Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TobiIzu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TobiIzu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Zjednoczenie

 Witajcie! 

Przybywam dziś z drugą częścią ,,Zaświatów''

Są tu jacyś fani Resident Evil? 

Bo następna notka będzie shotem z tego uniwersum i na pewno pójdzie mi szybciej niż w przypadku tego shota, bo mam już to napisane na komputerze. Mam nadzieję, że nie będzie tu jakiś rażących błędów, bo trochę się odzwyczaiłam od publikacji i moja klawiatura czasem mnie irytuje.

_____________________________________________________

  Tobirama po powrocie do świata umarłych miał nadzieję, że nie zezłościł swojego towarzysza, gdy podczas rozmowy nagle zniknął, zostając wskrzeszonym w świecie żywych. W tamtym momencie myśl, że ktoś używa jego techniki była na samym końcu listy rzeczy, które mogły się dziać. To miejsce nawet dla niego, pomimo długiego pobytu tutaj wciąż pozostawało zagadką. W tym miejscu wydawały się nie istnieć żadne prawa. Na swój sposób było to przerażające. Jego dusza istniała w miejscu zupełnie dzikim i niezrozumiałym. Nie miał tu pewności do niczego. Jedyną sprawdzoną wiedzą o tym miejscu było to, że miał zdolność tworzenia własnego małego raju.

Nie mógł przewidzieć czy jak czegoś by tu nie zrobił złego lub złamał jakąś nieznaną zasadę, to na przykład jego dusza nie zostanie gdzieś przeniesiona lub unicestwiona.

Zastanawiał się nad tym, gdy kierował się do miejsca, gdzie powinien znaleźć osobę, którą wcześniej niespodziewanie opuścił. Nie mylił się. Widział już z daleka sylwetkę postaci siedzącej w ogrodowej altance. W zasadzie rzadko widywał go w innym miejscu niż tutaj. 

  Otworzył drzwiczki ogrodzenia i podszedł bezszelestnie do właściciela tego miejsca, który wyraźnie go nie usłyszał ani nie zauważył, bo wciąż siedział nieruchomo, wpatrując w jakiś punkt gdzieś w oddali.

- Czego tak wypatrujesz? - zapytał, przerywając ciszę.

Brunet wzdrygnął się lekko zaskoczony, odwracając w kierunku Senju.

- Ty się tak zakradasz, że mnie w końcu wystraszysz na śmierć – rzucił oburzony.

- Nie wiem czy wiesz, ale bardziej niż jesteśmy martwi to chyba być się nie da – zauważył złośliwie.

- Być może. Będąc tu nauczyłem się jednak, że nic nie jest pewne – wzruszył ramionami. - Miałem okazje w końcu mieć nawet znikającego rozmówcę – dodał, patrząc na towarzysza znacząco.

Tobirama westchnął na te słowa. Spodziewał się, że prawdopodobnie będzie o to zły.

- To nie było zależne ode mnie – zaczął, czując się zobowiązany do wyjaśnień otaksowany spojrzeniem, które wyraźnie sugerowało, że brunet nie za bardzo mu w to teraz wierzył.

- Pamiętasz, gdy opowiadałem ci o technice, którą stworzyłem pozwalającej wskrzeszać zmarłych? - zapytał, a dostając w odpowiedzi potaknięcie głową kontynuował: - To właśnie za jej pomoca zostałem wezwany do świata żywych – dodał.

- A w jakim celu? - Izuna uniósł pytająco brew, gdy Senju nagle spochmurniał.

- Zostałem pierwotnie wraz zresztą kage wezwany, aby odpowiedzieć na pytania zagubionego Uchihy, a później skończyło się na dołączeniu do wojny przeciwko Madarze – opowiedział niechętnie w dużym skrócie przebieg wydarzeń.

Żałował tych słów, widząc jak szok i niedowierzanie na twarzy Izuny zastępuje ból w spojrzeniu i niewypowiedziany żal. Był świadomy tego, że odkąd został martwy aż do dziś się z bratem tu nie odnalazł, lecz wciąż miał na to spotkanie nadzieję i czekał, siedząc w tej altanie i wypatrując.

- Czyli on cały czas żyje? Został nieśmiertelny?

- Nie, został powołany do życia na potrzeby tej wojny – powiedział i podszedł do niego, aby go objąć i przyciągnąć do siebie. - Nie wiem, dlaczego przez ten czas nie nawiązywał z tobą kontaktu, ale miejmy nadzieję, że wkrótce to naprawi – stwierdził, gładząc go lekko po ramieniu.

Ironią losu było to, że on co przyczynił się do śmierci Uchihy wcześniej poukładał sobie z nim wszystkie sprawy. Miał dość czasu na to, aby naprawić tą relacje. Tutaj żaden z nich nie musiał już o nic walczyć. Poznali się jako ludzie, a nie wrogowie. Zaczęli się ze sobą dobrze bawić. Sam nie spodziewał się by to wszystko mogło przyjąć taki obrót, gdzie będzie mu na brunecie zależało.

Nie sądził, aby kiedykolwiek nie mógł nie znosić czyjegoś widoku, gdy był smutny. Tak jednak miał z Izuną. Zdecydowanie wolał, gdy ten się uśmiechał.

- Chciałbym, żeby to naprawił. A może o mnie zapomniał? Nic z tego nie rozumiem – przyznał z zawodem, opierając głową o ramię jasnowłosego.

- Na pewno o tobie nie zapomniał. Nawet ja wiem, że wiele dla niego znaczysz – uznał, bo właśnie utrata Izuny była dla starszego z braci ostatnim zapalnikiem, który pogrążył go w gniewie i nienawiści. A on sam po części się do tego przyczynił poważnie raniąc młodszego Uchihę, co doprowadziło do jego późniejszej śmierci.  

Pamiętał, że zdziwił go brak Izuny, gdy kolejny raz ich klany się spotkały na polu bitwy. Zapytał Madarę wtedy, gdzie on jest i usłyszał, że go zabił. Zaskoczyło go to, bo mierzyli się ze sobą latami i jakby tak naprawdę chcieli walczyć na śmierć i życie już dawno jeden z nich byłby martwy.

Obaj jednak w tych starciach chyba zbyt dobrze się ze sobą bawili, mając przed sobą godnego przeciwnika. Mierzenie się z kimś, gdzie nie będzie łatwo, a nie należał do rodziny i traktował cię poważnie było dobrą odskocznią od zwykłych sparingów. Mogło bardziej rozwinąć umiejętności.

No i nigdy by tego nie przyznał, ale te wojenne spotkania dawały mu wtedy jakąś namiastkę radości, którą sam sobie odebrał.

- Tobirama? Halo, tu ziemia, a może niebo? Sam nie wiem jak mam określić to miejsce – rzucił Izuna, machając mu dłonią przed twarzą.

- Słucham? - Senju spojrzał na niego, unosząc lekko brwi.

- Odpłynąłeś – powiedział z pretensją, odsuwając się i zakładając ramiona na piersi mierzył go oskarżycielskim spojrzeniem. - No i miałeś znowu ta minę – dodał po chwili.

- Jaką minę? - zainteresował się, przechylając głowę w bok.

- Nie rżnij głupa. Doskonale wiesz, co mam na myśli – oburzył się – Minę stuletniego żałobnika, który nie umie sobie wybaczyć, choć nawet jego ofiara dawno to zrobiła i on to doskonale wie.

- Wcale nie mam takiej miny! - zaprzeczył niemal natychmiast. - Ja sobie to dawno wybaczyłem, więc nie przesadzaj. Nie udawaj, że czytasz mi w myślach, bo ci to nie wychodzi – stwierdził, starając się swoją postawą poddać jego słuszne wnioski w wątpliwość. Nawet jeśli mało prawdopodobne było, że to na niego skutecznie zadziała.

- Oczywiście, ciebie jak zwykle nigdy nic nie gryzie, a nawet jeśli to będę upartym osłem i zaprzeczał – Wywrócił oczami. - Na mnie te numery nie działają. Za dobrze cię znam – stwierdził, patrząc mu w oczy i stuknął go palcem w mostek.

  Tobirama miał już mu odpyskować, ale kątem oka zauważył zarys sylwetki z kierunku, z którego wcześniej wypatrywał możliwych gości Izuna.

- Mamy towarzystwo – odezwał się, zwracając swoje spojrzenie w tamtą stronę.

Okazało się, że zamiast jednej osoby zmierzały do nich dwie. Byli na tyle charakterystyczni, że od razu ich poznał. Spojrzał na Izunę, który najwyraźniej też się domyślał kogo niesie.

- To naprawdę? - Uchiha spojrzał na Tobiramę, nie będąc w stanie rozwinąć tego zdania do końca.

Wiedział jednak, ze ten zrozumie co miał na myśli przez te dwa słowa.

