Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mystrade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mystrade. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 czerwca 2017

Narkotyczny Raj.

  Zawsze wszędzie się wpychasz, mieszasz się i nie raz zmieniasz moje plany, Holmesie. Mój mały, niedoskonały braciszku. Te słowa bardzo często słyszałem z ust różnych osób. Na ironię, w jakiś sposób mi bliskich. Nawet będąc bardzo inteligentnym detektywem, zawsze było we mnie coś nieidealnego. W przeciwieństwie do Mycrofta dla którego zawsze jestem małym, odchylającym się od normy braciszkiem. On uchodzi za ideał. Jednak mimo tego wciąż  rozwiązywałem, a może rozwiązuje? różne sprawy. Właściwie, co ja rozwiązać miałem? - zastanawiam się chwilę i uchylam powieki, które wydawały mi się ociężałe. Nagle obok siebie ujrzałem pięknego, różowego jednorożca, widząc jak wyskakuje oknem. Podrywam się do siadu, krzycząc, by wrócił, gdyż nie chciałem go spłoszyć. Niestety nie zawrócił już, ale no trudno. 
   Pomieszczenie, w którym się znajduje mieni się najróżniejszymi kolorami. Głównie jasnymi, ciepłymi barwami. Kładę się, a raczej opadam na stos miękkich poduszek, które w rzeczywistości są starym, brudnym kocem. Przymykam oczy, aby zapomnieć to, co mnie otacza. Budzę się w zupełnie innym miejscu. Jest tutaj zdecydowanie za jasno. Biel ścian drażni moje oczy. Gdzie ja się do cholery znajduję? - zastanawiam się, rozglądając. Nasuwa mi się w pierwszym odruchu skojarzenie ze szpitalem. Spoglądam na siebie, unosząca ręce, na których widnieją wciąż ślady po wkłuciach, w których ja nie widzę absolutnie nic złego. Skoro nic mi nie jest, to może to nie szpital? Zresztą to teraz nieistotne. Ważniejszym jest, kto śmiał mnie wyrwać z mojej tęczowej, bezpiecznej krainy!
Słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Odwracam głowę w tamtym kierunku, a w progu stoi mój starszy brat. Widać było po nim doskonale, że jest niezadowolony. Wyglądało na to, że nawet bardziej niż zwykle, choć ja nie sądziłem bym zrobił coś złego.
- Kontaktujesz na tyle, byś wiedział, gdzie jesteś? - mruknął Mycroft, podchodząc do okna.
- Nie wiem, gdzie jestem i dlaczego - mówiąc to, przyglądałem się bratu uważnie, widząc jak na moje słowa skrzywił się nieznacznie.
- Jesteś w szpitalu. Byłeś bliski przedawkowania - oznajmił lodowatym tonem, kryjąc całą gamę emocji, jaką wywołało to wydarzenie.
Ból, jaki czuł za każdym razem, gdy jego młodszy brat był na krawędzi bardziej niż zwykle był nie do zniesienia. Ich relacje były skomplikowane, ale nawet on nie był tak bezduszny, żeby patrzeć jak jedna z bliższych mu osób w każdej chwili może spaść w przepaść. Przerażała go myśl, że pewnego dnia nie zdąży, nie dowie się na czas i jedyne, co mu po nim zostanie, to lista opiatów, które zażył. Nic na to nie odpowiedziałem, przez co między nami zawisła pełna napięcia cisza. Oczekiwałem na jedno pytanie, co zawsze w takich sytuacjach padało, by wydukać z siebie jakąś na prędce przygotowaną wymówkę. Tym razem nie zostało zadane.
