Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Byaren. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Byaren. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2026

Porzucona etykieta

  Kapitan szóstki, gdy przekroczył mury Społeczności Dusz pędził do pierwszego oddziału. Jeden z shinigami z oddziału trzeciego, który właśnie zamiatał uliczkę wyczuł potężną energię duchową zmierzającą prosto na niego. Udało mu się odskoczyć w ostatniej chwili, że wpadł plecami na murek i jeszcze uderzył się trzymanym uchwytem od miotły w nos. Oficer odwrócił głowę, ale po jego krótkiej obecności świadczył tylko opadający kurz.

  Gdy przekroczył próg pierwszej dywizji, zatrzymał się po drodze przed tutejszym porucznikiem, którego zapytał o to, gdzie znajduje się kapitan dowódca.

Sasakibe udzielił mu odpowiedzi, a gdy arystokrata zaraz przemknął obok z tą swoją niesamowitą szybkością Chojiro postanowił udać się za nim wyczuwając kłopoty.

Kuchiki wiedział, że jego zachowanie teraz wedle zasad nauczanych przez klan jest nieeleganckie i wręcz karygodne. Zdusił w sobie karcący go głos dziadkaa za swoje zachowanie, gdy zjawił się w kuchni przed Yamamoto wraz z powiewem wiatru.

- Kapitanie Głównodowodzący mam niecierpiącą zwłoki sprawę – odezwał się spokojnie, zanim staruszek zdołał choćby unieść brwi w zaskoczeniu.

Shigekuni odwrócił się w jego stronę, ukradkiem zmniejszając gaz.

- O co chodzi?

- Badaliśmy sprawę, którą nam przydzielono. Znaleźliśmy Hollowa, ukrywającego się w jaskini. W wyniku niefortunnego zwrotu wypadków, mój porucznik został z nim uwięziony. Potrzebuję pomocy, żeby go uwolnić i ludzi ze sprzętem do tego – wyjaśnił nadal opanowanym tonem, starając się pod tą fasadą profesjonalizmu ukryć jak był podenerwowany.

Ufał, że Renji sobie poradzi, ale nie mógł pozbyć obawy, mając świadomość o jego trwaniu w potrzasku. Jego dłoń odziana w białe tekko zacisnęła się lekko.

- Dostaniesz pomoc. Udaj się do dwunastego oddziału, tam zgłoszą się osoby, które będą uczestniczyć w akcji uwolnienia porucznika. Jeśli to wszystko, to idź już.

Arystokrata skinął głową, kłaniając lekko i zniknął z pomieszczenia.

- Idź za nim Sasakibe, gdyby sprawiali problemy – odezwał się do swojego porucznika, który dotychczas przysłuchiwał się wszystkiemu z boku. Ten wiernie jak zawsze ruszył wykonać swoje zadanie.

Genryuusai westchnął i spojrzał na kuchenkę, na której wyraźnie zaczęło mu się przypalać jedzenie, przez co zaklął.

  Byakuya wszedł do pomieszczenia, w którym wedle słów oficera z tego oddziału powinien znajdować się ich szalony kapitan.

- Hmm… interesujące – mruczał do siebie Kurotsuchi, trzymając sobie przed oczami probówkę.

- Mayuri-sama mamy gościa – odezwała się niezmiennie towarzysząca mu Nemu, spoglądając w kierunku arystokraty przez ramię.

- Jestem zajęty! Niech nie przeszkadza i przyjdzie później – odpowiedział swojej porucznik, nie odrywając nawet na moment spojrzenia od zawartości trzymanej fiolki.

- Nie mogę przyjść później – zaprzeczył Kuchiki.

Kurotsuchi z namaszczeniem odłożył probówkę na stelaż, zanim spojrzał w kierunku kapitana szóstki.

- Co ty tu niby robisz? – zmrużył oczy.

- Potrzebuję sprzętu i ludzi z twojej dywizji umiejących go obsługiwać. Mój porucznik jest uwięziony w jaskini z Hollowem. Trzeba odgruzować mu wyjście – wyjaśnił niechętnie.

- Czemu niby miałbym ci pomagać? Twój porucznik, to twój problem – prychnął naukowiec.

- Kapitan Głównodowodzący tego oczekuje – wtrącił, wchodzący właśnie do pomieszczenia Sasakibe, zanim Byakuya zdołał otworzyć usta, aby odpyskować.

Mayuri odwrócony do nich plecami skrzywił się niezadowolony.

- To zmienia postać rzeczy. Nemu! Każ Akonowi zająć się tym problemem – rozkazał swej porucznik.

- Tak jest, Mayuri-sama – odparła posłusznie. – Kapitanie Kuchiki, proszę pójść za mną – dodała i ruszyła do wyjścia z pomieszczenia.

Byakuya skinął głową i podążył za nią. Sasakibe odetchnął z ulgą, gdy wyszli. Udało mu się zdążyć na czas, zanim pokłóciliby się tak, że powstałby w okolicy niemały armagedon.

Po poinformowaniu Akona o sytuacji dalsze kroki poszły łatwiej. Zostawił mu wybranie do tego zadania odpowiednich ludzi i sprzętu, a sam udał do swojego oddziału, by wziąć kilka osób. Spotkali się pod jedną z bram i ruszyli do odpowiedniego okręgu rukongai. Kuchiki dostosowywał swoje tempo do towarzyszących mu oficerów i sprzętu. Wewnętrznie za to miał ochotę ich popędzać, choć wiedział, że z targaną technologią szybciej się już nie da. Milczał prąc dostojnie naprzód, mimo to jakaś część jego duszy chciała biec. Nie podobało mu się to. Emocje, jakie go oplatały były, niczym jakieś natrętne złe przeczucie.