- Tak. Doczekałeś się – przyznał i przez moment ledwo zauważalnie uśmiechnął.

Brunet kiwnął lekko głową i znów zwrócił wzrok na dwójkę przybyszów, którzy byli już na tyle blisko, aby był w stanie dojrzeć ich twarze. Czekał na to tyle czasu. Miał ochotę jednocześnie przytulić starszego brata jak i zacząć na niego wrzeszczeć, że przyszedł tak późno. Czuł się przez to nieco rozdarty. Jego emocje były tak ze sobą zmieszane, że nie miał do końca pojęcia jak to wszystko w tym momencie odbiera.

Ruszył jednak w kierunku swojego brata i Hashiramy. W pierwszej chwili przylgnął do starszego z rodzeństwa mocno, upewniając się tym samym, że to nie był żaden sen tylko rzeczywistość. Moment później walnął mu z pięści w brzuch, żeby zaraz wciąż się do niego przytulać, jakby zupełnie nic takiego nie zrobił. Lekkie zgięcie się i tłumiony jęk bólu były jednak wystarczającym dowodem, że odczuł to jak powinien.

- To za ten cały czas oczekiwania – oznajmił to tak lekkim tonem, jakby tłumaczył dziecku, że ptaki latają, a nie biegają po niebie.

Tobirama za to uważał, że taka jego tonacja ma w sobie jakąś złowieszczą nutę.

- Przepraszam i należało mi się – przyznał, spoglądając na Izunę dopiero teraz nabierając odwagi, aby go objąć chociaż i tak w tym geście było wiele niepewności. Teraz dosadnie odczuwał jak bardzo obawiał się tego spotkania. Nie miał nawet pojęcia jak mu to wszystko wyjaśnić. W głowie niejednokrotnie odbywał przemowy, jakie mógłby wygłosić, gdy wreszcie będzie mógł go zobaczyć. Aktualnie słowa jak na złość więzły mu w gardle. Miał wrażenie, jakby nagle został niemową, a jednocześnie chciałby mu przekazać tak wiele. Ubrać w stosowne słowa odczucia, które władały nim teraz i te, których doświadczył dużo wcześniej. Była jednak rzecz, którą był w stanie mu szczerze powiedzieć.

- Tęskniłem za tobą – przyznał cicho.

- Ja też, mimo że jesteś okropny, bo tyle zwlekałeś z odwiedzeniem mnie – stwierdził, robiąc przy tym naburmuszoną minę.

Tobirama przyglądając się tej scenie pokręcił głową, uśmiechając pod nosem. Widział doskonale, że Izuna trochę się złościł na starszego brata, ale jednocześnie przez to wyczekiwane spotkanie był szczęśliwy. On sam patrząc na niego miał wrażenie, jakby dzielił tą radość razem z nim, mimo że z Madarą za sobą nie przepadali.

Hashirama przyglądał się badawczo od dłuższej chwili młodszemu bratu.

- U ciebie oznak radości się nie spodziewałem – zaczepił go, nie dodając, że były to wręcz mikro zmiany w jego mimice, które tylko on był w stanie po wnikliwszej analizie wyłapać. Niech się pomartwi, że stał się bardziej ekspresywny.

Młodszy Senju uraczył brata bardzo wymownym, morderczym spojrzeniem.

- Jakiej radości? Ty chyba nie dowidzisz, lepiej sobie okulary kup – stwierdził, splatając ręce na piersi i wciąż łypiąc na swojego rozmówce złowrogo.

- Oj nie wstydź się tego, bo dobrze widzę – zaśmiał się. - Przyznaj się, że cieszy cię jego szczęście – dodał po chwili z uśmiechem, który wydał się Tobiramie podejrzany.

- Czemu ci na potwierdzeniu twoich urojeń tak bardzo zależy? - zapytał, chcąc wiedzieć jakich możliwie głupich pomysłów z jego strony mógł się spodziewać. Zwykle, gdy ten się na coś upierał z przekonaniem, że mu pomaga i robi to dla jego dobra kończyło się to katastrofą. Wolał mieć świadomość jakiego rodzaju kataklizmu się spodziewać.

- To nie są żadne moje urojenia – oburzył się. - Ja tu chce nauczyć cię, jak być bardziej otwartym. Przyda to się dla ciebie by powiedzieć komuś coś milszego zamiast wiecznego dogryzania, nie uważasz? - zapytał, spoglądając na niego znacząco.

 - Nie uważam tak wcale. Daje sobie bardzo dobrze radę, może ty popracuj u siebie nad tym, że jesteś przesadnie ekspresywny – podsunął ze złośliwym uśmiechem.

On był zdecydowanie ostatnia osobą, od której chciałby się w takiej kwestii czegoś uczyć. Miał tylko nadzieję, że nie wpadnie mu później żaden głupi pomysł do głowy.

- Nie jestem w niczym przesadny. Ty za to jesteś wiecznie naburmuszony – wytknął mu, gdy do głowy wpadł mu świetny pomysł, przez co automatycznie stracił chęć do dalszym przekomarzanek z młodszym bratem. - Ej wybaczcie, że pewnie wam przeszkadzam w wyjaśnieniu sobie różnych spraw – zwrócił się do Uchihów, którzy stali przed sobą i do tej pory prowadzili jakąś rozmowę, zanim zwrócił na siebie uwagę. - Może zmienimy miejsce na bardziej rozrywkowe? W końcu mamy co świętować – zaproponował.

- A tu jest źle i nie można świętować? - spytał Izuna spokojnym tonem, ale starszy Senju wyczuwał w nim jakąś nieprzyjemną nutę, którą czuł, że musi załagodzić. - Tu jest w porządku, ale myślę, że ciekawiej będzie pokazać Madarze ten świat. Do tej pory nie wychodził poza swoje cztery kąty.

- Rozumiem. W takim razie chodźmy – stwierdził i skierował się do sporej ozdobnej bramy.

Szatyn poczuł ulgę, bo przestała być między nim atmosfera, jakby prawie doprowadzał do jakiejś urazy pana tego miejsca.

Izuna otworzył bramę dużym, ozdobnym kluczem.

- Nie wygląda to zachęcająco – skomentował Madara, widząc wszechobecną biel po drugiej stronie.

- Przesadzasz – uznał z uśmiechem Izuna, nie dając bratu czasu na zaprzeczenie złapał go za rękę, ciągnąć za sobą w biel.

Hashirama poszedł za nimi, a Tobirama zamykał pochód.

   Madara, gdy został podstępnym wciągnięty do mlecznej otchłani nie spodziewał się, że nagle znajdzie się w mieście. Nie było ono jednak zwyczajne, bo wyraźnie było różną przestrzeń wieków.

Od malutkich cudacznie wyglądających straganików po solidne budynki. Ery mieszały się również, gdy przyglądało się wędrującym w swoje strony duszom. Omiótł to miejsce wzrokiem zafascynowany i zszokowany.

- Dlaczego tutaj każdy ma swoją samotnie, a jednocześnie istnieje coś takiego? - zapytał, spoglądając na swoich towarzyszy.

Nie miał za bardzo pojęcia jak miał nazwać miejsce, w którym się znaleźli. 

- Witaj w Mieście Dusz – rzucił Izuna, przyglądając się życiu tutaj z uśmiechem. - To akurat z opowieści wiem, że stworzyły same dusze – przyznał, nie kryjąc pewnego podziwu w głosie. - W każdym razie to niesamowite, że tutaj każdy niezależnie od statusu za życia jest sobie równy. Nie ma znaczenia czy byłeś szlachcicem czy chłopem. Szkoda tylko, że do takich zjednoczeń potrzeba śmierci – dodał, przymrużając oczy.

- Poprzednie życie nie mające żadnego znaczenia. Nie każdemu chyba było łatwo się dostosować? - spytał i zamyślił nad tą kwestią.

- Nie jest trudno, jeżeli przez swoje podejście nie chcesz być przez wieczność sam – uznał młodszy Uchiha z promiennym uśmiechem. - Nie każdy mu mieć tu wstęp – dodał.

- A są tacy, co nie mają?

- Według tego co inni mówią, to zapisało się trochę wygnańców – przyznał, wzruszając ramionami. - Koniec jednak tej lekcji historii. Przyszliśmy tu w zupełnie innym celu – zauważył i skierował do knajpy, w której mogli liczyć na spędzenie wspólnie czasu w osobnym pomieszczeniu.

Madara podążał za bratem, a za nim z kolei pozostała dwójka ich towarzyszy. Rozglądał się zaciekawiony tym miejscem, które nawet dla niego miało w sobie coś niesamowitego przez swoją różnorodność. Nie potrafił pojąć jak to wszystko funkcjonuje w takiej harmonii. Nie dostrzegł między mieszkańcami żadnych kłótni, sporów ani bardziej groźnych konfliktów. Dla człowieka urodzonego w okresie ciągłych wojen między shinobi to był raj. Marzenie, które pragnął osiągnąć za życia dostał po śmierci. 