- Zostanie ci przydzielony lekarz, który dopilnuje, abyś trzymał się z dala od narkotyków, Sherlocku - po tych słowach wyszedł z pomieszczenia, zostawiając mnie samego z myślami o doktorze, który będzie miał za zadanie mnie pilnować. Ciekawe, czy lubi socjopatów - pomyślałem rozbawiony, bo nie sądziłem, żeby ten człowiek wytrzymał ze mną długo.
  Pobyt w szpitalu był nudny, więc wieczorem zmieniłem szpitalne rzeczy na swoje własne. Po opuszczeniu sali, postawiłem kołnierz płaszcza, mimo że nie próbowałem się ukrywać. Nie zwróciłem na siebie żadnej szczególnej uwagi. W końcu mogłem być u kogoś bliskiego w odwiedziny. Na zewnątrz powitało mnie chłodne, rześkie powietrze. Przystanąłem i rozejrzałem dookoła. Możliwość, że ktoś był zobligowany, aby przypilnować, żebym nie wyszedł była bardzo duża, więc postanowiłem wybrać dłuższą drogę na Baker Street, aby łatwo się zorientować jeżeli będę miał ogon. Zawiodłem się, bo nikt mnie nie tropił, a już miałem nadzieję na odrobinę rozrywki. Do tego zagrałbym Mycroftowi na nosie. Z żalem rozmyślałem o tym, jak wściekły mógłby być mój brat. Wyobrażenie sobie jego twarzy wykrzywionej we wściekłym grymasie było czystą przyjemnością. W końcu moja wędrówka dobiegła końca. Otworzyłem drzwi kluczem i zanim udałem się na górę zawołałem:
- Nie obraziłbym się za filiżankę herbaty! - po tych słowach udałem się na górę, do swojego mieszkania, które  niedawno zacząłem wynajmować. Jednak przydałby się współlokator, aby łatwiej było opłacać czynsz.
- No i może trafiłby się jakiś interesujący człowiek - oznajmiłem w przestrzeń, sięgając po skrzypce.
Stanąłem przy oknie, patrząc na ulicę i rozpocząłem koncert bez publiczności, bo czaszki raczej nie mogłem do niej zaliczyć.
  Od czasu mojego wypadu do królestwa proszków szczęścia minął jakiś miesiąc. Większość tego czasu spędzałem pracowicie, domyślając się, kto może zrzucać na moją głowę całą masę zajęć, abym czasem nie miał zbyt mało do roboty i nie zaczął się nudzić, mimo że naprawdę się starał, podsuwając mi interesujące sprawy za pomocą inspektora Scotland Yardu. W sumie to było nawet ciekawe, jak Brytyjski Rząd dogadywał się z takim zwykłym człowieczkiem jak Lestrade. Kiedyś się temu bliżej przyjrzę. Jednak nie tańczyłem, jak tego chciano. Zwłaszcza, gdy zniechęciłem do siebie swojego lekarza, mającego trzymać mnie z daleka od nałogu w mniej niż osiem godzin. Teraz za to musiałem się skupić na odnalezieniu współlokatora. Napomknąłem o tym kilku osobom, podczas pozornie zwykłej pogawędki. Obecnie pozostało mi czekać na rezultaty, więc postanowiłem się zająć eksperymentami.
  W końcu go poznałem. Wystarczyło jedno spojrzenie, abym wiedział, że ten gość jest do mnie. Wydawał mi się wtenczas otwartą księgą. Nic tylko rozczytywać to, co sobą pokazuje, obserwując reakcje. Jego były inne niż wszystkich. Zachwycał się jego dedukcjami, a szczerość, jaka wtedy od niego emanowała była na swój sposób fascynująca. John był niby człowiekiem prostym, lecz w tym tkwiła zagadka jego pozornie zwyczajnej osoby. Sherlock jednak wiedział, że był wyjątkowy. Jako jedyny potrafił widzieć w młodszym Holmesie przyjaciela od samego początku ich znajomości, mimo że w zasadzie nic o nim nie wiedział. A rzeczy, których się nasłuchał od Donovan powinny go zniechęcić. Jednak został z nim. Trwał przy jego boku nieugięty. