. Chłopak dołączył do niego, mając wyraźną ulgę na twarzy, gdy zobaczył, że jego zleceniodawca nie został w żaden sposób przyłapany.

- Dobra robota – rzucił Osamu, szperając po kieszeniach, zanim w końcu wyjął portfel i wręczył Ryuunosuke obiecaną zapłatę zgodnie z umową.

Będzie mógł za to ze swoją bandą przez jakiś czas przeżyć.

- Dzięki. Polecam się na przyszłość – odparł, chowając pieniądze.

- Będę pamiętać – obiecał, podnosząc się i lekko pochylony zaczynając stamtąd się zabierać.

- Nie będziesz oglądać efektów? - zdziwił się Akutagawa.

- Nie. Zepsułbym sobie zabawę, bo mam jeszcze jedną osobę do przetestowania. A fakt, że nie mam nawet pewności czy to na niego zadziała, czyni to bardziej ekscytującym – stwierdził z ożywionymi iskierkami w ciemnych oczach i odszedł.

Będąc poza obszarem, gdzie mogliby go zobaczyć z okien kliniki wyjął telefon i wybrał jeden z numerów, które miał w ramach szybkiego wybierania. 

- Cześć, Chuuya! Nie chciałbyś pójść może ze mną pograć? - spytał wesoło i skocznym krokiem skierował się do wspomnianego salonu gier, uśmiechając przebiegle pod nosem.

  Fukuzawa myślał, że wizyta chłopca i jego historia, którą im opowiedział wydawała mu się najdziwniejszym wydarzeniem tego dnia. Zastanawiał się o co w tym chodziło, ale nie za długo, bo po wypiciu herbaty zaczął czuć się jakoś inaczej. Nie miał jednak czasu nad tym rozmyślać, gdy jego uwagę przykuwała skutecznie tylko jedna osoba, będąca oprócz niego w tym pomieszczeniu. Do tego dziwny ogrom emocji, który go zalewał nie ułatwiał prób łapania się logiki.

- Czemu wiercisz mi dziurę w plecach, Yukichi? - lekarz odwrócił się lekko, w stronę towarzysza.

Od razu zauważył, że coś jest z nim nie tak. Spojrzenie stalowoszarych oczu było tak intensywnie skupione na jego osobie w sposób, którego nigdy wcześniej u niego nie widział. Do tego stopnia, aby wywołać u niego dreszcze.

- Mori-san czy miałeś kiedyś coś na wyciągnięcie ręki, ale po to nie sięgnąłeś? - zapytał, wstając ze swojego miejsca i stając przed nim.

Ougai zastanowił się nad zadanym mu pytaniem, odwracając się do niego całkowicie na obrotowym krześle.

- Tak – przyznał, nie potrafiąc oderwać od niego uważnego spojrzenia.

Nie wiedział do czego to wszystko zmierza.

- Dlaczego? - pochylił się nad nim, opierając dłonie po obu jego stronach na blacie biurka.

- Bo byśmy tego żałowali – odparł i nieświadomie zagryzł lekko dolną wargę, gdy twarz Yukichiego znalazła się tak blisko jego własnej.

- Tak? Skąd ta pewność skoro nie spróbowałeś? - uniósł lekko kąciki ust.

- Znam nas. Tu nie będzie żadnej przyszłości.

- Skoro może być to dobry jednorazowy moment, to bez znaczenia.

- Nawet pomimo późniejszego żalu? - dopytał zdziwiony.

- Nawet – potwierdził zdecydowanym tonem.

Mori pierwszy raz czuł się, niczym bezbronna owca w szponach wilka. Gdy jednak w tym przypadku wilkiem był Yukichi, to tym razem mu pasowało. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi postanowił pozwolić, aby ten konkretny wilk pożarł swoją owcę.