   W końcu dotarli do lokalu, gdzie zamówili zarówno jedzenie jak i alkohol, po czym udali się do wyznaczonego im prywatnego pomieszczenia, na którego środku stał stolik i cztery wygodne krzesła. Zamówienie swoje dostali też dość szybko.

Madara zastanawiał się jakimi nadprzyrodzonymi możliwościami dysponowali, aby służyć tak błyskawicznie. Przestał się nad tym rozwodzić, gdy Hashirama rozlał im trunek do czarek i postanowił wznieść toast.

- Za przyjaźń i ponowne zjednoczenie! - starał się oznajmić to patetycznie, ale w oczach starszego Uchihy wyglądał jak dzieciak, co stara się wyglądać dumnie celując patykiem w niebo.

Zgodził się jednak na ten toast i stuknęli się czarkami. Wzięli się później do jedzenia rozmawiając na różne tematy. W większości starali się przybliżyć to miejsce Madarze i przekazać rzeczy, które powinien wiedzieć. Izuna tez dyskretnie podsuwał bratu alkohol uzupełniając mu czarkę. 

Hashirama zdążył się dostatecznie wstawić sam, snując im z nadmierną ekscytacją opowieści o jakiś głupotach. Drugi z braci Senju wciąż dobrze się trzymał i obserwował upijanie przez swojego ukochanego starszego Uchihy. Nie wiedział co on planuje, ale miał do tego złe przeczucia.

Zwrócił uwagę na obiekt swoich rozmyślań, a gdy ten spojrzał w jego kierunku uniósł pytająco brew. Izuna domyślał się, że Tobirama zorientował się co robił. Posłał mu jedynie iście niewinny uśmiech przesycony słodyczą. Jego prawdopodobnie nie uda mu się rozluźnić procentami, a wtedy byłoby łatwiej. No trudno. Z tą myślą zaczął sam w siebie wlewać rozluźniającą i rozgrzewająca amnestię. Nie miał zamiaru dochodzić do stanu zapomnienia, ale rozluźnić na pewno się potrzebował. Inaczej nie zrobiłby tego co planował. Senju był zdziwiony jego reakcją. Naprzód przybrał maskę uroczego niewiniątka, aby zaraz potem zacząć się upijać. Nic z tego nie rozumiał i czuł się z tym nieswojo. 

- Bracie mam ci coś ważnego do przekazania – zaczął Izuna tuż po tym jak opróżnił butelkę.

Madara spojrzał w kierunku swojego rodzeństwa, starając się odsuwać od siebie Hashiramę, któremu wzięło się na rozckliwianie i właśnie próbował go wziąć w swoje ramiona, by rozprawiać nad tym jak bardzo za nim tęsknił.

- Co takiego?

Młodszy Uchiha odetchnął, starając się samego siebie przekonać, że wszystko się ułoży. Zresztą już nie mógł się wycofać, bo podjął temat.

- Chciałem ci przedstawić mojego partnera – oznajmił i wskazał dłonią Tobiramę, do którego boku się po chwili przytulił z uśmiechem na ustach. - Mam nadzieję, że będziecie się starać dogadać – dodał, bo znał ich wzajemne podejście do siebie.

Nie wymagał od nich wzajemnego nagle lubienia się. Liczył tylko na obopólną akceptację. 

Madara spojrzał na nich w nieskrywanym szoku.

- Że co? - rzucił, przestając się bronić przed napierającym do tej pory Hashiramą na niego.

Pozwolił zamknąć się mu w objęciach, nie reagując na to w żaden sposób.

- To co powiedziałem. Nie będę się powtarzać – oznajmił chłodno, aby zaraz z uroczym uśmiechem pocałować swojego ukochanego w policzek.

Tobirama spojrzał na niego spięty, bo nie spodziewał się tego przedstawienia. Do tego czuł, że brunet prowokuje swojego starszego brata, a on byłby tym, któremu może się za to oberwać.

- Ten człowiek cię zabił, a teraz mówisz mi, że jesteście parą? - zapytał nadal nie mogąc w to wszystko uwierzyć.

- Dokładnie tak – potwierdził, odsuwając się od białowłosego i prostując dumnie. - Wybaczyłem mu to. Zresztą sam chciał naprawić swoje winy. Mieliśmy na to bardzo dużo czasu, aż sprawy przywiodły nas do takiego momentu – wyjaśnił, nie wchodząc w zbytnie szczegóły ich historii.

Starszy Uchiha nie czuł się przekonany tym wyjaśnieniem. Wbił uporczywe spojrzenie w jasnowłosego.

- Izuna mówi prawdę. Oboje są szczęśliwi, a to jest dla ciebie ważne, nie? - wtrącił się Hashirama, który do tej pory go wręcz zgniatał w swoich objęciach, co brunet ignorował.

Zastanowił się nad jego sowami. Oczywiście, że pragnął dla niego szczęścia i oglądania jego szczerego uśmiechu kwitnącego na ustach. Z drugiej jednak strony czy ten człowiek, którego tyle czasu nienawidził za odebranie mu ostatniej ukochanej osoby mógł tak bardzo się zmienić?

Nie ufał mu, ale będzie musiał sam się przekonać. A do tego potrzeba było czasu.

- W porządku. Jeśli Tobirama daje ci szczęście, to zaakceptuje go – przyznał i widząc ożywienie młodszego brata gestem nakazał mu milczeć. Jeszcze nie skończył.

- Będę jednak cię obserwował i jeśli go znowu skrzywdzisz, to ci nie daruję – oznajmił młodszemu Senju.

Białowłosy nie spodziewał się takiej decyzji. Szykował się prędzej na jakiś rodzaj armagedonu.

Czuł się jednak z nią dobrze i znanie jego stanowiska odnośnie ich relacji przyniosło mu jakąś ulgę.

- W porządku. Obserwuj, a ja będę pracował nad tym, abyś uwierzył w moje czyste intencje.

Zrozumiał jak bardzo mu na Izunie zależy.

- Dobrze – zgodził się, a w tym momencie do uwieszonego na nim Hashiramy dołączył jego młodszy brat.

- Dziękuje – zaświergotał mu Izuna radośnie do ucha.

Tobirama nie powstrzymał się od lekkiego uśmiechu, widząc zbolałą minę Madary. Teraz zostało im tylko kreować przyszłość, której za życia nie mieli.

piątek, 26 maja 2023

Zaświaty

 Witajcie!

Wróciłam po przerwie podczas której kończyłam Obiekt. To niżej to pierwsza część shota, który będzie miał jeszcze swoją drugą część, zanim zacznę wrzucać Obiekt dalej.

_____________________________________________________

  Madara wracając do krainy dusz trzymał w pamięci słowa Hashiramy o wspólnym piciu, jako kumple wojenni. Po raz pierwszy czuł obawę, że mimo tej obietnicy będzie tam zupełnie sam. Gdy umarł po raz pierwszy nie było to problemem. Sam skazał się na izolację, ucząc się wpływać na swój pośmiertny świat. Nie szukał nawet możliwości odnalezienia Izuny, biorąc sobie za priorytet czekanie na powrót do żywych. Pragnął za wszelką cenę spełnić to marzenie. Odnalezienie za to bliskich mu osób w zaświatach mogło zachwiać jego wolą.

  Obecnie jednak znów musiał tu wrócić, bo los dobitnie mu pokazał, że był naiwnym wizjonerem i pionkiem. Jego droga znów okazała się niesłuszna. Zaskoczyło go to, że jego miejsce tu wyglądało tak jak je zostawił. Był tu dom prawie przypominający jego rodzinny, znajdujący się przy rzece, której szum przerywał panującą tu ciszę. Po jej drugiej stronie ciągnął się las, a za to od strony domu była się polana. Ciągle wszystko było pogrążone w półmroku, którą wraz ze świetlikami rozświetlał krwistoczerwony księżyc w pełni. Spojrzał na płynący wartkim potokiem strumień, który miał przybraną czerwoną barwę. Dźwięk rwącej wody działał na niego uspokajająco i wręcz kojąco. Zaczął się zastanawiać jak mógłby się do kogokolwiek z tego małego, własnego światka przenieść. Uporządkowywał w głowie całą swoją wiedzę, jakie tutaj przez swój czas bycia martwym odkrył. Miał nadzieję, że to pomoże mu odnaleźć sposób na spotkanie z bliskimi.

Opracował jak mógłby zabrać się do tego praktycznie. Postanowił zacząć od próby ściągnięcia na przykład takiego Hashiramy do siebie. On nie powinien zbytnio narzekać, jeśli taka przeprawa by się udała, ale nie byłaby zbyt przyjemna.