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem wtedy, że naprawdę żyję. Wcześniej wszystko było nijakie, raz na jakiś czas trafiała się lepsza sprawa, która wyrywała mnie z przeciętności. Zdarzało się wtedy, że nie brałem kokainy. Po pojawieniu się Johna też mi się zdarzało zażywać, lecz byłem wtedy bardziej świadomy rzeczywistości niż wcześniej, gdy większymi dawkami kolorowałem rutynę.
  Później pojawił się Moriarty. Zaprosił nas do rozgrywki, a potem omotał swoją misternie plecioną siecią zagadek, które często specjalnie dla detektywa urozmaicał. Sherlock zdołał się wtedy zatracić. Genialny i jednocześnie szalony kryminalista stał się jego małą obsesją. Watson, mimo tego wciąż postanowił przy nim być, choć momentami jego współlokator zdawał się go kompletnie nie zauważać. To było dla lekarza wojskowego gorsze niż przerywanie mu randek, o których detektyw wiedział. Zawsze kończyło się wtedy to tym, że rzucał wszystko i pojawiał się na każde zawołanie, które bardzo często było fałszywym alarmem. W końcu czy sprawą życia i śmierci można nie uważać wielkości słoika, do którego musi spróbować włożyć głowę, aby zrobić eksperyment? Według niego to było niezmiernie ważne. Później takie wezwania bardzo często nie przychodziły. Chciał sprawić, aby jego przyjaciel porzucił te chore gierki, które prowadził z królem półświatka przestępczego. Holmes jednak go nie posłuchał i skończyło się to tym, że teraz na Baker Street stoi jeden pusty fotel, a John patrząc na ten przedmiot z whisky w ręku obwinia się za upadek, do którego doprowadził go James Moriarty. Ten człowiek zabrał mu część duszy wraz ze skokiem Holmesa z dachu. Życie bez niego było dla Watsona takie puste. Pozbawione kolorów, wrażeń.
  Ukrywałem fakt, że przeżyłem sytuacje z dachu szpitala. Starałem się trzymać. W jednej chwili mogłem stracić wtedy Johna, każdego, na kim mi zależało, lecz myśl o utracie swego bloggera przeraziła mnie najmocniej. Poczułem ulgę, bo mojej domniemanej śmierci mój przyjaciel był bezpieczny. Moje serce złamało się po raz kolejny, gdy z ukrycia patrzył na swój własny pogrzeb. Świadomość, że będę musiał się nie wiadomo ile czasu nie pokazywać bliskim uderzyła we mnie wtedy z pełną mocą. To też stało się przyczyną mego nawrotu, bo od dłuższego czasu w zasadzie nie brałem. Po powrocie do swego tymczasowego lokum zażyłem więcej niż powinienem jeszcze raz. Opadłem na łóżko, tym razem nie znajdując radości w koniu z rogiem na czole, lecz w Johnie. Byliśmy tu razem. Śmialiśmy się i byliśmy szczęśliwi. Watson zastanawiał się, jaką dziś możemy dostać sprawę. Odpowiedziałem, że drobną. Zamknąłem oczy z uśmiechem na ustach.
  Mycroft Holmes siedział ze szklanką whisky w dłoni, grając w szachy z inspektorem Yardu, gdy zadzwonił jego telefon. Holmes odebrał, a chwilę później naczynie z trunkiem wyślizgnęło mu się z dłoni i roztrzaskało z hukiem o podłogę.