- Kapitanie Kuchiki, proszę zaczekać - usłyszał za sobą zdyszany głos.

Zatrzymał się i obejrzał przez ramię. Miał za sobą zdyszanych oficerów dwunastki, którzy starali się nadążyć za nim i kilkoma osobami z szóstego oddziału wiernie dotrzymujących mu kroku.

Pogrążony w myślach i obawach musiał nie zauważyć, kiedy przyśpieszył tempo ich marszu.

Przeniósł wzrok na swoich podwładnych, zastanawiając dlaczego nikt mu nic nie powiedział.

Zrozumiał jak dostrzegł, gdy jak jeden z oficerów wręcz kuli się pod jego spojrzeniem. No tak.

Nie było z nimi Renjiego, aby mieli odwagę zwrócić mu uwagę, bądź odezwać. Jego wzrok złagodniał, zanim spojrzał przed siebie. Widział już miasto, przez które przechodzili z porucznikiem. Jeszcze trochę. Abarai da sobie radę. Musiał w to wierzyć.

Ruszył dalej, gdy tylko naukowcy z dwunastki do nich dotarli.

  Miał wrażenie, że minęła wieczność, gdy czekał w akompaniamencie jednostajnego szumu maszyn aż odblokują przejście. W końcu podszedł do niego Akon, który dotychczas kierował całym procesem odgruzowywania.

- Możemy wchodzić, kapitanie Kuchiki.

Kiwnął mu jedynie lekko głową i zaraz minął, aby wprowadzić ich wszystkich do środka. Pierwszą myślą jaka pojawiła się w jego głowie to, że jest zbyt cicho.

Akon włączył latarkę i rozświetlał drogę, rozglądając się po najróżniejszych zakamarkach. Z każdym kolejnym krokiem Kuchiki czuł wewnętrznie coraz większy niepokój, gdy nadal ich grupa była jedynym źródłem hałasów mącących panujący tu spokój.

- Tutaj ktoś jest! – zabrał głos Akon, gdy światło latarki padło na skałę, zza której wystawała noga.

- Sprawdźcie to – nakazał pozornie obojętnie.

Wewnątrz jednak czuł, jak jego nadzieja roztrzaskuje się na maleńkie kawałeczki. Wiedział już, że to nie był Renji.



czwartek, 1 stycznia 2026

Pułapka

  Byakuya omal nie upadł na czworaka, gdy został wyrzucony na zewnątrz. Zachwiał się, ale zdołał utrzymać równowagę. Zdążył jeszcze zerknąć za siebie, aby ujrzeć jak sylwetka jego porucznika znika za stertą kamieni. Wpatrywał się w zawalone wyjście w jakimś szoku, zanim dotarła do niego pełna świadomość, że Abarai tam został. Miał wrażenie, jakby żołądek skręcił mu się w supeł, gdy przypadł do gruzowiska. Nie był w stanie jednak nawet usłyszeć, co dzieje się po drugiej stronie.

Wyprostował się wkładając całą swoją siłę woli, aby zapanować nad paniką, która zaciskała szpony na jego duszy. To nie było dla niego normalne.

Zaczął się zastanawiać, co powinien w tej sytuacji zrobić. Mógłby zaryzykować uwolnienie Senbonzakury, ale ostrza musiałyby zrobić wszystko z najczystszą precyzją, żeby nie zawalić reszty jaskini. Trwałoby to stanowczo za długo. Do tego nie mógł tego zrobić całkowicie bezpiecznie dla Renjiego.

- Kapitanie! Idź po pomoc, ja sobie poradzę! – wykrzyknął Abarai, mając nadzieję, że go usłyszy.

Stał oko w oko z Hollowem, który nie śpieszył się już z atakiem. Miał go przecież w pułapce.

Okrzyk do Kuchikiego dotarł niezbyt wyraźny, ale zrozumiał przekaz. Przesunął dłonią po jednym z kamieni.

- Trzymaj się, Renji – wyszeptał, a zaraz gnał w stronę Dworu Czystych Dusz.

  Abarai wziął rozbieg, gdy potężny szpon opadał w jego stronę. Wślizgiem przesunął się pod cielskiem stwora, aby za jego plecami zerwać się na równe nogi i zacząć biec. Słyszał wściekłe zawodzenie, a zaraz potem ściany jaskini zadrżały, przez co musiał uchylić się przed skalnym odłamkiem. Przyśpieszył skręcając w losowy korytarz, z pełną świadomością, że jest ścigany.

Rozświetlał sobie pomieszczenia groty za pomocą kidou, na krótkie momenty, poszukując jakiejś kryjówki. Desperacko jej potrzebował, aby zyskać trochę czasu dla kapitana oraz móc zastanowić spokojnie co zrobić dalej. Strumień światła padł wreszcie na dość zakamuflowaną wnękę. Podszedł bliżej i zajrzał w jej głąb, aby tam wejść wślizgnął się ostrożnie do środka. Odetchnął z ulgą, gdy znalazł się po drugiej stronie. Udał się przed siebie, postanawiając tutaj nieco rozejrzeć. Zapuszczał się coraz dalej, że w pewnym momencie zaczął gdzieś w oddali słyszeć kapanie wody. Nie wyglądało na to, aby było tu łatwo dostępne wejście z innej strony.