Westchnął ciężko, siadając na drewnianych schodach. Przymknął oczy, starając się skupić i przede wszystkim pozbyć dziwnego stresu jaki zaczął odczuwać. Nie chodziło tutaj o spotkanie z Hashiramą, ale jak uda mu się nawiązać połączenie to najbardziej obawiał się spotkania z Izuną, a jednocześnie pragnął móc się z nim zobaczyć, mając kojącą świadomość, że już więcej go nie straci i nic złego się nie wydarzy. Może tu dla takich osób, zniszczonych przez czasy, w których przyszło im żyć jest miejsce, aby mieć to czego za życia nie doznali. To by nawet tłumaczyło, dlaczego on mógł zbudować to miejsce pod siebie. Przez chwilę starał się odrzucić wszelkie niepotrzebne myśli i odczucia. Poczuł przyjemne uczucie pustki, ale nie zamierzał się nią delektować, choć chętnie by to zrobił w innym przypadku. Przywołał w swojej wyobraźni obraz Hashiramy i zaczął rozbudowywać te wizje o sposób, w jaki się u niego zjawia, starając się sięgnąć do istniejącej tu twórczej mocy jaką posiadł.

Otworzył oczy i rozejrzał się. W zasięgu jego wzroku jednak nikt się nie pojawił. Wstał, postanawiając zerknąć za budynek, a później do jego wnętrza, bo może tu był, ale źle go teleportował? Nie wiedział, bo przecież próbował tego pierwszy raz, więc brał pod uwagę nawet najbardziej absurdalne ewentualności.

- Hashirama? - rzucił głośno w przestrzeń, stojąc na środku mieszkania.

Odpowiedziała mu głucha cisza, która wydawała mu się pierwszy raz bardzo nieprzyjemna. Podświadomie naprawdę chciał teraz by przerwał ją Senju, rzucając jakimś głupawym tekstem.

Nic takiego nie miało miejsca.

- Chyba to tak nie działa. W porządku, wypróbujemy resztę pomysłów – rzucił sam do siebie, wracając na schody przed dom.

Zaczął ponawiać próby ściągnięcia sobie towarzysza na wszelkie możliwe sposoby, chodząc potem i wołając dla pewności, ale skutek był marny. W końcu wyczerpał wszystkie swoje pomysły i wciąż był tu sam. Opadł zrezygnowany plecami na schody, spoglądając na krwawy księżyc. Zaczął powoli podejrzewać, że może sam skazał się na wieczną samotność, bo pierwszy raz jak tu się pojawił nie chciał być przez nikogo odnaleziony. Nie zapowiadało się to dla niego optymistycznie. Wcześniej zrobił to, bo miał plany i motywację, aby je zrealizować. Teraz już to wszystko stracił, jak i prawdopodobnie możliwość ponownego spotkania bliskich mu osób. To bolało, co było dość dziwne. Był martwy, ale te myśli i wnioski sprawiały jego duszy autentyczne cierpienie i ból.

Wyglądało na to, że były to elementy jakich nie dało się wyeliminować nawet tutaj.

  Pierwszy raz od bardzo dawna pozwolił tym nieprzyjemnym emocjom, aby go całego oplotły. Czucie tego w obecnej chwili było dużo lepsze od zauważenia, że najpewniej był skazany na wieczną samotność i pustkę, przerywaną tylko szumem strumienia, który nieustannie przypominał mu o tym co zostało utracone. Przysłonił swoje oczy dłonią, zaciskając usta w wąską linię. Czuł się pokonany. Do tego jak na złość jego umysł podsunął mu wizję Hashiramy, który wyciągnął do niego dłoń zachęcająco, aby ją przyjął i by przeszli przez to piekło razem. Za życia wiele razy otrzymywał od niego takie szanse, które zwykle odrzucał. Teraz bardzo chętnie by ją przyjął, dając się pociągnąć do światła, którego już dla niego najwyraźniej nie było.

- Madara? - usłyszał nagle nawet jego głos.

- Świetnie. Jeszcze mam omamy słuchowe. Wygląda na to, że nawet po śmierci można zwariować – skomentował zirytowany.

Ledwo tu wrócił, a już miał dosyć.

- Nie, nie masz omamów. Czemu tak sądzisz?

Słowa te skłoniły Uchihę do odsunięcia dłoni z oczu. Ujrzał nad sobą Hashiramę, który pochylał się nad nim lekko z zamyśloną miną.

- Hashirama? To naprawdę ty? - zapytał, nie kryjąc nawet swojego zaskoczenia i wątpliwości.

- Nie, diabeł w różowej spódnicy. Oczywiście, że ja! - oburzył się, prostując. - Niedawno, a może dawno, mówiłem ci, że po powrocie będziemy razem pić, prawda? No to jestem. Niedawno wróciłem, bo trochę dłużej mi tam zeszło. Nie wiem ile czasu minęło, bo tu on za bardzo znaczenia nie ma, ale pewnie Tobirama potrafiłby oszacować – dodał, unosząc brwi na wyraz twarzy starego przyjaciela, który podniósł się do siadu i patrzył na niego z czymś w rodzaju otwartego szoku.

- Wszystko w porządku? Masz minę, jakbyś mnie pierwszy raz w życiu widział – skomentował, mimowolnie zaczynając się martwić.

- Tak, wszystko jest w porządku teraz już. Ja po prostu doceniam to, że się zjawiłeś.

- Ściemniasz. Widzę po tobie, bo zbyt dziwnie się zachowujesz. Co się stało?

Brunet milczał przez dłuższy czas, zastanawiając czy chciał mu się przyznawać.

- Dobra, niech ci będzie. Starałem się skomunikować z tobą, nie mając pojęcia jak mogę to zrobić, bo wcześniej od wszystkich się odcinałem. No i nic się nie działo, ale teraz chyba już rozumiem. Nie było cię tutaj wtedy jeszcze – oznajmił z pozorną obojętnością w głosie.

Nie miał zamiaru wspominać o tych panicznych emocjach, jakie go przy tym ogarnęły.

Senju wysłuchał go uważnie, mierząc jego sylwetkę spojrzeniem. Wiedział, że mówił mu o tym dość okrężną drogą, ale znał go na tyle, aby ku rozpaczy towarzysza połączyć wątek. Jednocześnie zrobiło mu się bardzo miło. Cieszyło go to, że okazał mu swoje uczucia. Przez to ile czasu spędzili za życia wojując ze sobą, prawie zapomniał jaką wrażliwość w sobie miał pod wyuczoną maską.

W przypływie tych pozytywnych emocji przyciągnął go do siebie, żeby wyściskać.

- Hashirama! Co ci odbiło?! Puść mnie! - krzyknął oburzony Uchiha, szamotając się, by wyswobodzić się z silnego uścisku, w którym został zamknięty.

Zapomniał już, że tego typu rzeczy on robił w przypływie większej radości.

- Nic mi nie odbiło – odparł wręcz przesadnie radosnym tonem. - Zwyczajnie to co powiedziałeś było miłe. Martwiłeś się, że zniknąłem na dobre. Po prostu dawno nie miałem okazji widzieć, jak mnie odbierasz. Ja zawsze, pomimo tego co wydarzyło się w Dolinie Końca chciałem ci pomóc i uratować. Nigdy jednak nie byłem w stanie tego zrobić. Nie ważne ile osiągnąłem, to byłem zbyt słaby, aby ocalić swojego najlepszego przyjaciela. Przepraszam cię za to, bo w zasadzie nie miałem nigdy wcześniej okazji. Widzisz, ja nigdy sobie tego nie wybaczyłem, że jedyną opcją jaką byłem w stanie wybrać było uśmiercenie ciebie. Nawet jeśli dałeś radę przetrwać, to było moją największa porażką – widząc, że ten otwierał już usta, aby coś powiedzieć gestem nakazał mu milczeć.

Jeszcze nie skończył.

- Chciałem, żebyś to wiedział i jeszcze raz przepraszam, że zawiodłem i się poddałem. Mogę ci za to obiecać, że już się ode mnie nie odgonisz tutaj. Nie zostaniesz sam by mieć spokój – dodał i się roześmiał, jakby nigdy nic.

  Madara nie spodziewał się takiego wyzwania z jego strony. Wyglądało na to, że powinni rozliczyć się z przeszłością, aby nie było żadnych niedopowiedzeń. W zasadzie on ich ostateczne starcie wyrzucał z pamięci, spychał w najdalsze zakątki umysłu. On zawsze był jedyną osobą, wobec której jego czyny były sprzeczne z tym co naprawdę czuł. Cieszyła go ta końcowa deklaracja.

Przypominała trochę czas, jak byli młodsi i snuli plany na przyszłość z nadzieją, którą myślał, że już dawno w nim pogrzebano.