sobota, 26 grudnia 2015

Miniaturki.

Witajcie! Przybywam, z małą serią miniaturek. Starałam się napisać, choć jeden paring, który mi podsunęliście. Dziękuję Wam za to, bo wasz udział mobilizował mnie do stworzenia ich.
________________________


Tytuł: Syndrom sztokholmski.
Ship: Midam

 
  Trzy lata. Dokładnie tyle czasu upłynęło, gdy zostałem wtrącony w otchłanie Piekieł do klatki Diabła. Wytrzymałem tyle czasu z dwoma wściekłymi archaniołami. Byłem zabaweczką, pochłoniętego przez gniew Wodza Zastępów Niebieskich. Doskonale pamiętał tą żywą nienawiść w jego oczach, która stała się namacalna, gdy sfrustrowany stosował na mnie wymyślne tortury, od których nie raz z krzyku zdarłem sobie gardło. Początkowo szczerze nienawidziłem tego. Później do tego przywykłem. Teraz myślę, że to pokochałem. Od dłuższego czasu nic mi nie robił. Siedział w kącie naszej wspólnej celi, nie robiąc zupełnie nic. Denerwowało mnie to. Wolałem go władczego, przesyconego gniewem. Gotowego, aby siać zniszczenie. Poderwałem gwałtownie głowę, gdy nagle klatka wstrząsnęło. Zerknąłem na swoich współwięźniów, którzy wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. Z gardła mojego archanioła zaraz potem przeraźliwy wrzask. Spojrzałem na niego, gdy podniósł się z miejsca i odwrócił, w moją stronę. W zielonych oczach błyszczał tak dobrze znany mi gniew, lecz tym razem byłem w stanie doszukać się w nim jeszcze grama szaleństwa. Podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Musnął ledwie mój policzek opuszkami. A ja wtedy zacząłem się spalać. Czułem, jak ogień zaczął trawić moje stopy. Wrzasnąłem. Byłem jednak szczęśliwy. Wszystko wróciło do normy.

Tytuł: Archangel guardian.
Ship: Gabriel x Chuck


  Tak wiele czasu minęło, odkąd odszedłeś z Niebios, zamieszkując na Ziemi. Zostawiłeś swe idealne dzieci i przez długi czas nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujesz. Dopóki nie zacząłeś spisywać historii Winchesterów. Udało mi się ciebie odnaleźć. Wieczorem pojawiłem się przed twoim domem, skryty w mroku, patrzyłem jak piszesz, mając pod ręka szklankę z whisky. Jeśli wiedziałeś o mojej obecności, to w żaden sposób na nią nie reagowałeś.
  Pewnej chłodnej nocy zacząłem się zastanawiać, czy cię jeszcze obchodzimy. Obserwując twe obecne życie zacząłem mieć wątpliwości. Byłem twoim synem i dawne wspomnienia z czasów, gdy byliśmy rodziną odżyły. A teraz? Nawet nie potrzebowałeś nas. Wolałeś siedzieć na tej planecie w samotności. Nie mogłem tego zrozumieć, choć bardzo tego chciałem.
  Zdziwiło mnie, gdy pewnego razu wyszedłeś przed dom i zacząłeś iść w moim kierunku. Myślałem, że mi się wydaje, lecz tak nie było. W końcu zatrzymałeś się przede mną, a ja nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić. Spuściłem głowę w dół, czując się niegodnym, abyś stał przede mną.
- Gabrielu, podnieś głowę - usłyszałem tak dobrze znany sobie głos, a tak dawno nie słyszany. Wykonałem polecenie, wpatrując się w twarz Stwórcy. Widząc znajomą łagodność malującą się na jego obliczu, podszedłem i przytuliłem się ufnie. Z potężnego archanioła tylko przy nim byłem, niczym zagubione dziecko, mające swoje słabości. Przymknąłem oczy, czując jak mnie obejmuje. Czułem się bezpiecznie.
- Nie zostawiaj mnie już nigdy, tato - wyszeptałem. Nie chciałem odczuć jego starty po raz kolejny. Po chwili dostałem odpowiedź, której postanowiłem zaufać.
- Nie zostawię cię, Gabrielu.