  Usiadł na jednej ze skał uznając, że nie ma sensu dalej błądzić. Nogi już go od tego chodzenia bolały, a jak podążający jego tropem stwór będzie miał go odnaleźć, to stanie się tak bez względu na jego starania. Postanowił pozwolić sobie odpocząć. Użył nieco więcej energii duchowej, żeby rozświetlić trochę bardziej otoczenia wokół siebie. Siedział nieruchomo w akompaniamencie kapiącej wody gdzieś w oddali, zastanawiając się jak mógłby tu najdłużej przetrwać. Nie miał pojęcia kiedy i ile czasu zajmie odsieczy otworzenie mu na nowo wyjścia. Drgnął lekko, odwracając głowę w lewo, bo przez moment miał wrażenie, jakby cienie się poruszyły. Miał już się rozluźnić i uznać, że wyobraźnia płata mu figle, gdy znów zobaczył ruch w innym miejscu.

Odruchowo jego dłoń powędrowała do rękojeści miecza.

- Kto tu jest? – zapytał i wstał, aby ostrożnie zbliżyć się do miejsca, gdzie ostatnio zauważył ruch.

Miał nadzieję, że cokolwiek z nim tu było nie zdążyło się przenieść. Wychylił się nieco, aby zajrzeć co jest za skałą. Dojrzał skulony drobny ludzki kształt, który gdyby mógł to wyraźnie chciałby wtopić się w kamień. Porucznik patrzył przez moment zdębiały, a jego dłoń zsunęła się z rękojeści miecza, a ręka swobodnie opadła przy ciele. Nie takiego towarzystwa się spodziewał.

- Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.

Dziewczynka uniosła głowę, wbijając w niego spojrzenie dużych, brązowych i wciąż nieco przestraszonych oczu.

- Też chowasz się tu przed potworem? – zagadnął konspiracyjnym szeptem.

Dziewczyna skinęła twierdząco, wstając.

- Możemy poukrywać się razem, co ty na to? – zapytał, cofając się kilka kroków w tył.

- W porządku – zgodziła się cicho, opuszczając swoją dotychczasową kryjówkę.

Zasiedli razem tam, gdzie wcześniej Abarai odpoczywał sam. Trwali w milczeniu dłuższy moment, czasem przerywanym wściekłym wyciem z oddali.

- Jak się tutaj znalazłaś? – zagaił, bo ta kwestia nie dawała mu spokoju.

Dziewczynka spuściła głowę w dół, spoglądając na swoje stopy.

- Potwór mnie tu zabrał – oznajmiła cicho.

Porucznik przypomniał sobie ślady, po których tutaj trafili z kapitanem i pożałował swego pytania.

- Czy przejawiał jakieś zdolności? – zapytał, przełykając poczucie goryczy, że przekłada obowiązki nad współczucie.

- Nie wie – zaczęła, ale przerwał jej ryk Pustego.

Złote ślepia wpatrywały się w nich z jednego tunelu prowadzącego do tego miejsca. Renji natychmiast zerwał się na równe nogi, złapał towarzyszącą mu dziewczynkę za rękę i pociągnął by wstała, żeby zaraz schować ją za swoimi plecami. Ledwo to zrobił, a stwór z imponującą prędkością zbliżył do nich, wyprowadzając atak. Rozległ się szczęk uderzenia metalu.

- Za nami jest szczelina. Uciekaj przez nią stąd i idź w lewo, poszukaj zasypanego przejścia i czekaj w okolicy. Mój kapitan powinien za jakiś czas sprowadzić pomoc. Wyglądaj jej, a teraz uciekaj – rzucił na jednym wdechu, zerkając na nią.

Klinga zapieczętowanego Zabimaru trzeszczała pod naporem szpona.

- A co z tobą? – zapytała, oglądając krótko za siebie.

- Poradzę sobie, więc uciekaj już zagubiona duszo! – zapewnił i skupił na swoim przeciwniku.

Dziewczynka patrzyła na niego jeszcze moment, zanim rzuciła do biegu. Hollow chciał skoczyć za nią, ale Abarai mu to uniemożliwił, odcinając mu drogę.

- Gdzie się rwiesz, paskudo? Ja jestem twoim przeciwnikiem – rzucił z kpiącym uśmieszkiem.

W momencie, gdy drobne ciało zniknęło w szczelinie uwolnił swój miecz.


niedziela, 14 grudnia 2025

Misja

  Podążali w całkowitej ciszy już od dłuższej chwili, co zaczynało martwić porucznika. Zastanawiał się, co mają do zrobienia i z czym przyjdzie im się mierzyć, że kapitan robił z tego taką tajemnicę. Byakuya był świadomy przedłużającego się milczenia i zaczynającego pojawiać się lekkiego napięcia, spowodowanego rosnącym zniecierpliwieniem jego towarzysza. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że mimo odejścia na znaczną odległość od ciekawskich uszu oddziału, jakaś jego część nie chciała mu tej misji przedstawiać. Przeciwnie. Rosło w nim poczucie, aby go odesłać, ale wiedział, że na to było już za późno.

- Musimy zbadać sprawę znikających dusz z jednego z okręgów Rukongai.

- Fakt, że zniknęli nie zapowiada szczęśliwego scenariusza na odnalezienie ich przez nas – uznał Abarai, krzywiąc przy tym lekko.

- Tego nie możemy być jeszcze pewni.