- Ja też nie jestem bez winy. Nie dawałem ci wyboru. Nie powinieneś się tym zadręczać – stwierdził, spoglądając w jego oczy z bliska. Zapomniał, że wciąż był obejmowany, choć uścisk zelżał. - Było i minęło. Wierzę ci, że od teraz nie dasz mi spokoju przez całą wieczność – dodał, pozwalając sobie na nieznaczny uśmieszek.

To była niewypowiedziana wprost obietnica, że będą mogli odbudować to wszystko, co za życia w swojej relacji zaprzepaścili. Razem znowu będą, niczym dzieci pełni nadzieli u swojego boku pokonywać przeciwności, aby ożywić dawną przyjaźń. Będą się wtedy już dobrze bawić i wspólnie śmiać.

- Masz to jak w banku. Jeszcze będziesz miał mnie dość – zaśmiał się i puścił go. Spoglądał na niego przez chwilę z uśmiechem na twarzy. - Chodź – dodał i wyciągnął do niego swoją dłoń.

- Dokąd? - Uchiha spojrzał na jego rękę, a potem wrócił uwagą do jego twarzy.

- To niespodzianka. Zobaczysz, będzie fajnie! – obiecał entuzjastycznie.

- W twoim wykonaniu brzmi to, jakby miało być zupełnie odwrotnie – zauważył, marszcząc lekko brwi. - No, ale niech ci będzie. Lepiej jednak, żeby to było naprawdę dobre, gdziekolwiek mnie ciągniesz – dodał, chwytając pewnie jego dłoń.

- Jestem przekonany, że cię to uszczęśliwi – zapewnił, nim całkowicie zniknęli otuleni białą poświatą z pośmiertnego azylu Madary.

 



 

środa, 29 kwietnia 2015

Zimny trup.

Witajcie! Dziś przybywam z kolejnym song-fickiem. Mam nadzieję, że was nie nudzą one, ale to jest jedyna rzecz, którą udało mi się napisać w tym miesiącu do końca, a szczerze myślałam, że już nic nie uda mi się stworzyć. A zaczęłam kilka rzeczy, które może uda mi się skończyć w maju i tu wam wrzucić. Chciałam jeszcze podziękować dobrej kobiecie, która zechciała za mnie betować ten tekst, więc no dziękuję bardzo. W każdym razie, nie przedłużając piosenka, do której to pisałam to:
Les Friction - World On Fire. 
___________________________

Powrócę z ciemności i uratuję Twoją cenną skórę
Zakończę Twoje cierpienie i dam wejść leczniczemu światłu
Wysłany przez siły wyższe od zbawienia
Musi istnieć więcej niż jedno odczucie


Tamtego dnia zraniłem cię tak, że okazała się ta rana śmiertelna. Jak zwykle walczyliśmy na śmierć i życie. Bo tego wymagały od nas czasy. Jednak nasze uczucia do siebie były całkiem inne niż nienawiść. Nawet dokładnie nie pamiętam, kiedy pod osłoną nocy zaczęliśmy się wymykać z siedzib klanu, by się spotkać. Aż staliśmy się sobie naprawdę bliscy i narodziło się przez to uczucie między nami, które nie było dopuszczalne. Zakochaliśmy się w sobie. Nic nie mogliśmy na to poradzić, gdyż żaden z nas nie chciał zakończyć naszych nocnych spotkań, bo dawno zdaliśmy sobie sprawę, że bardzo za sobą tęsknimy. Postanowiliśmy być parą, która może jedynie kochać się pod osłoną nocy. Zaś w dzień byliśmy sobie wrodzy, gdyż nasze klany toczyły ze sobą ciągłe boje i nie było widać końca konfliktu.

Płonący świat z dymiącym słońcem
Zatrzymuje wszystko i wszystkich
Przygotuj się, zapłata za wszystko
Pomoc jest w drodze


O twej śmierci dowiedziałem się poprzez naszych szpiegów. Przed tym jak cię mieli pochować włamałem się do chłodni, w której cię trzymano. Miałeś związane oczy, zaś ręce skrzyżowane na piersi. Wyglądałeś tak nienaturalnie spokojnie, choć skóra była już nieco przebarwiona. Dotknąłem twego lodowatego policzka. Uświadomiłem sobie, że jesteś tak martwy, jak tylko człowiek może być. Ta myśl przeszyła mój umysł do cna, uruchamiając falę wspomnień. Widziałem twój śliczny, szeroki uśmiech, którym tak często mnie zaszczycałeś i zawsze tak samo mnie zachwycał. Dotykając twego zimnego policzka przypominałem sobie, jakie ciepło biło od Twego ciała, gdy jeszcze żyłeś i wtulałeś się we mnie. Odsunąłem się od ciebie i zatarłem wszelkie ślady swej obecności. I odszedłem, odczuwając wiele najróżniejszych emocji, które zlały się w jedno bliżej nie zidentyfikowane uczucie.

Dziewczyno, zasłonię Cię, kiedy niebo zwali nam się na głowy
Przejdę dystans, odkryję drogę prowadzącą do Twojego najgorszego grzechu
Wiesz, że jest coś, co opada z nieba nad nami


Udawanie nie jest niczym przyjemnym. Zwłaszcza, gdy odchodzi ktoś cenny w taki sposób w jaki ty dla mnie byłeś. Musiałem dusić w sobie ból, który odczuwałem. Bo nikt nie mógł o tym co nas łączyło wiedzieć. Zamiast wykradać się w nocy, jak to robiłem za twego życia teraz przesiadywałem na oknie, wpatrując się w tarczę księżyca, który wkradał się do mojego pokoju, poprzez światło. Spędzałem sobie wtedy sen z powiek roztrząsając naszą wspólną przeszłość. Chowając twarz w dłoniach i powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Nie mogłem przecież okazywać takiej słabości. Tak bardzo chciałem, byś wrócił.

Ochronimy Twoją cenną skórę
Damy wejść leczniczemu światłu
Zasłonię Cię, kiedy niebo zwali nam się na głowy


Pewnej nocy znalazłem rozwiązanie, jak odzyskać moje szczęście, którym byłeś ty. Pomysł przyszedł niespodziewanie, gdy kolejny raz siedziałem załamany i nie pogodzony z twoją stratą. Myśl w pierwszej chwili brzmiała szaleńczo, gdyż uznałem, że będę próbować wskrzeszać zmarłych. Po przemyśleniu tego uznałem, że może się nawet udać. Zacząłem więc czerpać informacje z różnych zapomnianych zwoi, próbując stworzyć technikę, która jest w stanie sprzeciwić się śmierci. Potrzeba było na to sporo czasu. Zdążył między naszymi klanami nastać pokój, a ja metodą prób i błędów starałem się osiągnąć zamierzony cel. Wiedziałem też, że jeśli podołam zadaniu to będziemy musieli odejść stąd gdzieś daleko, lecz nie przeszkadzało mi to skoro, będziesz u mego boku. Nadszedł wreszcie dzień, gdy technika była gotowa. Pod osłoną nocy ograbiłem twój grób, choć nie było to zadanie łatwe. Moje serce łomotało w piersi z podniecenia jak szalone, gdy formowałem pieczęcie. Jeszcze chwila i będę mógł cię zobaczyć... Gdy ukończyłem pieczęcie nic się jednak nie stało. Czułem się zdezorientowany. Co zrobiłem nie tak? - zacząłem się zastanawiać gorączkowo. Spróbowałem jeszcze raz i znów technika nie przyniosła żadnego efektu. W akcie desperacji próbowałem dalej. Zdążyło się rozpadać, a ja nadal próbowałem przywrócić cię do żywych. W pewnej chwili padłem zrozpaczony na kolana i wykrzyknąłem; Boże, jeśli istniejesz dlaczego mi to robisz?! - w końcu na innych ciałach to działało, więc dlaczego nie mogłem odzyskać Izuny? Nie wiedziałem, lecz mój krzyk zwabił Uchihów. Byli oburzeni tym, że zbezcześciłem grób ich brata. Zabrali mnie, zaś rano dowiedział się o tym Madara jak i klan, który uznał, że za tak haniebne czyny powinno mnie się powiesić. Z tą myślą nie czułem się nawet źle. Może dopiero, gdy zginę będę mógł na nowo się cieszyć twoim towarzystwem. Hashirama chciał, by mnie ułaskawiono, lecz nawet Madara za jego prośbą nie był w stanie zmienić decyzji ludu. Miałem zostać powieszony. Wyrok został wykonany, zaś nim pętla zacisnęła się na mej krtani spojrzałem na słońce i po raz ostatni uśmiechnąłem. Słońce kojarzyło mi się z twoim uśmiechem, gdyż widząc je czuło się tą radość jaka od ciebie promieniała. Mam nadzieję, że spotkam cię po drugiej stronie.

Płonący świat z dymiącym słońcem
Zatrzymuje wszystko i wszystkich
Przygotuj się, zapłata za wszystko
Pomoc jest w drodze


wtorek, 25 lutego 2014

Zagłębiony w tajemnicę wskrzeszenia.