Tytuł: Piekielny Kusiciel
Ship: John x Azazel

 
 Od dnia, w którym zginęła moja żona, co dzień śniłem koszmary, widząc jak ogień ją pochłania i gdy uciekłem z płonącego domu. Widziałem, przez chwilę postać stojącą w oknie, obserwującą mnie złotymi ślepiami. W końcu poznałem istotę, która zabiła moją żonę. Tym razem również poznałem go we śnie. Przedstawił mi się, jako Azazel i wyjaśnił wszystko. Początkowo nie potrafiłem uwierzyć jego słowom. W końcu był demonem. Nienawidziłem go, stałem się przez to łowcą, niszcząc różne nadprzyrodzone szkarady. Przez jakiś czas nie miałem z nim kontaktu. W końcu powróciły sny. Nie wiem nawet kiedy, ale zacząłem prowadzić z nim normalne rozmowy. Zdarzało mu się nawet udzielanie mi rad. Moja nienawiść zaczęła stopniowo zanikać, ale nie mogłem porzucić raz obiecanej zemsty. Odwlekałem ten moment, jak tylko mogłem. Polubiłem tego podstępnego demona. Nie chciałem tego przed sobą przyznać, ale przywiązałem się do jego ciągłych odwiedzin, jako nocne mary. Pewnego dnia jednak zmusiłem go, aby odszedł, przywdziewając maskę nienawiści, każąc mu się wynosić, w końcu miałem zamiar go zabić. Udało mi się. Odszedł, posyłając mi jedynie cwany uśmieszek. Zapadanie w sen jednak już nigdy nie było takie samo.

Tytuł: Stara miłość nie rdzewieje.
Ship: Mystrade. 

 
  Dawno temu Mycroft Holmes i Gregory chodzili do jednej szkoły, w której się poznali. Od tego czasu spędzali ze sobą wiele chwil, a ich więź się rozwinęła na tyle, że stali się kochankami. Sielankę ich życia przerwało nagłe odejście Mycrofta ze szkoły. Zniknął z dnia na dzień, bez słowa pożegnania. Od tej pory się nie spotkali. Aż do teraz. Minęło tyle lat, lecz go poznał. Wysiadł z samochodu, podchodząc do Sherlocka i o czymś z nim rozmawiając. Przez chwilę Gregowi zdawało się, że go zauważył, choć nie był pewien, gdyż starszy Holmes wydawał się pochłonięty prowadzoną konwersacją. Obecny inspektor Yardu przestał się wpatrywać w Mycrofta, starając się wrócić zainteresowaniem do swoich obowiązków. Widok jego dawnej miłości jednak coś w nim poruszył.
  Od czasu tej akcji nie widział Mycrofta przez dłuższy okres, dopóki pewnego dnia osobiście nie przekroczył progu jego gabinetu. Gdy uniósł wzrok na swojego gościa zaniemówił, choć jeszcze sekundę temu chciał udzielić reprymendy,  że się puka. Holmes podszedł do jego biurka i oparł na nim dłonie. Nim inspektor zdążył otworzyć usta, usłyszał pytanie;
- Wciąż mnie kochasz?
Lestrade milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w jego oczy. W ostatnim czasie, gdy po tak długim okresie rozłąki zobaczył go po raz pierwszy, jego dawne, wydawało się zapomniane uczucia odżyły. Wiedząc, że stojący przed nim mężczyzna jest poważny, wydusił z siebie ciche tak. Wtedy Mycroft pochylił się i złączył ich usta w pocałunku. Greg już wtedy wiedział, że nie tylko on tęsknił.