- Moglibyśmy jednak mieć w sobie więcej optymizmu.

- Myślę, że zakładanie scenariusza o nich, będącymi wciąż żywymi jest wystarczającą dozą optymizmu – stwierdził spokojnie, zerkając na niego.

- Masz rację – uznał po krótkim namyśle i nieco zmarkotniał.

- Renji, nie wszystkich da się uratować. Fakt, że mimo wszystko idziesz próbować i tak wiele znaczy.

- Wiem, kapitanie. Jestem już na tyle długo porucznikiem, że pewnie według ciebie powinienem się do tego przyzwyczaić – przyznał i miał zamiar kontynuować swoją wypowiedź, ale mu przerwano.

- Nie uważam tak. Jest wręcz przeciwnie. To dobrze, że posiadasz tą nadzieję. Martwiłoby mnie, gdybyś podchodził do tego z pewnością, że nie da się już nic zrobić.

- A jednak to jest najbardziej realistycznie malującym się scenariuszem – zauważył z niechęcią.

- Zostaw mi bycie takim. Masz zbyt dobrą duszę, aby oczekiwać najgorszego.

Porucznik skinął głową, zostawiając temat.

  Na miejscu zastali rozpaczliwy obraz. Drewniane budynki naznaczone wyraźnymi śladami po pazurach. Na drodze między nimi leżały zagubione sandały, sugerujące ucieczkę dusz w pośpiechu. Rozglądał się po tym pobojowisku, widząc plamy krwi na piasku, a często kawałek dalej stertę ubrań, wyraźnie sugerującą jaki spotkał właściciela tych rzeczy los.

Zagryzł lekko wargę, gdy przy schodach prowadzących do jednego z domów zobaczył dziecięce ubranka i leżącego obok drewnianego konika. Ten obraz poruszył coś w jego duszy. Pomyślał mimowolnie, że mógł to być on. Zbłąkany, niczym bezpański pies pożarty dzieciak, po którym zostałaby jedynie sterta pocerowanych, nadszarpniętych przez czas ubrań. Czuł się przez moment sparaliżowany wizją takiego losu. Z zamyślenia wyrwało go delikatne muśnięcie po dłoni.

Dotyk ten był dla niego tak niespodziewany, że prawie podskoczył.

- Nie bujaj w obłokach, Renji – napomniał go Byakuya.

- Tak jest, kapitanie! Przepraszam – przyznał, nieco zażenowany samym sobą, że dał się pochłonąć przez niedorzeczne wizje.

Musiał się skupić i być obecny ciałem oraz duchem, żeby nie stracić głowy. Ruszył żwawo przed siebie, w skupieniu przeczesując wzrokiem otoczenie. Przez jakiś czas śladów prowadzących w konkretnym kierunku próżno było wypatrywać, a wszechobecne losowe oznaki zniszczeń nie pomagały.

Dotarli do końca miasteczka, gdzie na piasku odbite były ślady łap i ciągnięcia czegoś, choć drobinki krwi im towarzyszące sugerowały jednak kogoś. Shinigami spojrzeli na siebie porozumiewawczo, zanim wkroczyli w głąb lasu.

  Abarai nie wiedział ile czasu przedzierali się przez leśną gęstwinę, ale w końcu zatrzymali się przed jaskinią. Zbliżył się nieco do jej wejścia i skrzywił. Nie był w stanie dojrzeć nic poza nieprzeniknioną ciemnością.

- Wygląda na to, że jest głęboka – oznajmił, zerkając przez ramię na swojego kapitana.

Byakuya kiwnął głową na jego słowa, aby zaraz potem wkroczyć w mrok. Porucznik naturalnie wszedł zaraz za nim. Kuchiki za pomocą kido postanowił oświetlać im drogę. Wolał wyręczyć w tym swojego podkomendnego, aby nie groził mu wybuch demoniczną magią w twarz.

Ruszył przed siebie korytarzem, którego nie był w stanie rozświetlić tak, aby wiedzieli co znajduje się w dalszej odległości. Poruszali się w takiej ciszy, że aż słyszał jak porucznik stawia kroki ostrożnie, starając się iść jak najbardziej bezszelestnie. On poruszał się w ten sposób zresztą kapitanów naturalnie, przez co często nieumyślnie straszyli swoich podwładnych.

Do jego uszu dotarł dźwięk łopoczących skrzydeł. Zza jego pleców dobiegł krótki okrzyk zaskoczonego Abarai’a, który kiedy się odwrócił, właśnie odskoczył w bok, potknął się o kamień zachwiał i wylądował siedząc na ziemi. Rzucił mu spojrzenie, w którym politowanie mieszało się z dezaprobatą, bo robi zamieszanie przez nietoperza, co chciał zaplątać mu się we włosy.

- Kapitanie! Uważaj! – wykrzyknął nagle Abarai, wskazując coś za jego plecami.

Zareagował natychmiast, a w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stał wbił się długi szpon.

Zjawił się przy poruczniku, który zdołał postawić się już na nogi.

- Cholera, całkiem spory jest – skomentował wielkość Pustego, który ledwo mieścił się w tunelu.

- Sugeruję, żeby wywabić go na zewnątrz.

W odpowiedzi usłyszał pomruk zgody kapitana stojącego obok. Nie myśląc wiele złapał za nadgarstek Kuchikiego i rzucił do ucieczki w stronę, z której przybyli.

Za ich plecami rozległ się rozwścieczony ryk, a jaskinia została wprawiona w wyraźne drżenie.