    Naszła mnie wena po książce, więc zabrałam się za pisanie. A, że ten paring jest w zamawianych to shota zadedykuję Tajjemniczej. Mam nadzieje, że się spodoba, chociaż nie jest optymistyczny.
______________________________________________________________                                                                

  Zrobił coś niewybaczalnego. Dla siebie. Rzecz, której nigdy nie wybaczy sobie. Bo zrobił najgorszą możliwą z rzeczy, jaką mógł zrobić w ciągu całego swego życia. Zabił osobę, którą tak naprawdę szczerze kochał. Wiedział, że go kochał. Tak szaleńczo kochał, ale nie mógł go mieć. Był po przeciwnej stronie barykady. Barykada ta była murem tak wysokim, że nie będzie dane im się na niego wdrapać. To był mur niekończącej się wojny między ich klanami.  Senju i Uchiha. Odwieczna walka, o zapomniany już dawno spór. Wir, wciągający następne pokolenia w ścieżkę morza krwi. Bezmyślnej przemocy. Braku zaufania nienawiści i zemsty. Tym są dzisiejsze czasy, w których morza trupów na polach bitew to rutyna. Szczęk uderzającej o siebie broni i zawzięta walka szczurów o przetrwanie. Bo to jest jak walka szczurów o przetrwanie. Zabijasz, by żyć jak najdłużej. Utrzymać się na tej pozycji, gdzie czujesz, oddychasz, a twe ciało nie okrywa odór śmierci jak najdłużej.
  Jednak on nie zabił go dla tej pozycji. Zrobił to, bo chciał się uwolnić od miłości do niego, która nie chciała go opuścić. Jednak po zabiciu go wcale nie czuł się lepiej. Było z nim jeszcze gorzej. Jak wcześniej często o nim myślał i nawet często śnił, to teraz jego umysł popadł w jakiś miłosny obłęd. Chciał go z powrotem. Chociaż to jego ręce były splamione, krwią ukochanego. To jego miecz zadał ostateczny cios. To był jego sąd. A teraz chciał go cofnąć. Nie ważne za jaką cenę. Chciał go ponownie zobaczyć. Jednak tym razem chciał go dotknąć, pocałować, przytulić. Pragnął by był jego. Jednak on był martwy. Prawdopodobnie go za ten czyn, iż pozbawił go życia zza zaświatów przeklinał jak tylko mógł. Nawet ta myśl, nie odwodziła tego pragnienia, żeby mieć go przy sobie.
Siedział na parapecie okna, patrząc na tarczę księżyca, która rozświetlała pobliski las. Czerwone tęczówki wydawały się zamglone, oderwane od rzeczywistości. Zatracał się w tym wszystkim. Jego emocje były jak bomba, która czekała na wybuch. Czuł niebywałą miłość do niego i rozpacz z tego haniebnego czynu, którego się podjął. To go niszczyło. Pożerało jak kwas od środka. Aż w końcu nie pozostanie mu nic jak obłęd i szaleństwo, którego jak czuł był bardzo bliski. W jego głowie kłębiło się wiele pytań. Jedne z nich pozostawały na dłużej, inne były chwilowym przebłyskiem, który jak się pojawił tak szybko znikał i on o tym nie pamiętał zaraz. Jednak były pytania, które wracały.
  Czym tak naprawdę jest śmierć? Wiele osób pewnie przez wieki zapewne zadawało sobie to pytanie. Bo kto nie chciałby znaleźć racjonalnego rozwiązania tego zjawiska? Kto by nie chciał rozwiązać tej mrocznej tajemnicy? Bo śmierć tak naprawdę jest tajemnicą. Nikt nie wie, czemu służy i jaki jest jej prawdziwy cel.  Tak jak nie ma człowiek wiedzy, co dzieje się ze zmarłymi po śmierci. Oczywiście dopóki nie umrą. Bo to, że ludzie albo idą do nieba do piekła lub czyśćca to tylko ludzka próba wymyślenia, co jest po tej granicy. Jednak człowiek wciąż nie wie co tam jest, dopóty nie przyjdzie jego czas. Ludzie próbują sobie wszystko racjonalnie wyjaśniać. Jednak nawet, jak znajdą jakieś wydawało by się, że dobre wyjaśnienie tego co niezrozumiałe - to nie ważne, jakby się starali to zjawisko i tak w dużej mierze nadal będzie tajemnicą.  To rzecz niezmiennego cyklu. Możemy próbować poznać różne rzeczy, jednak ona nadal będzie tajemnicą. Bo śmierci nie da się poznać jak kosmosu. Chociaż kosmos jest nadal tajemnicą, nawet jeśli ręce człowieka są w stanie go dosięgnąć. Człowiek też jest w stanie dosięgnąć śmierci, ale poświęca wtedy swe życie. Jednak on nie spisze, co tam widział. Bo to jest coś, co każdy musi poznać indywidualnie. Musisz tego posmakować sam, jak tysiące innych ludzi za i przed tobą zrobiło. Tajemnica, którą poznajesz całkiem sam. Obawiasz się jej za życia, ale jak jest po śmierci? Nie wiadome jest to mi, bo jeszcze żyję. Jednak skoro śmierć zabiera, to zawsze można spróbować odzyskać utracone ogniwo ludzkie. - niespodziewana myśl, tak donośna i kusząca wkradła się w jego umysł. Środek przeciw śmierci to nieśmiertelność lub umiejętność wskrzeszenia zmarłych. Druga opcja jest możliwa. I ty to wiesz, Tobiramo. - głosik umysłu, który podsyca do rzeczy, będących sprzecznymi z zasadami świata. Jednak jego to nie obchodziło. Wiedział, że byłby w stanie wskrzesić zmarłego. Opcja ta wydawała się bardzo obiecująca, nawet jeżeli nie mógł być pewnym, czy osoba, którą wskrzesi będzie taka sama jak za życia. Jednak jego umysł już zdążył od rozmyśleń popaść w rodzaj obłędu. Opcja oszukania na swój sposób przeznaczenia każdego człowieka - jakim jest śmierć, wydawała się nader interesująca. Bo oszukać takiego mrocznego żniwiarza - jak to ludzie ją sobie wyobrażali było nie lada wyczynem. A on był mimo wszystko człowiekiem. Kierowały nim ludzkie powody. Do tego on tak bardzo pragnął znowu go chociażby na chwilę ujrzeć. Mieć tą chwilową okazję, by spełnić swe ludzkie pragnienie, by go dotknąć. Chociaż przez moment. Dlatego też podjął decyzję. Przywróci go do życia. Zsunął się z parapetu i udał spełnić ten irracjonalny plan.Wziął potrzebne rzeczy i opuścił siedzibę klanu niezauważony. Nawet jego brat nie miał pojęcia, o tej zakazanej miłości, którą młodszy posiadł.
  Włamał się na cmentarz wrogiego klanu. Udał się prosto do celu z łopatą i workiem foliowym z ciałem na ofiarę przerzuconym przez ramię. Po kilkuminutowym, ostrożnym marszu między grobami poległych, zgarniętych przez krwawe żniwo wojny żołnierzy, którym i on był zatrzymał się we właściwym miejscu. Spojrzał na tabliczkę, gdzie widniało nazwisko i imię jego ukochanego. Izuna Uchiha. - przeczytał w myślach. Za życia nie mógł go zdobyć, więc zrobi to po jego śmierci. Zabrał się za ogołocenie grobowca. Po jakimś czasie otworzył trumnę i czując odór śmierci na chwilę się cofnął, zgorszony smrodem, zatykając nos. Przez chwilę czuł, jakby jego żołądek się skurczył, a on sam miał zaraz mieć odruch wymiotny, ale po chwili mu minęło. Znowu zbliżył się do już otwartej trumny i wyjął z niej w fazie początkowej gnicia ciało. Wyszedł z rowu i rozpoczął rytuał wskrzeszenia. Złożył odpowiednie pieczęcie i czekał. Jego serce przyśpieszyło, a podniecenie nie wiedzą, co się stanie podskoczyło. Bo nawet on nie wiedział, co się stanie.
   Oczy martwego się otworzyły. Lśniąc złowieszczym szkarłatem. Były nieboszczyk podniósł się wolno do siadu, a potem podniósł. Jednak nie był tym samym człowiekiem, co kiedyś. Chociaż miał ten sam wygląd. Jego dusza była inna. Tobirama widząc, że powstał z martwych z początku poczuł radość, jednak ta niezwykle szybko minęła. Zastąpił ją niebywały strach, który prawie, że paraliżował go. Zorientował się, że to nie ta osoba, którą pokochał. Po jego oczach było widać mrok i kryjące się w nich czyste zło. Wskrzesił nie Izunę, a jakiegoś upiora. Jednak miał nikłą nadzieję, że jednak się myli. Chciał, by oczy nieludzko złowrogie mimo wszystko, nie przesądzały o tym, iż to nie osoba, za którą tak rozpaczał jego umysł i dusza powstała.
- Izuna? - spytał, uważnie obserwując osobę, która została zabrana z części życia pozagrobowego.
Szybko się jego nadzieja rozwiała. W momencie, gdy to co przywołał roześmiało się nieludzkim, chrapliwym  złowrogim śmiechem. Wiedział już, że nie ma sposobu, by go odzyskał. Popełnił błąd, posuwając się do czegoś takiego i go naprawi. Spojrzał na łopatę, która leżała przy jego prawej nodze. Ukucnął i sięgnął po nią. Zjawa obserwowała go swymi krwistoczerwonymi oczami, które zaczęły wykazywać rządzę krwi. Podniósł łopatę.  Demon, czy cokolwiek to było wykrzywiło usta w szyderczym, aczkolwiek przerażającym uśmiechu. Paznokcie potwora wydłużyły się, zmieniając w szpony. Rzucił się do przodu, w stronę Senju z zamiarem zabicia. Urywany krzyk, zmieszany z upiornym zawodzeniem. Stwór wbił rękę w okolicy serca Sejnu. Zaś szaro-włosy przebił podniesioną łopatą ciało wskrzeszonej istoty w miejscu, gdzie dokładnie znajdowało się serce. Czerwone złowrogie oczy zmieniły kolor na czarny. Teraz miał przed sobą osobę, którą tak kochał. Wskrzeszony młodszy brat Madary spojrzał na osobę, z której ręki zginął i teraz to on zabijał jego. Czerwone oczy Senju, wpatrywały się w niego, przez chwilę mając w sobie iskierki radości. Z ust ciekła mu czerwona posoka.
- Tobirama, co tu...- zaczął, ale mu przerwano.
- To już nie ważne. Chciałem ci powiedzieć, że cię kocham. - wygiął zakrwawione usta w uśmiechu, po czym jego ciało runęło do przodu. Izuna spojrzał na niego w szoku i złapał, opadając na kolana. Zaczął płakać. Jednak jego ciało wskrzeszone zaczęło się rozpadać. Do samego końca przytulał martwe ciało Tobiramy, by gdy prawie zniknął powiedzieć cicho.
- Ja też cię kocham. Teraz nic nam nie przeszkodzi. Już zawsze będziemy razem.- po tych słowach jego ciało całkiem się rozsypało, a jego szczątki zostały rozniesione przez wiatr.