Tytuł: ''When God is gone and the Devil takes hold''
Ship: Samifer

 
  Modlił się codziennie. Jednak jego modlitwy nigdy nie spotkały się z odpowiedzią od Boga. Był tylko Szatan. Zawsze przy nim czuwał. Zrozumiał to dość późno, gdy odebrano mu Upadłego. Dla Sama nigdy nie było Boga. Był tylko Niosący Światło, który chciał go posiąść. Wskazać przeznaczenie, wziąć we władanie. Teraz nie czuł jego obecności. A był gotowy oddać mu teraz wszystko. Całego siebie. Przymknął oczy. Uchylił je chwilę później, gdy drzwi od pokoju otworzyły się ze skrzypnięciem. Jego źrenica rozszerzyły się, w niemym szoku, gdy ujrzał postać, która stała w progu.
- Lucyfer - wyszeptał, wyciągając w jego stronę dłonie.
- Sam Winchester. Tęskniłeś? - spytał, z bezczelnym uśmieszkiem malującym się na jego twarzy. Łowca już wtedy wiedział, że to będzie niezapomniana noc. W końcu miał swego Boga.

Tytuł: Dwie strony medalu.
Ship: James Moriarty x Mycroft Holmes. 

 
  Ciemność nie może istnieć bez światłości. To jest idealna równowaga. On był po stronie aniołów, skąpany w światłości, lecz nosił w sobie mrok. Rząd Brytyjski, z którym igrał. Stali po przeciwnych stronach barykady, lecz i światłość potrzebuje mroku, nie tylko tego własnego. Właśnie dlatego ich wspólna przygoda rozpoczęła się, gdy Mycroft Holmes pod osłoną nocy odwiedził Jamesa Moriart'ego. Oddawał mu swoje światło, pragnąć skrawka jego ciemności. Każdej nocy, w której go odwiedzał, widział błysk w oczach tego przebiegłego zbrodniarza. Zawsze wtedy myślał, że wygląda pięknie. Ciemność z namiastką światła. To wszystko kończyło się, gdy zaczynał budzić się świt, a gorąco nocy zdążyło prysnąć. Holmes wychodził i znów dla świata byli przeciwnikami.

Tytuł: Nauczę cię kochać po ludzku.
Ship: Michał x Gabriel.


   Po Upadku swego ucznia i brata cierpiał. Lucyfer zdradził ich wszystkich. Czuł, że zawiódł nie tylko Ojca, ale i całe Niebiosa. W końcu to on go wychował. Unikał każdego od kilku dni. Siedział i rozmyślał, gdzie mógł popełnić błąd, zastanawiając się, dlaczego go stracił. Odwrócił głowę, gdy poczuł ciepłą dłoń na ramieniu, napotykając brązowe tęczówki młodszego brata. Wtedy też zdał sobie sprawę, że Gabriel też bardzo cierpi, w końcu to był jego opiekun. Jednak na zewnątrz pozostawał silny. Michał tego dnia postanowił go chronić i dobrze nim opiekować. Nie chciał, by ktoś go znów zranił. Chciał, aby najmłodszy archanioł wciąż się śmiał i nie zmienił. Ten cel podniósł na nogi Michała.
   Opiekował się nim, jak najlepiej mógł, będąc jednocześnie głową Niebios. Znosił jego psikusy, wsłuchiwał w jego śmiech, aż pewnego dnia Gabriel przeniósł się na Ziemię. Zaczął żyć wśród ludzi, którymi Michał tak otwarcie gardził. Próbował nie tęsknić za nieznośnym bratem, dzięki któremu Niebiosa tętniły życiem bardziej niż zwykle, za sprawą jego sztuczek. Starał się skupić na byciu dobrym synem.
   Był zaskoczony, gdy pewnego dnia Gabriel wrócił i z łobuzierskim uśmieszkiem na ustach oznajmił:
- Nauczę cię kochać po ludzku.
Michał nie zdołał nawet wnieść sprzeciwu, bo najmłodszy archanioł zatkał mu usta swoimi własnymi. Wicekról Niebios po chwili uznał, że to co robi jest przyjemne i spróbował się dostosować. Poddał się z tą myślą lekcji Gabriela, którą w przyszłości powtórzą jeszcze nie raz.

piątek, 3 lipca 2015

Wszędzie, a zarazem nigdzie.