Stwór ruszył za nimi. Zbliżał się coraz bardziej, ale byli już całkiem blisko celu. Wokół nich odrywały się skalne odłamki. Już prawie. Pusty był tuż za nimi. Rąbnął nagle łbem w sufit, tworząc na nim szczelinę, która szybko pomknęła w kierunku wyjścia.

Nie zastanawiał się.

Jednym, zdecydowanym ruchem wypchnął kapitana na zewnątrz, zanim wyjście się zasypało.

czwartek, 31 lipca 2025

Przeznaczenie

  Wiedział od najmłodszych lat, że każdy miał swoje przeznaczenie w świecie. Jego było przestrzeganie prawa, zostanie głową szanowanego rodu, w którym się urodził oraz dawanie dobrego przykładu reszcie społeczeństwa dusz. Nie uważał jednak, aby tak samo mogło być z osobami, które los podsuwał na naszą drogę.

  Pamiętał jedną ze swoich pierwszych podróży lektyką przez okręgi Rukongai. Wyglądał ukradkiem przez szparę między firanami okna, na zupełnie inną rzeczywistość niż jego własna. Zobaczył też czerwonowłosego chłopca, który przez moment skrzyżował z nim wtedy spojrzenie. Zapadł mu w pamięć nietypowy kolor włosów. Czerwony. Uważał je za bardzo ładne, choć widział go tylko przez chwilę. Resztę drogi zastanawiał się nad coraz bardziej zmieniającym się krajobrazem. Im dalej się zapuszczali, tym widział więcej biedy i cierpienia zamieszkujących okręgi dusz.

Starał się zrozumieć, dlaczego to wszystko tak właśnie funkcjonuje i czy można sprawić, aby było im lepiej? Ta empatia została w nim skutecznie jednak stłumiona przez rodzinne wychowanie.

  Zdążył o tamtym dniu zapomnieć do momentu, gdy jego drogi z czerwonowłosym znowu się nie skrzyżowały. Przyszedł wtedy do Akademii po Rukię. Poznał go w chwili, kiedy tylko wparował do pomieszczenia. Nie tylko zapamiętał jego karmazynowe włosy, ale i orzechowe oczy, które wtedy wpatrywały się w niego w jakimś szoku. Zastanowił się przez sekundę czy może i on go rozpoznał, choć jego twarz z zewnątrz nie wyrażała niczego. Była, niczym idealnie dopasowana i wyuczona maska. Wyminął go wtedy uważając, że ten przypadek absolutnie nic nie znaczy.

  Minęło trochę lat, zanim stanął w drzwiach jego gabinetu, jako nowy porucznik. Zachowywał się w stosunku do niego, tak jak do wszystkich, choć wracając do domu zastanawiał się nad znaczeniem tego mężczyzny w jego życiu, gdy po raz kolejny się w nim zjawił, tym razem ewidentnie na dłużej.

Jego nowy zastępca był przeciwieństwem stonowanej postawy swego kapitana. Energiczny, żywiołowy, rozrywkowy, wszędobylski i łatwo popadający w kłopoty. Na początku w myślach uważał to za problematyczny styl bycia. Potrzebował czasu, aby dostrzec w tym charakterze jego piękno. Będąc innym nie starałby się uratować go ze szponów klanowych zasad. Nie uczyłby go podążania za swoim sercem i własnym poczuciem tego co jest właściwe. Przymknął na chwilę oczy, pozwalając sobie ledwo zauważalnie uśmiechnąć się do swoich myśli.

W tle Renji udzielał reprymendy Rikichiemu, zauważając kątem oka ten trudny do dostrzeżenia uśmiech u swojego kapitana, który w tamtym momencie wydawał się całkowicie rozluźniony.

Cieszył go ten widok.

  Moment relaksu przerwał przylot piekielnego motyla, który przysiadł na ramieniu kapitana szóstej dywizji. Brunet wysłuchał informacji na temat przydzielonego im zadania. Skrzydlaty posłaniec poderwał się na powrót do lotu, a Kuchiki otworzył oczy i spojrzał w kierunku swego porucznika oraz oficera.

- Renji – odezwał się, a czerwonowłosy przestał tarmosić Rikichiego za ucho, jakby miało mu to pomóc lepiej w treningu.

Nie miał pojęcia czy takie rzeczy mogły być pomocne, ale nie martwił się tym specjalnie. To porucznik lepiej go znał, więc ufał mu, że wiedział co robi. Nie wtrącał się w to.

Abarai podszedł niemal od razu, gdy został wezwany.

- Dostaliśmy wspólną misję – rzucił, a jego wzrok powędrował w kierunku chłopaka masującego się po lekko obolałym uchu. – Rikichi przekaż trzeciemu oficerowi, że nie będzie nas jakiś czas, więc ma się zająć oddziałem – oznajmił, podnosząc się z miejsca i kierując do wyjścia z baraków ich dywizji.

- Tak jest, kapitanie Kuchiki! – oficer zasalutował, nagle zestresowany dostaniem bezpośrednio od swego dowódcy zadania.

Renji pożegnał się mijając go i przyśpieszył kroku, aby dogonić Byakuyę.

Rikichi przyglądał się ich oddalającym się sylwetkom, dopóki nie zniknęły za bramą. Ciekawiło go zadanie, jakie mogli dostać, a jednocześnie martwiło. Rzadko dostawali odgórnie wspólne misje.