 


sobota, 30 listopada 2013

Wojna, która rozdzieliła dwie połówki serca.

    Shota dedykuję mojej Niekrytej Krytyczce C: 
Mam nadzieję, że nie poległam i się spodoba.

     Szedłem korytarzem, słysząc oburzony głos kobiety. Zatrzymałem się przy drzwiach, które były lekko uchylone i prowadziły do pokoju mojego starszego brata. Westchnąłem w myślach, słysząc jak wręcz błaga go, by jakoś zakończył te nieustające konflikty. Od jakiegoś czasu niektórzy z klanu przychodzili do niego z takimi prośbami. Wojna jest okrutna i swe żniwo z ochotą zabiera - pomyślałem, wznawiając wędrówkę.
     Po chwili wszedłem do swojego pokoju i podszedłem do okna, patrząc na tarczę księżyca na niebie.
- Dzisiejsza noc zapowiada się aż niepokojąco spokojnie. - powiedziałem do siebie, łamiąc ciszę, która panowała w tych czterech ścianach.
Jak na czas nieustającej od lat wojny i wszechobecnej spirali nienawiści, taki spokój wokół wcale nie pociesza, chociaż normalnie powinienem się cieszyć, że może nie będzie żadnego ataku i uda mi się zaznać snu, który upragniony jest przez zmęczone komórki ciała. Jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Dziś pozwolę mojemu bratu, który jest jednocześnie liderem klanu zaznać snu. Ja wytrzymam, w końcu on nie spał ode mnie dłużej o całe dwa dni. Odszedłem od okna i położyłem na łóżku. Dałem ręce pod głowę, patrząc na biel sufitu. Zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze będzie trwał ten konflikt, gdzie nikt już nie pamięta powodu tej niekończącej się wojny. Podejmowanie decyzji, które ranią i wyniszczają duszę. Przymus stania się osobą, która bezlitośnie niszczy wroga. Robisz to, choć nie chcesz, lecz potem już nie wiesz, czy to, że mordujesz z zimną krwią jest częścią ciebie, która była ukrytym mrokiem czy też została nabyta. Mój umysł od tych myśli, mimowolnie przypomniał mi pewne zdarzenie z dzieciństwa.
    Szedłem przed siebie zirytowany. Byłem po treningu, który nie przyniósł takich efektów jak oczekiwałem. Chciałem pobyć sam, by się wyciszyć i pomyśleć nad błędami, które mogłem popełniać. Ojciec jak zwykle patrzył na mnie z góry, przez pryzmat mojego starszego brata, który już dawno opanował ten poziom techniki ognia. Jednak ja nie jestem Madarą. Zatrzymałem się na chwilę, przestając pędzić przed siebie, tak jak gnały me myśli w tej chwili. Do moich uszu dotarł szum wody. Obróciłem się i udałem w stronę, gdzie znajdowała się przyczyna hałasu. Wyszedłem z zarośli, a moim oczom ukazał się wodospad, który przy świetle księżyca wyglądał, jakby świecił. Długo jednak mój wzrok nie spoczywał na obiekcie, będącym wodospadem. Moje oczy skierowały się na chłopaka, siedzącego na kamieniu i od dłuższej chwili przypatrującego mi się. Uniosłem lekko dłonie, w geście pokojowym. On jednak nawet nie drgnął ani o milimetr. Przez chwilę nawet przeszło mi przez głowę, że go tak naprawdę tu nie mai jest on tylko złudzeniem. Nic dziwnego, byłem wykończony po treningu i brakowało mi snu. Będąc w wiecznym niebezpieczeństwie nocnego ataku wroga, nie sypiałem prawie wcale. A jak już spałem, mój sen był czujny albo przerywany, niespokojny. Gdy chciałem już przetrzeć oczy, uznając nieznajomego za wytwór mojej wyobraźni, ten lekko się poruszył. Poczułem ulgę, że moje oczy jednak mnie nie zawodzą. Postąpiłem kilka kroków wprzód, w stronę chłopaka lustrującego mnie uważnie wzrokiem. Nie wyglądał, jakby chciał mnie zaatakować, jednak ja nadal byłem ostrożny. 
- Długo będziesz szedł, jakbyś chciał, a nie mógł? - spytał mnie, przewracając oczami. 
Uśmiechnąłem się ledwo widocznie, ale zdawało się, że tego nie zauważył. Podszedłem pewniej i usiadłem obok niego. On zaś zwrócił swój wzrok na wodospad. Kilka minut ciszy, trwało między nami, zagłuszanej tylko przez szum wody. Było to dla mnie krępujące. By poczuć się bardziej komfortowo zabrałem głos.
- Jak masz na imię? -  po tych słowach spojrzałem na niego. 
Zwrócił na mnie swój wzrok, słysząc pytanie. Chwilę nie odpowiadał, jakby się wahał. 
- Tobirama, a ty? 
- Izuna - odparłem i lekko uśmiechnąłem. 
Oczywiście żaden z nas nie wyjawił swojego nazwiska. To była jedna z podstawowych zasad. W końcu miło jest spędzić chwilę, w towarzystwie innej osoby, spoza klanu, czy też rodziny, bez walki. Dlatego nie zdradza się swego nazwiska. Też dlatego, by nie zostać schwytanym i nie narażać swego klanu. W końcu nigdy nie wiesz, czy gdy wyjawisz swe nazwisko ta osoba nie będzie miała urazy do tej rodziny, bo ta walczyła i zamordowała bliskie osoby, tamtemu człowiekowi. Moje myśli przerwał głos osoby, która mi towarzyszyła. 
- Czemu tu przyszedłeś? - zapytał głosem, który brzmiał nieco monotonnie, jednak był przyjemny dla ucha. Spojrzałem w niebo, nim odpowiedziałem.
- Przyszedłem tu przypadkiem. Byłem na małym spacerze. Usłyszałem szum wody i tak za tym dźwiękiem tu dotarłem. A ty? - spojrzałem na niego z uśmiechem. Dopiero teraz bardziej mu się przyjrzałem. Miał sterczące na różne strony, szpiczaste szare włosy i bladą cerę, która oświetlona blaskiem księżycowym dawała ciekawy efekt. Przypominając sobie, że wpatruje się w niego, jakbym pierwszy raz człowieka widział, odwróciłem wzrok nieco speszony swoim zachowaniem. On wydawał się tym nie przejmować, a przynajmniej po sobie nie pokazywał niczego takiego. Patrząc na niego miałem wrażenie, że nie chce odpowiedzieć na moje pytanie.
- Przyszedłem, by w samotności pomyśleć i pozbyć się złości. - ku mojemu zdziwieniu odpowiedział. Jego twarz nie zdradzała emocji. Zupełnie jakby kierował się zasadami mojego klanu, który w mistrzowskim stopniu ukrywał swe emocje. Jednak nie wiedziałem, że on mojego klanu nienawidził od dzisiaj. 
- Czemu jesteś zły? - po chwili poczułem się głupio, zadając to pytanie, choć i tym razem uzyskałem odpowiedź.  
- Bo straciłem kogoś dla mnie bardzo ważnego. - mówiąc to, patrzył przed siebie. 
Skinąłem lekko głową i spuściłem ją w dół. 
 - Przykro mi - powiedziałem cicho, czując się bardziej głupio z powodu wcześniejszego pytania. 