  Obiecał, że wróci. Mówił, że będzie na siebie uważał. Zaufałem mu, choć nie chciałem go puszczać samego. A teraz go nie ma. Nie ma jedynej w świecie osoby, która zdołała roztopić me zlodowaciałe serce i pokazać czym jest szczęście. Moim szczęściem nazwałbym tylko jego osobę. Schowałem twarz w dłoniach, wzdychając ciężko. Czułem się oszołomiony, nie potrafiłem przyjąć tej tragicznej wiadomości. Mój umysł znając prawdę i tak ją wypierał. Czy Bóg, jeśli istnieje mści się na mnie w ten sposób za różne niekoniecznie dobre czyny, dając mi poczuć szczęście, by je niespodziewanie odebrać? Pokręciłem głową gwałtownie, co za głupota, by mieszać w to Boga, którego istnienia nigdy nie uznawałem. Widocznie mi szczęście nigdy nie było pisane, więc gdy je pochwyciłem zostało mi nagle odebrane. Po tej wieści nie mogłem skupić się na pracy. Udałem się do swego pokoju i położyłem na łóżku. Zaciągnąłem się twoim zapachem, który jeszcze na niej pozostał. Bo jeszcze dziś rano obudziłem się przy tobie. Odetchnąłem głęboko, po raz pierwszy w życiu pozwalając sobie na taką słabość, jaką był płacz.
  - Wszystko z tobą w porządku? - spytał Sherlock, przyglądając się mi badawczo.
- Tak. Jest ze mną wszystko dobrze
- Lestrade... - zaczął mój młodszy braciszek, lecz mu gwałtownie przerwałem - Zmień temat, ze mną jest naprawdę w porządku i nie musisz mnie sprawdzać. Do tego przyszedłem do ciebie w innej, ważniejszej sprawie - odparłem ze złością, iż naprawdę próbował coś takiego zrobić. Przeprosił mnie i nasza rozmowa przybrała swój dawny wygląd, gdzie dokazywaliśmy sobie nawzajem. Czułem ulgę, bo wyglądało na to, że nie domyślił się mojego kłamstwa. Tak naprawdę nic nie było dobrze. Cały Londyn przypominał mi ciebie. Siedząc w swojej rezydencji w fotelu miałem przed oczami ciebie, gdy spędzaliśmy tam razem czas. Cały mój świat przepełnił się tobą, ale to nie koiło. Bo materialnego ciebie już nie było. Zachowywałem się niczym masochista, chodząc w miejsca, w których się spotykaliśmy. Przypominając sobie twój ton głosu na nowo, uśmiech, który bardzo często mnie radował. Bałem się zapomnieć o tobie, ale też nie mogłem żyć bez ciebie. Skupianie się na pracy było dla mnie po raz pierwszy ciężarem. Z czasem trzymanie się kurczowo wspomnień przestało mi wystarczać.
  Spojrzałem na broń, którą trzymałem w ręku, siedząc na łóżku. Byłem zdecydowany. Ostatni czas pokazał mi wyraźnie, że bez ciebie moje życie nie będzie mieć sensu. Nie jestem też w stanie wrócić do mojej lodowej powłoki, która chroniła moje serce, zanim się jej pozbyłeś. Odłożyłem na chwilę broń i wyciągnąłem telefon. Wystukałem krótką wiadomość: Przepraszam. MH
  Odłożyłem telefon i ponownie wziąłem broń, kierując ją na siebie. Strzeliłem, mając nadzieję na ponowne spotkanie ciebie, Greg.
________________________
Takie krótkie coś. Inspirowane tym filmikiem:
https://www.youtube.com/watch?v=VD-reMEz510
Chciałam poinformować, że nie mam pojęcia czy w tym miesiącu uda mi się jeszcze coś wrzucić, bo ze względu na zbliżający wyjazd nie będę miała możliwości wrzucania czegokolwiek.