Prawdopodobnie będzie to niebezpieczne. Musiał w nich jednak wierzyć. Z tą myślą pobiegł do trzeciego oficera ich oddziału, aby przekazać powierzone mu rozkazy.

piątek, 1 grudnia 2023

Ocalony

  Noc była momentem w życiu Kuchikiego, gdzie mógł w jakimś stopniu czuć się sobą. Otoczony ciszą pogrążonej we śnie rezydencji mógł pozwolić sobie na odpoczynek od wyuczonej maski.

Spoglądał na swoją twarz, która odbijała się w szybie okna. Wcześniej często na niej było widać zmęczenie, zrezygnowanie i smutek człowieka, który przez swój ród został zamknięty w klatce.

Obecnie jednak w tych oczach te przygnębienie zastąpiła nadzieja i determinacja.

W końcu do jego klatki wtargnęło dwóch włamywaczy. Czerwonowłosa burza, będąca jego porucznikiem i młodsza siostra jego zmarłej żony, która teraz dla niego była naprawdę jak rodzeństwo. Dwójka tych złodziejaszków wprawnie zaczęła uczyć go, jak zacząć odważnie wymykać się z klatki. Powoli i ostrożnie zrywać ciążące na nim kajdany wpojonych zasad.

Jednocześnie utrzymując tych, którzy wpoili mu te ograniczenia w przekonaniu, że nic się w nim nie zmienia.

  Spojrzał na pełną tarczę księżyca i ledwo zauważalnie uśmiechnął do swoich myśli.

Został przez nich ocalony od bezwzględnego oddania zasadom. Pokazywali mu inne spojrzenie na to, co od dziecka mu wpajano. Dowiadywał się, że miał własne możliwości siłę, aby nie być idealną arystokratyczną marionetką. Starał się dzięki nim eliminować w sobie zakorzenione nawyki, które mogły być raniące. Był im wdzięczny za to, że go uratowali. Dostrzeli jego więzienie i pomimo tego co przez niego i decyzję, które podjął przeszli nie skreślili go. Przeciwnie.

Szli u jego boku, jako jego przyjaciele, gotowi wspierać go w tej wyprawie, która miała wprowadzić w jego życie wiele zmian. Nie był już z tym sam.

Zamknął książkę, którą trzymał na kolanach i zszedł z parapetu, na którym dotychczas siedział.

   Nie mógł się doczekać jak ta rewolucja z nimi u boku będzie toczyć się dalej. Już teraz był szczęśliwy. W końcu miał w oddziale Renjiego i Rikichiego. Z nimi u jego boku wszystko będzie dobrze i to co przyniesie przyszłość stanie się po prostu jedną wielką przygodą.

sobota, 19 listopada 2022

Zbłąkany pies

  Księżyc już od długiego czasu wisiał wysoko na niebie. Jego naturalny blask wpadał przez duże okno, oświetlając mahoniowe biurko i postać wypełniającą dokumenty. Światło z zewnątrz właściwie sprawiało, że palące się świece były prawie niepotrzebne. Blada ręka z pędzlem w dłoni dotychczas wręcz automatycznie wypisująca starannym pismem papiery zatrzymała się nagle. Utkwił spojrzenie w zegarze, którego tykanie wydawało się nadzwyczajnie głośne w pogrążonej w nocnej ciszy rezydencji. Dochodziła godzina pierwsza. Kolejny dzień niebawem znów się zacznie. A on czekał, wypełniając nie swoją biurokratyczną robotę. W głębi siebie oczekując jego bezpiecznego powrotu. Właściwie robił to od czasu, gdy zmierzyli się ze sobą, a później po walce z Kurosakim i całym zamieszaniem związanym z Aizenem zastał go w swojej sali szpitalnej. Pamiętał jak wtedy zasugerował mu, że pewnie nie cieszy go fakt jego przeżycia. Naprawdę wtedy uważał, że tak było. W końcu zasłużył na to sobie swoimi działaniami. Nie spodziewał się, że zaprzeczy. Tamta prosta sytuacja w szpitalnym oddziale uświadomiła mu, jak bardzo wartościową osobę przy sobie miał, na którą z całą pewnością nie zasłużył. Był jednak wdzięczny. Tamte wydarzenia pozwoliły mu się nieco otworzyć. Chyba nawet ich relacja miała w sobie coś na kształt przyjaźni, mimo wciąż trzymania się w jakimś stopniu klanowych reguł przez kapitana. Właśnie dlatego teraz siedział i się zamartwiał, gdy powrót z misji jego porucznika się wydłużał i kolejny dzień nie dostawał żadnych informacji na jego temat. Dopytywać się nie zamierzał, bo nigdy wcześniej tego nie robił, więc nie będzie tego zmieniać. Wzbudziłoby to wśród shinigamich niepotrzebne zainteresowanie. Odłożył pędzel i wstał ze swojego miejsca, czując, że dłużej już tu myśląc o tym wszystkim nie usiedzi.      