Tobirama spojrzał na bruneta, który siedział ze spuszczoną w dół głową. Wygląda, jakby winił się za całe zło tego świata. - pomyślał i położył mu rękę na ramieniu. Izuna podniósł głowę i spojrzał na Tobirame, na którego ustach pojawił się cień uśmiechu. Byłem zdziwiony, gdy się do mnie uśmiechnął, ale i poczułem się szczęśliwy. W odpowiedzi uśmiechnąłem się do niego promiennie, dzięki czemu on uśmiechnął się bardziej zauważalnie. Od razu poprawił mi się humor. Miałem nadzieję, że towarzyszącemu mi chłopakowi również. 
  Chwilę potem zaczęliśmy rozmawiać ze sobą na różne tematy. Wtedy już nie miałem wątpliwości, że poprawiłem mu humor. Rozmowa trwała przez jakiś czas. W pewnym momencie Tobirama uniósł głowę, ku niebu. Wyraźnie posmutniał. 
- Będę musiał już iść - zakomunikował schodząc niechętnie z kamienia. Pokiwałem głową smętnie. Chociaż na mnie też już był czas najwyższy. Jak ojciec odkryje, że zniknąłem nie będzie za wesoło.   
- Przyjdziesz tu jutro? - spytałem, mając nadzieję, że to nie będzie jednorazowe spotkanie. Czułem będąc z nim wieź między nami. Jednak nie potrafiłem dobrze zinterpretować tego uczucia, które pojawiło się w mym sercu, gdy pomyślałem, że to może być pierwszy i ostatni dzień, kiedy z nim rozmawiam. Tobirama spojrzał na mnie i uśmiechnął. Tym razem widziałem ten uśmiech doskonale.
- Postaram się. Czekaj na mnie, aż do zmroku. Jeśli nie uda mi się pojawić, a ci zależy na spotkaniu mnie to przychodź tu codziennie. - podszedł do mnie i położył  mi rękę na głowie, czochrając miękkie i miłe w dotyku włosy. Chwilę później zabrał rękę, odwracając się. 
- Trzymaj się - powiedział, by chwilę potem zniknąć. Chwilę patrzyłem na miejsce, w którym zniknął, po czym zwróciłem wzrok na wodospad i wstałem, wracając do domu.    
    Uśmiechnąłem się lekko, przypominając sobie czas, w którym po raz pierwszy go spotkałem. Jestem szczęśliwy, że mam te wspomnienia. Od naszego pierwszego spotkania zaczęliśmy się widywać regularnie, aż w krótkim czasie staliśmy się sobie bliscy. Jednak ta sielanka nie trwała długo. Oboje wkrótce dowiedzieliśmy się, że nasze klany to śmiertelni wrogowie. Wtedy nasze drogi się rozeszły. Przestaliśmy się widywać, jako przyjaciele. Staliśmy się zupełnym przeciwieństwem przyjaźni.Byliśmy sobie wrodzy, krzyżując swe ostrza niejednokrotnie przez kilka dni, dopóki jedna ze stron się nie wycofa. Zazwyczaj to był nasz klan, bo muszę przyznać, że Senju byli bardzo silni. Chociaż te walki bardzo raniły moją duszę. Zastanawia mnie do dziś, czy Tobirama też tak się czuje. Nadal jest dla mnie niewiadomą, bo dobrze wiem iż jest on w stanie zdusić swe uczucia głęboko na dnie i czuć, jakby ich nie posiadał. Odkąd jego starszy brat po ich ojcu objął dowództwo nad klanem, coraz trudniej jest w nim zobaczyć dawnego Tobiramę. Nie wiem, co powoduje zmianę w jego zachowaniu. Sam też straciłem wszystkich braci oprócz Madary. A wiem, że on też miał jeszcze dwóch braci, oprócz Hashiramy.
   Wstałem z łóżka i wyszedłem z pokoju, a potem z rezydencji klanu, ówcześnie sprawdziwszy, czy mój starszy brat nie poszedł spać. Wymieniłem z nim kilka słów i wyszedłem z rezydencji klanu. Schowałem ręce do kieszeni, idąc przed siebie. Wiatr lekko szarpał moje włosy, podczas gdy ja zastanawiałem się, gdzie się udać. Pierwszą rzeczą, jaka nasunęła mi się, to pójście nad wodospad. Potrząsnąłem lekko głową, uznając iż to nie będzie dobry pomysł, więc nadal szedłem przed siebie. Starałem się odgonić od siebie pokusę, by udać się w miejsce swych wspomnień.
     Jednak po jakimś czasie bezcelowego krążenia uległem tej potrzebie. Poszedłem tam, tą samą drogą, którą przybyłem tutaj po raz pierwszy. Nie spodziewałem się, że go spotkam. Gdy byłem na miejscu, gdzie był wodospad stanąłem jak wryty. Mój wzrok napotkał tak dobrze mi znane tęczówki młodszego Senju, który widząc mnie, podniósł się z kamienia, na którym siedział. Nieznacznie drgnąłem. Chwilę potem brat Hashiramy stanął przede mną, patrząc mi w oczy. Wyciągnął przed siebie rękę, dotykając mojego policzka.
- Izuna  - wypowiedział cicho me imię, przesuwając opuszkami palców z mojego policzka na szyję, by ostatecznie położyć mi dłoń na ramieniu.
- Chciałbym należycie pożegnać naszą przyjaźń, bo wcześniej nie mieliśmy na to okazji - zapytał mnie szeptem. Uczucia, które do niego czułem schowałem, gdzieś na dnie szuflady swego serca, chociaż słowa, które wypowiedział sprawiały, że cierpiałem. Spojrzałem mu w oczy, jednak nadal nie byłem w stanie rozszyfrować tego, co on czuje. Na jego prośbę skinąłem głową, mimo że nie znałem jego zamiaru. Nie przeszkadzało mi to. Ufałem mu, bo był dla mnie bardzo szczególną osobą. Senju lekko uniósł mój podbródek, patrząc w moje oczy, jakby szukał jakiegoś zaprzeczenia w nich w związku z wcześniejszą zgodą. Po chwili pochylił się, składając na moich ustach delikatny pocałunek. Zaskoczył mnie tym, jednak poczułem też jakąś radość z tego czynu. W końcu on nie trzymał się schematów, więc tak miał zamiar zażegnać naszą przyjaźń. Tobirama odsunął się ode mnie trochę, po czym wyszeptał mi wprost do ucha.
- Przepraszam - mogłem teraz usłyszeć emocje w jego głosie. Zdawało się, jakby cierpiał z tylko sobie znanego powodu.
- Za przyszłość i za przeszłość, jeżeli któryś z nas nie dotrwa do dni, w których zapanuje pokój. Jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałem ci powiedzieć. Jesteś dla mnie bardzo ważny. - wyszeptał i spojrzał w moje oczy, po czym po raz ostatni lekko musnął moje usta i jak to miał w zwyczaju zniknął.
    Po tym spotkaniu z nim czułem się, jakby ktoś pozbawił mnie połowy duszy. Zabrał coś bardzo cennego wraz z odejściem Tobiramy. Nawet się nie zorientowałem, kiedy po moich policzkach zaczął spływać potok łez. Wyciągnąłem przed siebie rękę, jakby z nadzieją, że go złapie, mimo iż go już nie było tu ze mną. Zacisnąłem dłoń w pięść i przyłożyłem do miejsca, gdzie znajduje się serce.
- Jeżeli dane mi będzie zginąć z twej ręki, będę szczęśliwy. Chociaż chciałbym dożyć  razem z tobą dnia, w którym będziemy mogli spędzać razem czas. W świecie bez wojny. - mówiłem szeptem, składając w naszym miejscu przysięgę. Bo one było nasze i będzie zawsze. Odszedłem z nadzieją na lepsze jutro. Zaś nasze prawdziwe uczucia, które do siebie czuliśmy nigdy nie miały okazji zostać wypowiedziane.