  Opuścił mury rezydencji ubrany w jasną szatę, pozbawiony szlacheckich spinek, które na co dzień miał we włosach i kapitańskiego haori. Godzina była na tyle późna, że te rzeczy nie były mu teraz do niczego potrzebne. Jeśli kogoś spotka to zapewne będzie taka persona zbyt pijana, aby bardziej kontemplować nad tym jak się prezentuje. Jego nogi mimowolnie poprowadziły go w kierunku bramy, a on jak zwykle starał się w tym czasie zrozumieć samego siebie. Pojąć te emocje, które czuł. Zdążył się już pogodzić z ich występowaniem, bo nie mógł nic na to poradzić. Z początku wydawało mu się to trudne, bo było to zjawisko niezrozumiałe, frustrujące i nowe. Teraz chciał rozszyfrować to zmartwienie. Kłująca czasem obawę, że już nie wróci, którą natychmiast od siebie odsuwał. Nie chciał przyjmować takiego scenariusza do siebie, nawet jeżeli patrząc na ich życie był prawdopodobny. Ufał mu, że wróci do niego cały, nawet jeśli mógłby być nieco poobijany. Nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji, gdzie miałby go z resztą oddziału pochować, a później jego miejsce zająłby ktoś inny. Zadziwiało go to nieco, bo przy swoim poprzednim poruczniku nie miał podobnych myśli. Tamten shinigami był mu praktycznie obojętny.

Może to dlatego, że swojego obecnego zastępce bardziej do siebie dopuścił?

Zmarszczył lekko brwi, starając się wyciągnąć od samego siebie odpowiedź na to pytanie. Prawdę, która zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego poza jego świadomością. Byłaby słabością, a one były niedopuszczalne. Uświadomił sobie, jak bardzo się do niego przywiązał. Jak wiele znaczyła jego obecność w jego życiu. W jak dużym stopniu go polubił i jak bardzo zależało mu na tej konkretnej więzi. Był chyba pierwszą od dawna osobą, której obecności u swego boku pragnął. Na swój sposób też się z niej cieszył. Wnioski te były tak zaskakujące i nowe, że zatrzymał się na środku niewielkiego mostku, wbijając w niego lekko zszokowane spojrzenie. 

  W końcu w domu. A przynajmniej to był jeden z tych dni, gdzie powrót do Społeczności Dusz był dla niego, niczym upragnione wakacje. Ludzki świat był miejscem, gdzie zaczął spędzać na misjach wiele czasu, mając miasto Karakura prawie za drugi dom. Jednak zdarzały się chwile, gdzie miał tego miejsca dość, a powrót do życia wśród innych bogów śmierci dawał ukojenie, mimo że wykonywał tu wiele obowiązków. Przerwał swoje rozmyślania, gdy ujrzał znajomą sylwetkę w okolicy mostu. Był jednak trochę za daleko, aby wiedzieć kogo dokładnie zobaczył. Niedługo się pewnie przekona, bo sam zmierzał w tamtym kierunku.

Wreszcie rozpoznał naprzód reiatsu, a później już wyraźniej go widział, choć sam raczej nie został spostrzeżony. Wyglądał na bardzo zamyślonego, choć w momencie, gdy nagle przystanął na środku mostu pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu przyśpieszył kroku, aby znaleźć się zaraz przed nim.

- Kapitanie? Coś się stało? - słowa wyrwały się z jego ust, zanim zdołał nad tym pomyśleć.

Powinien się naprzód wytłumaczyć, dlaczego nie dawał od kilku dni znaku życia, gdzie jego misja powinna już dawno się zakończyć. W zasadzie miał zamiar zmierzyć się z usprawiedliwieniem jutro, ale nie spodziewał się zastania tu swojego przełożonego. Nie był w stanie chcieć się zmyć, gdy ewidentnie go coś trapiło. W innych okolicznościach może by spróbował, nawet jeśli doskonale wiedział, że to nie wyjdzie. 

  Kuchiki nie sądził, że nie jest sam. A tym bardziej nie spodziewał się usłyszeć ten konkretny głos. Przez moment miał miał obawę, że ma omamy słuchowe spowodowane zmęczeniem i nadmiernym roztrząsaniem tematów, w których nie był dobry. Wziął się jednak w garść, starając się przybrać na twarz wyuczoną maskę wręcz nieprzeniknionej neutralności. W momencie kiedy mu się to udało uniósł głowę, spoglądając na stojącego przed nim mężczyznę. Był w stanie skutecznie zamaskować zaskoczenie, jakie odczuł zmieszane z niesamowitą ulgą, że wrócił.

- Renji. Nic się nie stało – postanowił odpowiedzieć wreszcie na zadane mu wcześniej pytanie.

- Na pewno? Wyglądałeś na przejętego czymś. Do tego raczej nie chodzisz na takie nocne wędrówki. - stwierdził, bo nie przekonało go to zapewnienie.

Lekko jednak zdziwiło go to, że wydawał się rozluźnić, gdy go zobaczył. Po części naprawdę wyglądało, jakby jego powrót odsunął to co go trapiło.

- Tak, na pewno – rzucił z lekkim zniecierpliwieniem w tonie – Raczej nie chodzę? A ty skąd o tym możesz wiedzieć? - spytał, nawet nie kryjąc delikatnego zdezorientowania.

- No tak. Wyczułbym chociażby podczas mojej warty, gdybyś urządzał sobie takie spacery – stwierdził, bo jednak nocą, gdy większość śpi było łatwiej o rozróżnienie konkretnej energii duchowej, która wskazywała na to, że dana osoba nie spała.

Nie spodziewał się, by tak zwracał uwagę na jego reiatsu. Z drugiej strony przez moment zrobiło mu się z tego powodu miło.

- Rozumiem. Masz rację, po prostu dziś musiałem się przewietrzyć – uznał, spoglądając na niego uważnie. - Jednak będę już wracał – dodał, bo już nie miał powodów do wędrówek z winy dręczących go zmartwień.

- Odprowadzę cię – stwierdził, a skoro Kuchiki nie zaoponował, to zaraz udał się z nim w kierunku rezydencji.

Drogę przebyli w ciszy, przerywaną tylko przez świerszcze lub inne dźwięki natury. Nie było w niej jednak nic niezręcznego. Zatrzymał się przed schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych.

Byakuya wszedł po nich, zatrzymując na szczycie.

- Dobranoc, poruczniku – odezwał się, zerkając na niego. - Rano będziesz musiał mi trochę rzeczy wyjaśnić – dodał, aby nie myślał sobie, że jego nieporuszanie tego tematu związane jest z zapomnieniem albo odpuszczeniem.

- Dobranoc, kapitanie – odpowiedział i na jego kolejne słowa zareagował dźwiękiem pełnym zawodu. - A mogę się chociaż wyspać? By złożyć bardzo dobre wyjaśnienia? - spytał po części żartując, choć faktycznie chciał móc trochę pospać.

Do tego coś czuł podskórnie, że naprawdę przyda mu się dobre wytłumaczenie.

- No niech ci będzie – zgodził się, pozwalając sobie na lekką nutę załamania i rozbawienia w głosie.

Odwrócił się w kierunku drzwi i postąpił kilka kroków, gdy nagle się zatrzymał.

- Renji – zaczął, rzucając mu spojrzenie przez ramię, gdy ten odwrócił się w jego kierunku. - Witaj w domu – dokończył, sięgając dłonią do klamki.

Porucznika w pierwszej chwili zaskoczyły te słowa, ale jednocześnie uszczęśliwiły.

- Wróciłem, kapitanie – rzucił, zanim drzwi zamknęły się za Kuchikim, na którego ustach przez moment zamajaczył delikatny uśmiech.

Ruszył do baraków szóstego oddziału z myślą, że to właśnie tutaj jest jego prawdziwy dom.


 

piątek, 1 kwietnia 2022

Wiosna

  Siedział na schodach prowadzących do ogrodu z kubkiem ciepłej herbaty w dłoniach. Księżycowy blask otulał pogrążoną w ciszy i niezmąconą żadnym wiatrem przyrodę. Wieczór mimo tego był nieco chłodny. Porucznikowi oddziału szóstego jednak to nie przeszkadzało. W przeszłości został przyzwyczajony do znacznie gorszych warunków. Najbardziej luksusową porą w Rukongai była jesień i zima. Bezpańskie szczeniaki takie jak on i jego grupa mogły wtedy liczyć na dach nad głową, jeśli do tych pór roku przetrwały. Teraz była wiosna. W jego dawnym życiu kojarzona głównie z codzienną walką o byt. Nie tylko własny, bo również jego osieroconych przyjaciół. Pamiętał, że wtedy też często patrzył na księżyc, gdy wdrapywał się na drzewo, a pod nim przy ognisku spała jego mała rodzina złożona z tak samo samotnych jak on dusz.

Finalnie nie był w stanie ich uchronić i uratować.

Zastanawiał się wtedy, jaki będzie cel jego egzystencji, jeśli pozostałby całkiem sam. Pogrążony w rozpaczy nie uważał się za dostatecznie silnego, aby w chwili próby być w stanie ochronić ostatnią, pozostałą mu bliską osobę. Był tylko tchórzliwym psem wyjących do srebrnego kochanka nocy, który wychylał się zza chmur. Stracił wszystko, co było mu bliskie w zupełnie inny sposób. Tchórzliwy, świadomy, ale bezpieczny, mimo że cholernie bolesny.

Sam siebie pozbawiłem wszystkiego – pomyślał kierując wzrok na oczko wodne, gdzie czasem spod tafli wody widać było krótkie błyski łusek pływających karpi, które odbijały wiązki światła słane przez księżyc.

  Miał już ponownie zanurzyć się w morzu melancholii i ponurych myśli, gdy poczuł dłonie delikatnie go oplatające i ciepło nieco drobniejszego ciała na plecach. W pierwszej chwili lekko się spiął w niekontrolowanym odruchu, ale rozluźnił się jednak szybko, bo doskonale wiedział kogo miał za towarzysza.

- O czym tak myślisz? - usłyszał szept tuż przy swoim uchu, czując dłonie przesuwające się po jego klatce piersiowej.

- O przeszłości – przyznał, spuszczając wzrok na blade obejmujące go ręce. - O tym jak błądziłem i wszystko traciłem, okraszone rozmywającymi się lepszymi dniami – dodał.

Kapitan zmarszczył brwi na taką odpowiedź. Nie lubił takich posępnych dni u Abarai. Wiedział jednak, że były mu potrzebne, aby nie zapomnieć drogich mu osób z dawnego życia. Rozumiał to i przechodził to razem z nim.

- Masz już swoje miejsce i niczego nie stracisz – zapewnił go cicho, muskając ustami nieznacznie płatek jego ucha.

Renji uśmiechnął się i sięgnął go jego dłoni, splatając je ze swoją.

- Wiem – przyznał półszeptem, odwracając lekko głowę w jego stronę. - Dostałem wszystko, o czym kiedyś tylko marzyłem. Teraz jestem szczęśliwy, bo mam przy sobie cały mój świat – dodał, spoglądając na Byakuyę z czułością.

Kuchiki pozwolił sobie odpowiedzieć delikatnym uśmiechem, który w księżycowym blasku prezentował się przepięknie.

Czekała ich w końcu kolejna przepełniona wspólnym szczęściem wiosna.